Wilk stepowy – Hermann Hesse

wilk stepowyProszę Państwa, chyba mamy zwycięzcę plebiscytu na pisarza, którego wolałbym nie poznawać osobiście. Nie żebym kiedykolwiek taki plebiscyt ogłaszał, ale – no wiecie – gdybym. Być może wyciągam pochopne wnioski i gdyby pogrzebać w temacie i otoczeniu pisarza głębiej to wszystkie moje obawy okazałyby się mylne, ale drążył nie będę, bo mi się nie chce. Zostawię to komuś, komu się będzie chciało. Moje odczucia na temat Hermana Hessego są natomiast takie, że to jeden z najbardziej przygnębiających autorów, z jakim miałem do czynienia. Poważnie, gdybym z nim spędził godzinę, albo dwie, to zapewne wpadłbym w taką depresję, że żadne rady w rodzaju „będzie dobrze” i żadne „zacznij uprawiać jakiś sport” by nie pomogły. Ale zawsze przynajmniej bawią. Jeśli prawdą jest, że Hesse własne odczucia i doświadczenia przeniósł na barki bohatera powieści – Harry’ego Hallera, to raczej nie ma czego zazdrościć żadnemu z panów. Bo znamiennym jest, by sam autor we własnym posłowiu poczuł potrzebę wytłumaczenia czytelnikowi, że Wilk stepowy nie jest opowieścią o upadku człowieka, ale jego uzdrowieniu. Serio, Hermann? Musiałeś to wyjaśniać? Dlaczego? Bo i tak wszyscy widzą w tej historii upadek, a nawet jeśli konkluzja w jakikolwiek sposób zwiastowałaby uzdrowienie, to i tak nie zmieni wydźwięku całej historii? Przecież czytelnik po kilku setkach stron jest na tyle przytłoczony ciemną naturą tej prozy, że szukanie w niej pozytywów przypomina przyklejanie plastra na złamanie otwarte. Albo pocieszenie z gatunku: operacja się powiodła, ale pacjent zmarł.

Przyjrzyjmy się Harry’emu Hallerowi, temu niedorajdzie życiowemu, bo trzeba sprawy postawić jasno. On sam siebie preferuje nazywać właśnie wilkiem stepowym, ale to tylko ładne określenie. Harry to samotnik i dziwak, z gatunku tych raczej niegroźnych dla reszty społeczeństwa, za to silnie autodestrukcyjny. Uparty pesymista i smutas, wiecznie odizolowany i trapiony artretyzmem, wszak pięćdziesiątka już za nim, więc pora najwyższa, by z jakimiś schorzeniami się zaznajomić i przywyknąć do ich stałego towarzystwa. Lubi wino, najbardziej te, którego można wypić dużo. Nie lubi ludzi, to chyba oczywiste. Ale jednocześnie nie potrafi im niczego odmówić, więc zawsze przyjmuje zaproszenia, a potem ma ogromny problem, by się z nich wywiązać i w ogóle podnieść z łóżka. Źle znosi wszelakie bankiety, za to pogrzeby najwyraźniej przynoszą mu ulgę i gdy jakiś widzi, to wbija się na krzywy ryj, jakby to była jakaś weselna zabawa w rodzaju „jedzie pociąg z daleka”. Rzecz jasna myśli o samobójstwie, a nawet podejmuje nieśmiałe próby dokonania, ale to też mu nie wychodzi, może zapału brakowało, nie wiem.

Wilk stepowy, zabłąkany pośród nas, wśród miast i życia gromadnego – żaden inny obraz nie mógłby ukazać go dobitniej, jego trwożliwego osamotnienia, jego dzikości, niepokoju, nostalgii i bezdomności.[1]

