Vernon Subutex: Tom 1 – Virginie Despentes

vernon subutexJa wiem, że książek nie powinno się oceniać wyłącznie po okładce i podobnie nie wypada sugerować się jednym zdjęciem autora czy autorki, ale Virginie Despentes na portrecie ze skrzydełka tej powieści prezentuje się… no, w ogóle się nie prezentuje. Fotografia tam zamieszczona ma za zadanie umacniać buntowniczy wizerunek autorki, ale – Jezusie Nazareński! – choćby ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości wypada, aby na zdjęciu dla czytelników nie wyglądać jak patologiczna żulica spod monopolowego Promil. Może jestem zbyt wrażliwy, może wymagam zbyt wiele, ale mogła chociaż wyjąć tego szluga z ust, jednakże wtedy byłoby pewnie za mało punkowo. Miano wywrotowej rebeliantki francuskiej literatury w końcu zobowiązuje, choć nie wiem czy nie strzelę sobie w kolano tym wyznaniem, ale ja pierwszy raz jej nazwisko widzę. I może to będzie z mojej strony prostackie, ale przy okazji lektury krótkiej notki biograficznej najbardziej rzuciła mi się w oczy informacja, że Despentes była kiedyś prostytutką. Cóż, zajęcie często wymagające pozycji leżącej, więc można zrozumieć, że nagromadzona i niewykorzystana energia teraz szuka ujścia w postaci nieokrzesanej natury. Znęcam się nieco, ale patrząc na tę fotografię z papierosem czuję jakby autorka dmuchała mi dymem w twarz i tym samym nie zjednała sobie mojej sympatii. Ciekawe czy jej proza zrobi to za nią.

Czytaj dalej „Vernon Subutex: Tom 1 – Virginie Despentes”

Inna dusza – Łukasz Orbitowski

inna duszaKażdy, kto miał szczęście dorastać w latach 90. będzie uparcie twierdził, że był to najlepszy czas na dzieciństwo, że gimby nie znajo i że łza się w oku kręci na samo wspomnienie. Dużo w tym prawdy, bo sam tak uważam. Codzienność stopniowo spychająca czasy PRL-u w niebyt regularnie dostarczała nowych wrażeń, najczęściej docierających do nas wraz z wiatrem zmian z zachodu. Złoty okres dla rodziców, bo wystarczały dwa sklejone taśmą patyki, a potomstwo cały dzień mogło się bawić w wojnę, Terminatora, albo Wojownicze Żółwie Ninja. Nie było sposobu, by dzieciaki ściągnąć do domu – ani na obiad, ani kolację, a do łóżka kładły się spać z wciąż zarumienionymi od emocji policzkami i kolanami żółtymi od klęczenia w piaskownicy. Niepocieszone, ale jakże szczęśliwe i modlące się już o jutro. Czasy, gdy szło się do kolegi na komputer i przepadało na cały dzień, a mama kolegi serwowała wszystkim obiad oraz lody Bambino na deser. Dni, gdy biegało się po okolicznym parkingu zaglądając do stojących tam samochodów w poszukiwaniu tego, który będzie miał najwięcej na liczniku prędkości, zaklepywanie wirtualnego miejsca za kierownicą i wpychanie w rurę wydechową śliwek, bo od samego jedzenia ich miało się już notoryczną sraczkę. Z każdym drzewem na osiedlu miało się jakieś wspomnienie, każda ławka przypomina o jakiejś anegdocie, każdy zakątek to slajdy z beztroskiej przeszłości. I nieważne, że większości tych drzew oraz ławek już nie ma – bo one w jakimś sensie tam będą, póki istnieje ich echo w naszych pamięciach. A ja mógłbym tak smęcić bez końca, jednak na rzewne wspomnienia nie wzięło mnie przypadkiem, choć może po kolei.

Czytaj dalej „Inna dusza – Łukasz Orbitowski”

Jaśnie pan – Jaume Cabré

jasnie panPana Cabré już znamy. To znaczy: ja znam. Nie wiem skąd we mnie ten nawyk wypowiadania się za innych, ale faktycznie istnieje spore prawdopodobieństwo, a nawet pewność, że nie tylko ja jestem z tym pisarzem zaznajomiony. Jego Wyznaję, które ukazało się w polskim przekładzie kilka lat temu, zrobiło wrażenie na czytelnikach (tak, na mnie również), więc nie powinno szczególnie dziwić, że wydawnictwo Marginesy poszło za ciosem i zaczęło wygrzebywać z szuflady wcześniejsze dzieła Cabré. Bo późniejszych póki co nie ma. I jeśli się zastanowić, to dosyć znamienne, że gdyby nie sukces Wyznaję to omawianego tutaj Jaśnie pana po raz pierwszy wydanego w 1991 roku prawdopodobnie nigdy byśmy nie mieli okazji po polsku przeczytać. Taka dola pisarzy, że mogą oni tworzyć coś latami, a dopiero któraś z kolei próba i dzieło oddalone od dzisiaj o kilkadziesiąt lat otworzy im szerzej drzwi sławy i sprawi, że ktoś zainteresuje się wcześniejszą twórczością, choćby słabą. Nie chcę tutaj przeceniać siły rodzimego czytelnictwa i nie wiem, jak to jest z rozpoznawalnością Cabré w innych krajach, ale chyba rozumiecie, co mam na myśli: jedna powieść może ożywić już w pewnym sensie uśmierconą twórczość autora. I świetnie, bo Wyznaję było z pewnością godne zainteresowania, a jak jest z powstałym dwadzieścia lat wcześniej Jaśnie panem?

Czytaj dalej „Jaśnie pan – Jaume Cabré”

Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger

maly wielki czlowiekNa początku czuję się w obowiązku wyrazić swoje święte oburzenie okładką omawianego wydania Małego Wielkiego Człowieka (Prószyński i S-ka, Warszawa 2015). Potrafię zrozumieć marketingowe zalety okładki, która nawiązując do gorącej filmowej ekranizacji dzieła liczy na większe zainteresowanie tych, którzy z kina dopiero wyszli. Ale w tym przypadku trudno się spodziewać, by wydawca pokładał nadzieję w bazie fanów obrazu, skoro ten swoją premierę miał w 1970 roku. Przecież oni w większości powinni już nie żyć. Potrafię również zrozumieć intencję wydawcy, który zaplanował sobie wydawać kolejne kultowe powieści w „filmowej serii”, ale nie potrafię z kolei dostrzec w tym zamyśle sensu. No bo jak to: kupujesz książkę, a tam na okładce (oraz na grzbiecie!) bezcenna informacja o tym, kto występuje w rolach głównych. Dustin Hoffman, Clint Eastwood, Meryl Streep, Jack Nicholson i inni. W książce grają, normalnie rola życia. Jakby obsada ekranizacji miała być jakimkolwiek argumentem do lektury. Ja wiem, że według niektórych okładka jest akurat najmniej istotna, ale nikt mi nie wmówi, że nie jest ważna i można ją potraktować byle jak – artystycznie na nią zwymiotować i po sobie nie posprzątać. Nie godzi się więc, bo to razi moje poczucie piękna, tak jak fanów motoryzacji obraża prezencja Fiata Multipli. Uf, dobrze, najbardziej bolesne uwagi mamy za sobą, przejdźmy zatem do istoty tego wpisu.

Czytaj dalej „Mały Wielki Człowiek – Thomas Berger”

Dygot – Jakub Małecki

malecki_dygotJakub Małecki poproszony o to, by w jakiś nietypowy sposób zachęcił do przeczytania omawianej powieści stwierdził, że czytanie Dygotu ujędrnia pośladki. Nie wiem jak to zmierzyć u siebie (bo już jestem po fakcie), ale jeśli ktoś jest jeszcze przed planowaną lekturą, to polecam zawczasu się obmacać i zrobić jakieś zdjęcie, by po lekturze mieć materiał porównawczy. I wrzucić tę fotkę w komentarzu do tego tekstu, to wszyscy chętnie ocenimy postęp w kwestii jędrności. Już nie mogę się doczekać. Porzucając jednak chwytliwy temat pośladków i wracając do Jakuba Małeckiego to zaznaczę, że jego twórczość od kilku lat kręciła się gdzieś na orbicie moich zainteresowań, a nawet parę razy zaczepiłem wzrokiem o jego Dżozefa na różnych półkach, ale… no właśnie, jakoś nam nie wyszło. Nic osobistego. Rozdzieliły nas inne plany, odrębne priorytety, nasze koryta nie okazały się wspólne. Więc kiedy na odległym horyzoncie wydawnictw pojawił się Dygot natychmiast go dostrzegłem, odżyło dawne pożądanie, a czytając zapowiedź powieści wiedziałem już, że tym razem pójdę z Jakubem Małeckim do łóżka. Bo ostatnio tylko tam i na krótko przed snem czytam książki, stąd wynika pewne spowolnienie w temacie. Może gdybym się nudził w pracy, częściej i dłużej podróżował komunikacją miejską, albo chociaż siedział w więzieniu to miałbym więcej okazji do lektury, ale pocieszam się, że jeśli już czytam, to robię to z czystej ochoty, nie nudy. Strasznie dygresyjny i nie na temat mi ten wstęp wyszedł, więc po raz wtóry wróćmy do Jakuba Małeckiego, ok?

