Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson

wyspa_skarbowMoże nie wiecie, ale największy skarb Czarnobrodego nadal leży gdzieś zakopany. Naprawdę. To znaczy – tak twierdzą liczne źródła i w sumie fajnie jest w to wierzyć, choć niektórzy woleliby pewnie go wykopać (skarb, nie Czarnobrodego), tym bardziej, że dzisiaj byłby warty coś w okolicach sześciu milionów funtów. Starczyłoby na… nie wiem, na co by starczyło, ale pewnie na sporo rzeczy. Ekscytujące. Tymczasem głęboko zakorzenione we mnie dziecko nadal uwielbia piratów i ich morskie awantury. Takie jakieś pogodne i barwne wydają się te ich przygody: skąpane w błękitnych wodach otaczających wyspy karaibskie, zalane słońcem na bezchmurnym niebie. A że często przy okazji pełne krwi, dymu z wystrzałów armatnich i hałaśliwych abordaży? Cóż, każda praca ma swoje lepsze i gorsze chwile. Robert Louis Stevenson pewnie nie napisał pierwszej w dziejach powieści o piratach i pewnie nie napisał też najlepszej powieści o piratach. Ale niewątpliwie napisał najbardziej znaną piracką historię i moim psim obowiązkiem było się w końcu z nią zapoznać. Bo jakże to tak? Fan korsarskich przygód, a Wyspy skarbów nie czytałeś? Gdzie się podziało twoje poczucie wstydu, gdzie się podziała twoja godność człowieka i czytelnika? Więc – pozostając przy psich porównaniach – podkuliłem ogon, skomląc podreptałem cicho w kąt i tam dokonałem brutalnego abordażu na swój egzemplarz Wyspy skarbów.

Czytaj dalej „Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson”

Pinokio – Carlo Collodi

W zasadzie nie znałem bajki o Pinokiu. Owszem, utarło się w mojej świadomości pewne powierzchowne pojęcie, że pajacyk był z drewna, że rósł mu nos kiedy mijał się z prawdą, że chciał stać się chłopcem z krwi i kości. Jednak to wszystko nic w kontekście całości jego historii. Wystarczy wspomnieć, iż najbardziej rozpoznawalny atrybut Pinokia, czyli jego wydłużający się nos – obiekt wyuzdanych i najczęściej suchych jak wiązka chrustu żartów – w samej bajce zasłużył jedynie na niewiele znaczący epizod i okazał się jednym z najmniejszych zmartwień bohatera. To zupełnie zrozumiałe, że jego kształt, w prawie każdym wyobrażeniu nawiązujący do fallusa, nie pozwala przejść obok zagadnienia obojętnie, jednak spróbujmy już do tego nie wracać. Zastanawiające, jak wszystkie najpopularniejsze wizje bajki o Pinokiu (np. ta od Disney’a) potrafią uparcie mijać się z rzeczywistą atmosferą literackiego pierwowzoru. Na podobną ułomność cierpią adaptacje „Piotrusia Pana” i choć w pewnym sensie zabiegi mające na celu ugrzecznić i ubarwić mroczną naturę baśni są zrozumiałe (w końcu odbiorcą jest kilkuletnie dziecko), to jednak szczypta zgrozy i horroru mogłaby jedynie spotęgować doznania, niekoniecznie wywołując przy tym nocne moczenia. A gdyby tak za rogi z Piotrusiem Panem, Pinokiem, czy twórczością Andersena i braci Grimm wziął się Guillermo del Toro? Albo Tim Burton? Tak, to mogłoby widowiskowo wypalić. Wróćmy jednak do meritum.

Czytaj dalej „Pinokio – Carlo Collodi”