Harry jest ucieleśnieniem wiecznej depresji. Roztkliwia się nad sobą i detalami go otaczającymi. Ubolewa nad sobą i przyszłymi pokoleniami, które co prawda jeszcze nie nadeszły, ale Harry już wie, że nie będzie w nich nic dobrego, ach ta młodzież. W snach często urządza sobie pogawędki z Mozartem albo Goethem, co – jeśli mnie zapytać – jest wyborem zbyt oczywistym, tak jak w literaturze angielskiej jest nim Szekspir. Ale może to ja jestem jakiś uczulony na tego rodzaju banał w odwoływaniu się. Tymczasem Harry będąc już na jawie poznaje pewną kobietę. Trochę przy tym panikuje, niczym jakiś nastolatek, no i z powodu niedostatków własnego charakteru woli, by Hermina (tylko Niemiec mógł świadomie skrzywdzić kobiecą postać takim imieniem) mu rozkazywała, kierowała nim, mówiła mu, co ma robić. Pachnie mi to jakimś fetyszem, ale cóż, zdarzają się gorsze. Ważne, że od tej chwili w zachowaniu Harry’ego rzeczywiście zaczyna się coś zmieniać. Dalszy rozwój sytuacji zostawię bez komentarza.

Och, no wiem, że okrutnie spłycam Wilka stepowego. Potrafię zauważyć, że powieść wręcz tonie w egzystencjalnych rozważaniach, a w Harrym stale ściera się natura człowieka z tą wilczą. Zauważam też, że Hesse próbuje zwrócić naszą uwagę na jednostki niezdolne do życia w społeczeństwie, w jakimś stopniu upośledzone pod tym względem, być może chcące, ale niepotrafiące. Zauważam w treści te wszystkie natchnione dyskusje pełne filozofii, te mniej i bardziej interesujące rozmowy o śmierci, wieczności, uczuciach. Zauważam, ale to jest jakieś takie… takie… suche, bez fabularnego podparcia, bez wyrazistego bohatera, który mógłby mnie przez treść powieści przeprowadzić. Harry mnie drażnił i męczył swoim skomleniem, bezsilnie brnąłem przez te jego pesymistycznie wywody, historię jego upadku, samotności, myśli samobójczych. Bo co ja, jako czytelnik mogłem więcej zrobić? Tylko brnąć. Do tego Hesse z lubością wątki realistyczne przeplata tymi onirycznymi, sennymi, surrealistycznymi. A ja ich nie cierpię, jeśli są w nadmiarze. Naprawdę nie znoszę, wpędzają mnie w jakieś wewnętrzne rozedrganie, irytują. Pod koniec Wilka stepowego osiągają takie stężenie na centymetr kwadratowy, że o mało nie dostałem wylewu, zanim dotarłem do ostatniej strony. To nie na moje nerwy.

Nie da się zaprzeczyć, że Hesse słowem operować potrafi i nie odmówię mu literackiego zmysłu. Podobają mi się pojedyncze zdania, określenia, czasem wpadnie mi w oko jakiś cały akapit, ale nie przemawia do mnie Wilk stepowy w swojej ogólnej formie, w swojej niezdecydowanej narracji, ze swoim pozbawionym charakteru bohaterem, którego nie potrafiłem tolerować. Czasami jestem prostym chłopem oderwanym od łopaty, zwyczajnie zmęczonym całą filozoficzną i egzystencjalną otoczką powieści, być może dobrą dla jajogłowych myślicieli, którzy natychmiast zaczną analizować każdą stronę w poszukiwaniu ukrytych znaczeń, manifestów, drugiego dna. Ja nie mam aż takich potrzeb. Wystarczy mi poczucie wyjątkowości, gdy informuję kogoś, że nie posiadam i nigdy nie posiadałem konta na Fejsbuku. Like a Boss.


[1] Hermann Hesse, Wilk stepowy, tłum. Gabriela Mycielska, wyd. Media Rodzina, Poznań 2017, str. 27

Jedna uwaga do wpisu “Wilk stepowy – Hermann Hesse

  1. Gall Anonim pisze:

    Dziękuję za kolejną wartościową recenzję. Podejrzewam, że miałabym podobne odczucia czytając omówioną pozycję, więc nie będę ryzykować obniżenia nastroju. Może coś innego tegoż autora, skoro potrafi wg Ciebie operować słowem? Pozdrawiam .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s