Ptak dobrego Boga – McBride James

ptak-dobrego-bogaChodzi o dzięcioła. Tytułowym ptakiem jest dzięcioł. Od razu i z całą mocą chciałbym zaznaczyć, że nie jest to tajemnica fabularna i nie opiera się na tej wiedzy żaden zwrot akcji. Więc jeśli ktokolwiek pomyślał oburzony: no pięknie, teraz nie ma już sensu czytać tej książki, skoro wiem o dzięciole, dzięki ty bucu, to się myli. To znaczy – kwestię czy jest sens czytać Ptaka dobrego Boga dopiero poruszymy i – mam nadzieję – ustalimy fakty, ale świadomość, że chodzi o dzięcioła nie ma tutaj nic do rzeczy. Więc sam albo sama jesteś bucem. A czy teraz, kiedy już wzajemne grzeczności mamy za sobą, możemy się wreszcie zająć książką? Tak? Dziękuję. Bo Ptak dobrego Boga rzekomo narobił sporego zamieszania w Stanach, ale niestety nie mogę tego osobiście potwierdzić, ponieważ nie było mnie przy tym. Jednak wspaniałomyślnie załóżmy, że scenariusz to dość prawdopodobny, bowiem powieść McBride’a fabularnie umiejscowiona jest w ciekawym czasie tuż u schyłku niewolnictwa, a nie trzeba chyba nikomu uzmysławiać jak burzliwy to był etap w historii Stanów. W 1854 roku w Kansas rozgorzała wtedy krwawa wojna domowa między abolicjonistami a zwolennikami niewolnictwa, bo argumenty słowne przestały już do kogokolwiek przemawiać („Murzyn też człowiek i swoją godność ma” kontra „bawełna z pola sama się nie zbierze”). Metody walki zaostrzały się więc z miesiąca na miesiąc, a jednym z głównych autorów zamieszania był wtenczas niejaki John Brown – białas, który postawił sobie za cel uwolnić wszystkich Murzynów, nawet jeśli ci nie chcieli być uwalniani. Stary Brown bywał w swoich działaniach subtelny niczym lewatywa z napalmu, a wszelkie dyskusje ze zwolennikami niewolnictwa preferował ucinać szybko, najlepiej pałaszem.

Czytaj dalej „Ptak dobrego Boga – McBride James”

Reklamy

Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czytaj dalej „Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro”

Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Czytaj dalej „Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn”

Pełnia piękna – Chuck Palahniuk

pelnia-pieknaCóż, chyba nie ma sensu zaprzeczać, że jestem fanem twórczości Chucka Palahniuka. Od lat sumiennie czytam od niego wszystko co zostało przełożone na język polski, choć również od lat jestem pogodzony z faktem, że autor prawdopodobnie największe dzieła ma już za sobą i coraz częściej w jego literaturze daje się zauważyć recykling pomysłów. Zachłyśnięci Podziemnym Kręgiem (1996) czytelnicy i krytycy jeszcze przez kilka lat ekscytowali się kolejnymi powieściami Chucka, gdzieś tak do okolic wydanej w 2002 roku Kołysanki (nagroda i nominacja), a potem już nawet wstrząsy wtórne wokół autora ustały i zaczęto się rozglądać za jego następcą. Tymczasem Palahniuk nadal tworzy i to dość regularnie, ale najwyraźniej nie budzi już takich emocji, nie przyciąga nowych czytelników, a wieści o każdej jego nowej powieści śledzą najczęściej wyłącznie tacy przepełnieni nadzieją wieloletni fani jak ja. Wierzymy, że Chuck czymś nas jeszcze zaskoczy, być może zafascynuje i za nic nie chcemy tego przegapić. A jeśli nie tym razem, to może następnym, albo jeszcze następnym, bo taki obowiązek fana, by wiary nie tracił. I jasne, że dostrzegam tendencję spadkową w pisarskiej formie Palahniuka, coraz częściej będąc zmuszonym doszukiwać się w jego powieściach chytrze ukrytych zalet, ale również zdaję sobie sprawę, że mój obiektywizm bierze w takich chwilach L4, a tych walorów tak naprawdę tam nie ma. Ach, ci fani i ich brak trzeźwego osądu.

