Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Czytaj dalej „Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel”

Życie instrukcja obsługi – Georges Perec

zycie-instrukcja-obslugi-b-iext3713757Nie będę ukrywał, że najprawdopodobniej nie zrozumiałem tej książki w całej jej rozciągłości. Nie to, że jest jakaś wybitnie wymagająca w dziedzinie narracji czy języka, ale najwyraźniej przed przystąpieniem do lektury niezbędne jest, by czytelnik popełnił pewne przygotowania. Perec stworzył tę powieść i oparł jej przebieg o jakieś algorytmy ruchowe konika szachowego (gdzie umowną szachownicą jest przekrój kamiennicy, w której mieszkają bohaterowie), a cała forma Życia instrukcji obsługi jest ściśle określona matematycznymi wzorami (ilość stron, rozdziałów i takie tam). Taki to eksperyment literacki (zresztą nie pierwszy dla Pereca, ale o tym napomknę później) i ponoć książka znacznie zyskuje na odbiorze, jeśli wcześniej poznać jej koncepcję oraz zakulisowe ustalenia autora. Ale przeczytałem, że „matematyczne” i dałem sobie spokój, bowiem w zakresie Królowej Nauk nie jestem – dyplomatycznie rzecz ujmując – orłem, więc w moim przypadku takiego rodzaju rekonesans przed lekturą mógłby przynieść odwrotny skutek i jedynie mnie zniechęcić. Poza tym nie bardzo rozumiem: co to za zabiegi? Ja chcę po prostu przeczytać powieść, a nie dokształcać się do niej jak do egzaminu, aby móc w pełni czerpać przyjemność. A co jeśli mimo wszystko książka mi się nie spodoba, rzucę ją po stu stronach i paradoksalnie okaże się, że przygotowania zajęły mi więcej czasu, niż sama lektura? Rozumiem chęć dodatkowego zakręcenia się wokół dzieła PO lekturze – bo mi się spodobało i z rozkoszą poznam okoliczności jego powstania oraz zgłębię poruszaną tematykę, ale PRZED? Niech się powieść broni bez tego, rzekłem, po czym zacząłem czytać.

Czytaj dalej „Życie instrukcja obsługi – Georges Perec”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Ścieżki północy – Richard Flanagan

Sciezki polnocyMoże na początek – dla rozgrzewki – mała ciekawostka. Flanagan tę powieść tworzył przez 12 lat. Wniosek z tego taki, że trochę się z tym pisaniem ociągał, bo Ścieżki północy nie są dziełem ani opasłym, ani jakoś misternie skonstruowanym i nie za bardzo widzę tutaj powody, by rzeźbić ją przez ponad dekadę. Ale z drugiej strony: co ja tam mogę wiedzieć o pisaniu powieści, skoro nawet nad napisaniem wstępu potrafię się głowić przez godzinę. Dlatego dwunastoletni cykl powstawania (a może powinienem napisać „wytyczania”, hehe, rozumiecie?) Ścieżek północy kwalifikuję w kategoriach ciekawostek a nie wad. To musi być dziwne uczucie – poświęcić swojemu dziełu tyle czasu oraz uwagi, by inni mogli je przeczytać w trzy wieczory, odstawić na półkę mrucząc przy tym do siebie: no fajne, fajne, ale ciekawe co dzisiaj zjem na obiad. Podła, niewdzięczna dola pisarza! Flanagan przynajmniej został doceniony nagrodą Bookera (2014) i może liczyć na to, że za pięć lat ktoś przy przeglądaniu listy laureatów nadal będzie pamiętał o jego powieści i być może po nią sięgnie, ale co z tysiącami innych autorów, o których nikt się nie dowie? Wszystkie te lata psu w dupę? Najwyraźniej Flanagan może się mimo wszystko uznawać za szczęściarza, a jeśli dodam do tego informację, że Ścieżki północy bardzo, ale to bardzo mi się podobały, to autor pewnie pęknie z radości.

Czytaj dalej „Ścieżki północy – Richard Flanagan”

Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa

lampartE, no nie wiem. Czytam tak pobieżnie różne opinie o całym tym Lamparcie i czuję się trochę głupio, bo niektórym chciało się nawet rozebrać tę powieść na części pierwsze, po czym przeanalizować każdy rozdział z osobna: ocenić je pod kątem subtelnych odniesień, pozornie nieistotnych szczegółów i ukrytych znaczeń. Szacuneczek. Na przykład (choć ten akurat sobie wymyśliłem, by uchodzić za zabawniejszego): co miał symbolizować fakt, że jeden z bohaterów zasnął w trakcie monologu pewnego jezuity? Pokoleniową utratę wiary w boskie nauki? Ogólny brak wigoru epoki zmierzającej do upadku, a przynajmniej zapadnięcia w sen, z którego być może już nigdy nie wróci do dawnego blasku? Możliwe, tak, mhm. Ja mimo wszystko jestem na to zbyt prosty i przychylam się do wersji, że jezuita swojego słuchacza najzwyczajniej w świecie zanudził, bo to jak najbardziej prawdopodobne. Ot, po prostu. Nie można nikogo za to winić. Nawet nastolatka na amfetaminie i po sześciu Red Bullach zasnęłaby w takiej sytuacji. Trochę sobie kpię, bo nie jestem szczególnie przekonany co do wyjątkowości tej powieści, choć jednocześnie nikomu nie odmawiam prawa do wielbienia jej. Dostrzegam nawet elementy, które – gdyby tylko padły na bardziej wrażliwy grunt – mogły stać się powodami do zachwytu, ale ja nie mogę być tak czuły dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc trochę wyrozumiałości proszę, bo jedynie gąbki nie mają gorszych dni.