Czytaj dalej „Dygot – Jakub Małecki”

Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson

doktor-jekyll-i-pan-hydeTytułowi panowie są znani i ogólnie kojarzeni, bo Stevenson najwyraźniej miał szczęście do tworzenia dzieł, które ponad wiek później będą przytaczane w wielu kontekstach. No dobra, może przesadzam, ale już jego Wyspa skarbów uchodzi za wzór powieści pirackiej, a i o dżentelmenach z omawianej nowelki również chyba każdy słyszał. Śpiewali o nich Borysewicz z Kukizem, jeszcze w czasach, gdy ten drugi życzył sobie być nagrywanym, bo teraz jest z tym różnie. O bohaterach dzieła Stevensona wrzeszczał także Michał Wiśniewski z Ich Troje, próbując tym sposobem wyrazić miłość i wytłumaczyć nieprzewidywalność swoich zachowań. Doktor Jekyll i pan Hyde to kanoniczna opowieść grozy, która przez ostatni wiek została przerobiona i adaptowana na chyba każdy możliwy sposób. Parodie, musicale, romantyczne komedie – praktycznie w każdym nurcie i każdej dziedzinie znajdzie się coś inspirowane skromnym objętościowo dziełem Stevensona. To z automatu daje nam jakieś pojęcie o jakości powieści, choć oczywiście jeszcze nie gwarantuje, że Doktor Jekyll i pan Hyde nam się spodoba jako lektura. Niezależnie od gustów wypada jednak oddać Stevensonowi co stevensonowskie, bo swoją nowelką grozy wywarł ogromny wpływ na kulturę, również tę w wersji pop-. Puszczenie w obieg tej opowieści wywołało efekt śnieżnej kuli, bo przez lata narastały wokół niej kolejne warstwy, adaptacje, ekranizacje, hołdy i obecnie kula ta jest tak ogromna, że nie sposób jej przegapić, a przynajmniej usłyszeć jak się toczy skrzypiąc przy tym złowieszczo.

Czytaj dalej „Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson”

Pobojowisko – Michael Crummey

pobojowiskoPo wrażeniach, jakie zostawiła po sobie wcześniejsza powieść autora (Dostatek; choć wcześniejszą jest ona jedynie w sensie ukazania się polskiego przekładu) było wyłącznie kwestią czasu, jak Crummey tu wróci. No i wrócił, zaskoczenia nic, null, nada. Jeśli wbić nazwisko kanadyjskiego pisarza w Google to wyskoczy nam portret gościa z fryzurą, jaką ja nosiłem w szkole podstawowej – w czasach kiedy włosy rosły mi wyłącznie na głowie i tego rodzaju uczesanie „na grzybka” (bądź „od salaterki”) było modne, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Crummey najwyraźniej na żaden podryw się nie wybiera i uznał, że nie musi być atrakcyjny. Nie żeby to było dla mnie ważne, bo nie jest, ale wróciły obrazy z przeszłości i uznałem, że o tym wspomnę. Ale przestając już oceniać pisarza po jego powierzchniowości przypomnę, że moje pierwsze wieczory zapoznawcze z Crummeyem przebiegały niezwykle okazale pod względem zaangażowania i czytelniczych emocji, których w Dostatku było… no, pod dostatkiem. Wtedy to nawiedził mnie ździebko zapomniany i zaniedbany duch realizmu magicznego – tego wspaniałego, klasycznie folklorystycznego, najbardziej intensywnego realizmu magicznego obecnego w choćby Stu latach samotności (że podrzucę taki modelowy przykład). I za ten powrót wrażeń byłem autorowi wdzięczny, podobnie jak teraz za powrót zmory kiepskiego uczesania. A co do zaproponowania ma Pobojowisko?

Czytaj dalej „Pobojowisko – Michael Crummey”