Czytaj dalej „Pełnia piękna – Chuck Palahniuk”

Bastion – Stephen King

bastionMnie też w sumie trochę dziwi fakt, że Król Stefan dopiero teraz wjeżdża swoją literacką karocą w skromne półki moich książkowych regałów. Nie to, żebym miał do Kinga jakiś uraz i gardził jego twórczością, bo już parę razy się zetknęliśmy – dawno temu, jeszcze przed erą powszechnego Internetu z nudów przeczytałem Grę Geralda, a będąc w wojsku podjąłem nieudaną próbę lektury Miasteczka Salem (nie dokończyłem, ale nie pamiętam dlaczego, pewnie wolałem pić tanie wina na przepustce). Później Kinga jakoś świadomie unikałem (co nie było łatwe ze względu na jego pisarską płodność), a powodów mógłbym zapewne znaleźć kilka, jednak nie było to nic osobistego, a wypracowanej przez dekady i w pełni zasłużonej pozycji literackiej nikt – tym bardziej taki bubek, jak ja – nie powinien mu odmawiać. Jak więc do tego doszło, że wreszcie przyszło mi czytać Kinga? Winy należy upatrywać w moim cyklicznie powracającym apetycie na powieść w klimatach post-apo i przeglądając już kolejne zestawienie gatunku nie mogłem przegapić Bastionu, choćbym bardzo chciał. Mający 1200 stron kloc musi się rzucić w oczy i wymaga przy tym uważnego obchodzenia się z nim, bo lepiej nie upuścić sobie takiej książki na stopę. Przez wiele lat ignorowałem Kinga, a teraz przyszło mi się zmierzyć z jego dziełem o gabarytach zdolnych pomieścić cztery inne powieści. Taki to chichot losu mnie spotkał. Podwijam rękawy i do (literackiego) dzieła.

Czytaj dalej „Bastion – Stephen King”

Płyń z tonącymi – Lars Mytting

plyn-z-tonacymiLars Mytting ubiega się o tytuł naczelnego drwala literatury, bo uwielbia dłubać w drewnie. Ja wiem, że każda tradycyjna książka to w jakimś sensie drewno, ale to autorowi Płyń z tonącymi najwyraźniej nie wystarcza. Jego poprzednie dzieło, które ukazało się także w polskim przekładzie nosi tytuł Porąb i spal: wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie i jeśli wierzyć prasowym notkom, to jakiś rodzaj poradnika, w którym Mytting z gawędziarską swadą przytacza liczne historie związane z drewnem i nie da się w tym wszystkim ukryć, że autor drewno kocha, tak jak Gepetto kochał Pinokia. Natomiast Płyń z tonącymi dźwięczy już bardziej fikcyjną i oderwaną od rzeczywistości nutą, bo jest powieścią o naturze przygodowo-kryminalnej, choć nadal to właśnie drewno pozostaje w niej szalenie istotne, wręcz niezastąpione. Cóż, zawsze to jakiś charakterystyczny oraz rozpoznawalny element, bo chyba miło, gdy pisarz ma jakąś pasję poza spacerowaniem z notatnikiem i spisywaniem w nim inspiracji na kolejną książkę.
No dobrze, ustaliliśmy już, że nikt nie odbierze Myttingowi tytułu konesera drewna, ale jak u niego z wymyślaniem intryg, prowadzeniem historii, a przede wszystkim pisaniem w ogóle? Być może będzie to dla kogoś zaskoczeniem i niech mi się siekiera w dłoni omsknie jeśli się mylę, ale ten pisarz o naturze drwala wyjątkowo sprawnie sprostał wyzwaniu, które sam sobie postawił.

Czytaj dalej „Płyń z tonącymi – Lars Mytting”

Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Czytaj dalej „Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans”