Młokos – Fiodor Dostojewski

MłokosTo zadziwiające, że tak bardzo za Dostojewskim tęskniłem. Kilka lat temu byłem zbyt zachłanny i łapczywy, bo na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy przeczytałem od brodatego Rosjanina prawie wszystko, co polskie wydawnictwa miały do zaoferowania. I utknąłem z ręką w nocniku – chciałem więcej, pragnąłem jeszcze, ale nie za bardzo było co. Albo może inaczej. Lista potencjalnych lektur sprawiała wrażenie długiej, ale po odfiltrowaniu interesujących mnie pozycji i przejrzeniu na serwisach aukcyjnych ofert z nimi związanych odpuściłem. Bo nie jestem fanem starych książek. Nic nie sprawia mi w czytaniu większej przykrości, niż wypadająca z książki strona, dwie, trzydzieści, albo w ogóle rozklejający się egzemplarz. Zamiast bezstresowo czytać, to ja drżącymi dłońmi staram się utrzymać książkę w całości, a mój mglisty wzrok zaczynają przysłaniać łzy bezradności. I zniechęciłem się widząc na zdjęciach z allegro te wszystkie powieści Dostojewskiego, które przypominają coś, co morze wyrzuciło na brzeg, a dumni właściciele mają jeszcze odwagę żądać za to pieniędzy. Bo znalazł jeden z drugim książkę na strychu u dziadka, albo po trzydziestu latach wyciągnął spod szafy, a ta zaczęła się chybotać, więc już wiadomo po co ktoś Dostojewskiego tam podłożył. Nie, nie chciałem takich książek, nazwijcie mnie wybrednym. I cierpliwym.

Miałem jednak chwilę słabości, bo będąc na głodzie przeczytałem po raz drugi Braci Karamazow. Och, weszła we mnie ta powieść jak wiadro wody w suchą ziemię. Ale dobra, bo coś wyjątkowo za długo ten wstęp się ciągnie, więc będę się streszczał i przechodzę do meritum. Jakiś czas temu wreszcie się doczekałem świeżej ofiary, bo ponownie wydano po polsku Młokosa – jedną z ostatnich powieści Dostojewskiego. Można się zastanawiać dlaczego ten tytuł nigdy nie był wymieniany jednym tchem z takimi tuzami jak Bracia Karamazow, Biesy, Zbrodnia i kara czy Idiota, zawsze stojąc na uboczu, nikogo szczególnie nie interesując swoim istnieniem. I ja chyba już wiem dlaczego.

Zacznę tradycyjnie, od głównego bohatera powieści. Arkadiusz Andrejewicz Dołgorukij będzie naszym tytułowym Młokosem (inny polski tytuł, prawdopodobnie pochodzący z wcześniejszych wydań to Młodzik), który na prośbę rodziców przybywa z Moskwy do Petersburga. Będąc już przy temacie jego rodziny wypada się na chwilę zatrzymać, odsapnąć, bo sprawa nie jest tak oczywista. Albo nie, zostawię to do samodzielnego przyswojenia podczas lektury, bo nie mam zamiaru pisać tutaj zagmatwanego wywodu z rodzaju (zmyślam na szybko): brat syna matki, ze strony ojca, którego kuzynka stryjeczna urodziła siostrę tego brata. Wystarczy wiedzieć, że Arkadiusz to dziecko z nieprawego łoża i jest silnie zafascynowany ojcem – Wiersiłowem – którego do tej pory nie miał okazji dobrze poznać i jest mu on zupełnie obcy. Aż tutaj trafia się okazja do zawiązania znajomości, więc Arek z głową pełną pięknych, szczytnych acz nieosiągalnych idei przybywa do wspomnianego Petersburga, gdzie – choć jeszcze o tym nie wie – rozegrają się najistotniejsze chwile w jego młodym życiu. Pominąłem tłumaczenie konotacji rodzinnych, bo z czasem na kartach powieści pojawi się wiele innych postaci i prawie każda z nich będzie w jakiś – w mniej, lub bardziej skomplikowany – sposób z Arkadiuszem związana. O ile podczas lektury wypada to dość przejrzyście, tak nie ma większego sensu rysowanie tutaj w wyobraźni drzewa genealogicznego, o którym zapomnicie już za pięć minut.

— Dołgorukij.
— Książę Dołgorukij?
— Nie, po prostu Dołgorukij, syn byłego chłopa pańszczyźnianego, Makara Dołgorukiego i syn z nieprawego łoża mego byłego dziedzica, pana Wiersiłowa.[1]

