300 – Frank Miller

300Widzisz nazwisko Franka i jesteś dziwnie spokojny o jakość dostarczonego przez niego materiału, a dodatkowo zaczynasz podejrzewać, że znowu trzeba będzie o tym sklepać notkę na bloga. Bo Miller to klasa, bo Miller to szyk. Wystarczy przypomnieć goszczący już tutaj Powrót Mrocznego Rycerza, który był zupełnie nowym rozdaniem w historii Batmana, a przede wszystkim nie wypada zapomnieć o niepowtarzalnym i niesamowitym cyklu Sin City, którego bardzo chciałbym tutaj przedstawić w całości, ale od długiego czasu nie mogę zdobyć piątego tomu – tego przeklętego różowego cudeńka – zresztą nie tylko ja mam ten problem, więc nie czuję się wyjątkowy. Miasto Grzechu musi poczekać, a tymczasem przyjrzyjmy się innemu klasykowi o enigmatycznym tytule i dość oryginalnym, choć ogromnie niepraktycznym formacie: pozioma orientacja komiksu będzie zmorą każdego półkowego pedanta, bo regały zwykle okazują się niewystarczająco głębokie, by zmieścić go grzbietem do frontu. No i stoję tak przy tej półce, próbuję go zmieścić, upchać jakoś żeby nie wystawał, aż w końcu poddaję się, załamuję ręce i głośno mówię do siebie to, co chciałby usłyszeć każdy mężczyzna od kobiety podczas łóżkowych igraszek: jest za duży, nie ma mowy, aby wszedł cały.

Czytaj dalej „300 – Frank Miller”

Reklamy

Cynicy – Anatolij Marienhof

cynicyCóż to byłaby za rosyjska powieść, gdyby nie miała problemów z cenzurą? Wręcz w dobrym smaku było je mieć. Oczywiście należało najpierw wstrzelić się w odpowiedni okres, następnie napisać coś, co byłoby nie w smak opresyjnej władzy (a ta zwykle była bardzo wrażliwym czytelnikiem) i pozostawało już tylko usiąść oraz obserwować jak nasza powieść bardziej lub mniej dotkliwie kastrowana jest katowskim toporem cenzury. W wielu przypadkach po takim odkrojeniu niewygodnych fragmentów z powieści pozostał bezwartościowy strzęp, który następnie wyrzucano do kosza, a w efekcie autor (parszywy wywrotowiec) nie dość, że nie miał nawet na kieliszek chleba, to często trafiał pod dokładną obserwację, co wcale mu życia nie ułatwiało. Natomiast książce mogło pomóc, z perspektywy czasu rzecz jasna, bo kiedy ta po kilkudziesięciu latach wreszcie mogła się ukazać w swojej oryginalnej formie to miała już gotowy slogan marketingowy: powieść zakazana w ZSRR, po raz pierwszy w druku. Tak, zgadliście – Cynicy są taką właśnie powieścią. No, nie do końca dokładnie taką, ale swoje problemy podobnej natury miała.

Czytaj dalej „Cynicy – Anatolij Marienhof”

Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James

Krotka historia_mZapraszam na Jamajkę, bo tam nas jeszcze nie było w naszej leniwej podróży przez literaturę. No, przynajmniej mnie. A okazja trafiła się nie byle jaka, bo oto mamy do czynienia z laureatem nagrody Bookera – pierwszym Jamajczykiem w jej historii, więc chyba warto odnotować ten niecodzienny fakt. Z tego powodu na Jamajce wypalono zapewne kilogramy zioła, bo jeśli świętować to tylko w oparach dymu i potrząsając dredami w rytm muzyki reggae. Co? Że stereotyp zaserwowałem? O, to jeszcze nic, bo stara słowiańska klątwa mówi o tym, że „kto słucha rege, ten rucha kolege”, więc wyłącznie silnie heteroseksualni mężczyźni mają odwagę się przyznawać do fascynacji muzyką tego gatunku. I zanim ktokolwiek zdąży poczuć się urażonym, to jakby na poparcie tej teorii śpieszę z argumentem, że w powieści Jamesa jest sporo gejowskiego seksu. Co więcej: wyłącznie takiego. W dodatku dość bezpośrednio i obrazowo opisanego, zero romantycznego podparcia, ja nie wiem co ci faceci tacy bezuczuciowi. Co jeszcze mogę we wstępie napisać o tej książce? Ma zwodniczy tytuł, bo z pewnością nie jest krótka, a i zabójstw w niej więcej niż siedem. Ech, nikomu już nie można ufać.

Czytaj dalej „Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James”

Dom dzienny, dom nocny – Olga Tokarczuk

dom dzienny dom nocnyKurczę blaszka, znów jestem nieco zbity z tropu, bo przed chwilą skończyłem czytać opinie innych czytelników na temat tej powieści i sam nie wiem, co o tym myśleć. Dominują zachwyty, wiele pozytywnych wrażeń, niektórzy chwalą się nawet, że czytali Dom dzienny… kilka razy i każdorazowo odnajdują w nim coś nowego, świeżą interpretację, przeoczony wcześniej detal. Jest problem z odnalezieniem neutralnej opinii, nie wspominając już o negatywnej – te są równie rzadkie, co uczciwy handlarz samochodami. A jestem zbity z tropu, ponieważ te wszystkie zachwyty zupełnie nie pokrywają się z moimi odczuciami po lekturze. Tłumaczę to sobie tym, że jeśli komuś nie podobała się ta powieść, to pewnie nie chciał dodatkowo tracić czasu na chwalenie się tym – przeczytał, przeszedł się po pokoju, zapomniał. Dał sobie spokój z drążeniem tematu, smażeniem niesmacznej opinii. Najwyraźniej tylko ja jestem taki dziwny, że chcę się nadal znęcać nad Domem dziennym…, a przede wszystkim nad sobą samym. Chciałbym też już na wstępie zaznaczyć, że nie uważam, by ta powieść była zła, w sensie ZŁA. Akurat wiem, że Oldze Tokarczuk literackiego talentu nie powinienem odmawiać i podskórnie wyczuwam w tej lekturze niemały potencjał. Jakiegoś rodzaju szumy i piski, ale nadawane na takiej częstotliwości, której moja percepcja nie rejestruje. Niby trochę żal, że mnie coś omija, ale nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