Czytaj dalej „Lampart – Giuseppe Tomasi di Lampedusa”

Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård

Knausgard_Moja walka_t2_m_Mówią, że ten cykl stoi na półce co dziewiątego Norwega. Nie wiem czy ten wynik jest powodem do dumy, ale chyba tak, skoro się tym chwalą na okładce. Wygląda więc na to, że Knausgård od jakiegoś czasu jest w swojej ojczyźnie szeroko znanym autorem, no ale skoro ktoś potrafi poświęcić kilka lat na drobiazgowe opisanie w sześciu opasłych tomach własnego życia i zrobić to w co najmniej niezłym stylu, to chyba zasługuje na choćby krztynę zainteresowania. Księdze pierwszej, z którą szarpałem się ponad rok temu, udało się podsycić we mnie jakiś apetyt i ciekawość, a przecież nie można napisać, że Knausgård prowadzi widowiskowe życie i o jego codzienności czyta się z wypiekami na twarzy. Nie. W takim razie co skłoniło go do opisania swojego nieciekawej codzienności i podjęcia karkołomnej próby zainteresowania tym czytelników? Do tego będziemy pewnie dochodzić w trakcie kolejnych tomów, jednak już teraz mogę uznać, że mu się udało, skoro cykl zaczął z powodzeniem zajmować miejsce nie tylko na norweskich półkach. To chyba jakiś rodzaj ewenementu literackiego, który przy okazji obnaża we mnie i wielu innych czytelnikach skłonność do podglądactwa czyjegoś życia, koniecznie podanego w ponadprzeciętnej formie. Niektórzy nazwaliby to jakimś zboczeniem, ale to raczej coś w rodzaju chęci porównania własnego życia z czyimś i poszukiwania w nich wspólnych (nawet uniwersalnych) cech, a także próba ujęcia w słowa różnych emocji oraz uczuć. Bo gdzie szukać inspiracji i chwili na zadumę, skoro życie bohaterów „Na Wspólnej” obfituje w codzienne ekscesy, romanse, zbrodnie i nie ma nawet czasu na zastanowienie? A u Knausgårda nic się nie dzieje. I gdy – dajmy na to – Jurek z „Klanu” wychodzi na spacer, to można się spodziewać, że w trakcie zostanie napadnięty, albo chociaż uratuje kogoś z pożaru, kotka przynajmniej. A Karl Ove wychodzi na spacer, spaceruje i – niespodzianka! – wraca do domu. Sami oceńcie, która codzienność jest Wam bliższa.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga druga – Karl Ove Knausgård”

Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger

sprawiedliwoscMiały się tutaj pojawiać komiksy wyłącznie wyjątkowe: uznane za kultowe, porażająco dobre, oryginalne artystycznie, pomysłowe koncepcyjnie i narracyjnie, bądź stawiane za wzór dla przyszłych twórców. Wszystko jednocześnie, albo choć jeden z tych warunków miał sprawiać, że chciałbym na chwilę oderwać się od książki i postukać trochę w klawiaturę na temat przeczytanego komiksu. A uwierzcie mi, przeczytałem mnóstwo obrazkowych historii, na temat których nie mam nic do powiedzenia poza tym, że znam, widziałem, machnąłem na to ręką. Więc o nich nie piszę – prawda, że proste? Ale kiedy najpierw zdyszany kurier ledwo dotargał do mnie paczkę ze Sprawiedliwością (jego twarz wyrażała pretensję o ilość schodów, które musiał pokonać z tym ciężarem), a potem osobiście zważyłem w dłoniach i przejrzałem pobieżnie ten komiks, to już miałem pewność, że odnajdę w sobie inspirację dla choćby krótkiego wpisu. Bo Sprawiedliwość jest wyjątkowa z powodu, który natychmiast rzuca się w oczy czytelnikowi: jakość polskiego wydania. Blisko pięćset stron kredowego papieru w dużym formacie, całość starannie zamknięta w twardej, szytej oprawie oraz obwolucie. Każdy komiksowy fetyszysta na premierę czekał z własnym penisem w ręce – wiem, bo sam byłem tego bliski. Niestety, wyjątkowa jest również cena tego cuda, bo na okładce krzyczą: 169 złotych. I choć bez większych problemów da się nowy egzemplarz kupić za 50 złotych mniej (księgarnie internetowe), to nadal jest to surowe sito dla potencjalnych klientów i raczej nikt nie pozwoli sobie na tego rodzaju spontaniczny wydatek. Wydawnictwo Mucha podjęło więc spore ryzyko, ale osobiście jestem im wdzięczny i winszuję odwagi. Jako duży dzieciak wychowany na kilkudziesięciostronicowych szmatławych zeszytach TM-Semic (i piszę o tym z szacunkiem oraz sentymentem) jestem zachwycony, że komiks w Polsce doczekał się tego rodzaju ekskluzywnych wydań. I że ja doczekałem.

Czytaj dalej „Sprawiedliwość – Alex Ross, Jim Krueger”