Zresztą rozbudowane charaktery postaci i ich często poplątana przeszłość to już znak firmowy Dostojewskiego. Poświęca on ogrom czasu i pracy, by w wiarygodny i niepozbawiony gracji sposób wykreować bohaterów, nawet jeśli ci nie mają istotnej roli do odegrania, stanowiąc wyłącznie epizod historii. Arkadiusz wypada w tym gronie bardzo świeżo, nie w sensie literackim, ale życiowym – jest smarkaczem o przeszłości pozbawionej szemranych wątków, nieukształtowaną grudą gliny, która dopiero ugniatana (czasami bezceremonialnie oraz boleśnie) kolejnymi przeżyciami nabierze własnego kształtu i być może charakteru. Póki co jest przepełniony honorem, poczuciem sprawiedliwości i ślepo zafascynowany własnymi ideami (m.in. zamierza zostać milionerem, jednak nieco przeszkadza mu w tym żyłka hazardzisty). Arkadiusz może się pochwalić tak charakterystyczną dla małolatów nieśmiałością (choć sam określa to wstrętem) do kobiet, które – jakby na złość – otaczają go ze wszystkich stron. Ale nie czas na amory, bo bohatera od środka rozsadza ciekawość jakimi motywacjami w życiu kieruje się jego ojciec, Wiersiłow. Dopiero zderzenie z bolesną rzeczywistością może sprawić, że bohater nabierze pokory do życia, zmieni priorytety, porzuci wstyd i odważy się czytelnikom opowiedzieć swoją historię (to on jest narratorem powieści).

Dostojewski nie odchodzi od tego, w czym czuje się najlepiej. Nadal uwielbia testować cierpliwość czytelnika i aż do nieprzyzwoitości rozciąga swoją relację z kolejnych wydarzeń (a tych i tak zwykle jest niedobór). Autor w specyficzny sposób rozumie pojęcie „akcja gnająca na łeb, na szyję”, bo tutaj nic nie dzieje się zbyt szybko, albo to ja mam jakieś zaburzone rozumienie tego określenia. Młokos ma bolesne dla czytelnika zastoje, bywa też, choć niezwykle rzadko, chaotyczny. Ale mimo to doskonale wpisuje się w gatunek rosyjskiej klasyki.

Samowar przydał się bardzo i w ogóle samowar jest najnieodzowniejszym rosyjskim sprzętem, szczególnie we wszelkich katastrofach i nieszczęściach, specjalnie strasznych, nagłych i ekscentrycznych[2]

Bo choćby powieściowy Petersburg: to miasto o naturze świetnie znanej już czytelnikom z innych powieści – w dobrym tonie jest tam mówić po francusku, a przynajmniej stosować francuskojęzyczne wtręty, wtedy od razu widać, że mamy do czynienia z człowiekiem światowym. Od czasu do czasu wypada kogoś tradycyjnie spoliczkować, aby ofiara miała pretekst w rewanżu wyzwać rywala na pojedynek. Po ulicach, latem i srogą zimą gnają dorożki, a w tych charakterystycznych ciasnych, dusznych, jednopokojowych, typowo rosyjskich mieszkankach rozgrywają się ludzkie dramaty. Tam ktoś popełni samobójstwo, tu trwa ożywiona dysputa filozoficzna, a gdzieś ktoś inny wyznaje kobiecie swoją miłość, nie zawsze odwzajemnioną. I trzeba dodać, że często robi to w jedyny słuszny sposób, czyli wzniośle deklamując o tym, jak bezbrzeżne jest jego uczucie, a on sam oddany na tyle, że gotowy całować podłogę, po której ona stąpa. Plątanina wzajemnych uczuć i relacji jakie łączą bohaterów to rzecz na spokojną analizę, bo oczywiście nie za wszystkim stoją chlubne motywacje, a ruble często mają w tym udział na równi z miłością i pożądaniem.

Dostojewski ma swoje powody, by z taką skrupulatnością budować tło postaci. Uwielbia je później zawzięcie rozbierać i badać z psychologicznego punktu. Huśtawka nastrojów, która jest udziałem bohatera imponuje czytelnikowi. Od euforii po czarną rozpacz; od nadziei i pragnień po rozczarowanie i rezygnację. Szybciej bijące serce i ból duszy. Na tak młodym i niezahartowanym bohaterze widać to tym wyraźniej.

Kulminacja powieści to chyba najjaśniejszy jej punkt i jedyny, o którym można powiedzieć, że akcja rzeczywiście przyspiesza. Nie jestem jednak przekonany czy to usprawiedliwia przebijanie się przez 500 stron nieco pozbawionego charakteru dzieła. I być może to jest właśnie przyczyną, że Młokosa zwykle się pomija przy wyliczaniu największych dzieł Dostojewskiego. Intrydze wyraźnie brakuje tempa – inne powieści również nie imponowały pędem, ale miały te swoje zrywy, szarpnięcia, które wyrywały czytelnika ze znużenia, podobnie jak pasażera drzemiącego w pojeździe budzi nagła zmiana w prędkości czy torze jazdy. W Młokosie tego nie ma, a jeśli jest, to pojawia się zbyt rzadko. Mimo tego czułem miłe spełnienie po lekturze, satysfakcję, nasycenie, bo to wciąż Dostojewski u szczytu życiowej formy, więc nie może być tak źle, jak mi się wydaje i jak próbuję to przedstawić. Młokos to wykwintne, choć nieco nudne danie. Albo smaczny drink, ze zbyt małą zawartością alkoholu. Niby ok, ale przecież nie o to chodziło.

Czytać dopiero wtedy, gdy się zaliczy pozostałe, lepsze dzieła. Prościej pisząc: tylko dla fanów.


[1] Fiodor Dostojewski, Młokos, tłum. A. Grodt, wyd. MG, Warszawa 2017, str. 66
[2] Tamże, str. 187

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s