Czytaj dalej „Dom dzienny, dom nocny – Olga Tokarczuk”

Śmierć Achillesa – Boris Akunin

smierc achillesaPrzyznaję, że zaniedbałem nieco cykl Erasta Fandorina, choć nigdy o nim nie zapomniałem i stale zamierzałem wrócić. No, ale nic nie tłumaczy faktu, że poprzedni jego tom – Lewiatan – pojawił się tutaj dawno, zbyt dawno temu, bo aż w maju 2013 i jeśli nie podkręcę tempa, to najprawdopodobniej w swoim życiu nie zdążę dotrzeć do jego końca. Zakładam, że w chwili śmierci nieukończenie cyklu nie będzie moim największym problemem, ale zawsze byłoby miło mieć jedno małe zmartwienie mniej i przeczytać całego Fandorina przed czasem, bo jestem przekonany, że warto. Powtórzę: warto. Wiedziałem o tym już wtedy, gdy czytałem poprzednie tomy i uświadomiłem to sobie na nowo, gdy tylko zacząłem lekturę Śmierci Achillesa. To jest po raz kolejny świetne – znajome, ale zarazem w jakimś sensie świeże, bo Akunin bardzo sprawnie potrafi urozmaicać swoje historie. Oto bowiem, po epizodach na froncie wojny rosyjsko-tureckiej i rejsie Lewiatanem (odpowiednio drugi i trzeci tom) Erast Fandorin wraca do ojczyzny. Zapowiada się więc nowy start, ale przeszłość jest zbyt podstępną suką, by miała tak łatwo naszemu bohaterowi odpuścić.

Czytaj dalej „Śmierć Achillesa – Boris Akunin”

Syn – Philipp Meyer

synTrochę mi przykro, że w 2014 roku Syn przegrał rywalizację o nagrodę Pulitzera ze Szczygłem Donny Tartt. Status laureata to dla pisarza i jego dzieła zawsze duża promocja na całym świecie, a mam wrażenie, że tego rodzaju rozgłos by się przydał powieści Meyera. I nie piszę tego z troski o los autora, bo on sobie z pewnością poradzi. Piszę to z myślą o czytelnikach, którzy mogliby wiele zyskać na lekturze Syna, znacznie więcej, niż na przebijaniu się przez dziesiątki niepotrzebnych stron u zbyt rozwleczonej Tartt. No, ale jury przemówiło i chciało inaczej. Dziełu Meyera pozostała więc nagroda pocieszenia w postaci wielu hojnych recenzji, w których krytycy licytują się na wytarte określenia w rodzaju: wielka powieść, mistrzowskie arcydzieło i klasyka literatury amerykańskiej, a do towarzystwa Meyerowi przywołują nazwiska Steinbecka, McCarthy’ego, McMurtry’ego, a nawet Faulknera, bo czemu nie. Oczywiście ja mam zbyt silną psychikę, aby się na te numery nabrać, jednak tym, obok czego nie mogłem przejść obojętnie jest tematyka powieści, bo historie z Pogranicza jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, a w kilku przypadkach nawet zachwyciły, głównie za sprawą króla Cormaca Wspaniałego McCarthy’ego. Zbyt wiele w tych terenach i opowieściach wciąż żywego ducha westernu, bym nie czuł się zachęcony.

Czytaj dalej „Syn – Philipp Meyer”

Mitologia nordycka – Neil Gaiman

mitologia-nordyckaOch, znów miałem apetyt na mitologię nordycką. W zasadzie to on mi nigdy nie przechodzi, bo uwielbiam wszelakie mity różnego pochodzenia, no ale nieważne, bo zacznę się powtarzać. A tymczasem stąd i zowąd znany Neil Gaiman proponuje mi zredagowaną przez siebie mitologię nordycką, no, przynajmniej jakiś jej wycinek. Co w takiej sytuacji robię ja? Oczywiście, że daję się skusić, bo do autora pewne zaufanie mam, nawet nienadwyrężone, a czytałem go jeszcze w czasach sprzed narodzin tego blogaska. Poza tym do wkroczenia w świat mitów, nawet tych z grubsza znanych, ale opakowanych na nowo nie trzeba mnie nadgorliwie zapraszać. I choć zdaję sobie sprawę, że w tej niewielkiej książeczce zawarto zaledwie ułamek nordyckiej mitologii, to pragnę wierzyć, iż znajdę tam wszystko, co najważniejsze oraz na początek niezbędne. Bo choć nie będzie to mój pierwszy raz z Odynem, Thorem, Lokim i spółką, a ich perypetie nie są mi do końca obce i znam je na wyrywki, to – wstyd się przyznać – nie czytałem do tej pory żadnej lektury, która spróbowałaby moją wiedzę usystematyzować. Bez wątpienia są jakieś opracowania, które zrobią to lepiej, pełniej i rzetelniej, ale to może kiedyś zechcę wrócić. Neil Gaiman wydaje się w sam raz na początek.

Czytaj dalej „Mitologia nordycka – Neil Gaiman”