Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Teraz spróbuję w prostych słowach wyjaśnić, co też tym razem Lem wymyślił. Pewnie nie będzie to łatwe, więc trzymajcie kciuki (ale swoje, bo ja muszę mieć wolne). Trurl i Klapaucjusz to dwaj najsłynniejsi konstruktorzy, żyjący w zamieszkałym przez roboty świecie (tak, sami też są robotami, gdyby ktoś pytał). Zresztą wyobraźcie sobie takie klasyczne, bajkowe średniowiecze wraz z wszystkimi królestwami, rycerzami, księżniczkami, smokami, tylko zamiast ludzi wstawcie tam roboty, choć wyraźnie obdarzone ludzkimi cechami, słabościami, odruchami. Antropomorficzne, chyba tak się na to mówi. Moment, sprawdzę. Tak, antropomorficzne.

Panowie Trurl i Klapaucjusz są posiadaczami Dyplomu Omnipotencji Perpetualnej, cokolwiek to znaczy, ale przede wszystkim uwielbiają worki ze złotem, więc często podejmują się konstruktorskich wyzwań z dziedziny robociej inżynierii. Sława o ich dokonaniach rozniosła się po całym Wszechświecie, więc na brak zleceń panowie nie narzekają. Co rusz zgłaszają się do nich kolejni monarchowie ze swoimi dziwnymi zachciankami, często absurdalnymi, bądź pozornie niewykonalnymi, przy których dwanaście prac Herkulesa to dziecinna igraszka. I czy to na dworze króla Potworyka, czy podczas starcia z królem Okrucyuszem, czy też w trakcie wizyty u wyjątkowo chutliwego króla Rozporyka – Trurl i Klapaucjusz dzielnie stają naprzeciw kolejnym zadaniom, w głębi swoich ludzkich dusz zawistnie rywalizując również między sobą o to, kto jest najlepszym konstruktorem.

Raz przyjdzie im zapolować na smoki (oczywiście w swoim stylu, gdzie nauka triumfuje nad męstwem), to znowuż stworzyć Najgłupszą Maszynę Na Świcie, innym razem trzeba będzie zaprojektować prawdziwą bestię, która będzie wyzwaniem dla lubującego się w polowaniach króla Okrucyusza (przy okazji: świetny fragment „pojedynku na papierze”). Wreszcie dowiemy się również komu zawdzięczamy, że nie ma już na świecie murkwi, kambuzeli i pciem. Słyszeliście o nich? No właśnie, ja też nie.

Skoro już mój edytor tekstu zaczął szaleć z czerwonymi szlaczkami, to pociągnę temat, bo Lem w Cyberiadzie jest prawdziwym Słowotwórcą – radosnym  i o wyobraźni nie do wyczerpania. Początkowe kilkadziesiąt stron budzi zachwyt tym, jak to wszystko jest cudownie wymyślone, normalnie morda mi się cieszyła od tego natłoku świeżych, nieopatrzonych słów, całych koncepcji. To było jak obserwowanie burzy po upalnym tygodniu – orzeźwiające i kojące jednocześnie. Oczywiście po jakimś czasie efekt nieco traci na impecie i powszednieje, ale nawet dla tych kilku zaskakujących chwil warto było.

— Dlaczego dobry złodziej nie jest tym samym, czym zły dobrodziej?[1]

Inną zaletą Cyberiady jest jej humor, bo Lem potrafi stworzyć autentycznie zabawne sytuacje czy dialogi. Absolutnie fenomenalnym fragmentem jest rozmowa Trurla z dawnym (i martwym, ale między robotami to przecież żaden kłopot) nauczycielem. Zrzędliwy i uroczo sarkastyczny mentor z gracją ubliża konstruktorowi nazywając go m. in niewypałem umysłowym, a czytelnik zamiast współczuć nieszczęśnikowi chciałby, aby ta rozmowa się nigdy nie kończyła. Cała Cyberiada pełna jest tego rodzaju krótszych bądź dłuższych momentów, a każdy z sukcesem rozpręża i rozwesela czytelnika.

A rozluźniać jest od czego, bo Lemowi zdarza się odlecieć na własną planetę wyobraźni. Planetę dostępną jedynie dla wąskiego grona czytelników, bo nie każdy jest w stanie znieść istny nawał autorskich pomysłów, przeplatanych dysputami naukowo-filozoficznymi z elementami (słowami), na których idzie połamać oczy (chrzęskrzyboczek pacionkociewiczarokrzysztofoniczny). To już wyższa szkoła i chwilami niełatwo jest nadążyć za galopującą wyobraźnią Lema, przyznaję otwarcie, że sam miewałem z tym niemałe problemy i fragmentami zaczynało brakować mi czytelniczej cierpliwości. Również bliźniacza formuła kolejnych opowiadań (wspominałem już, że Cyberiada to w zasadzie zbiór opowiadań? nie? najwyższa pora więc) po jakimś czasie zaczyna odrobinę męczyć, bo większość z nich poddana jest podobnym regułom i przebiegowi. Zdarzają się wyjątki, autor nierzadko uderza w szkatułkową formę opowieści, ale mimo wszystko i tak najlepiej mi się czytało te powtarzalne wyprawy na kolejne dwory królów. Może bierze tutaj górę moje uwielbienie dla baśni i bajek, do których im najbliżej, a może wystarczyło jedynie rozsądniej sobie te opowiadania dozować, by nie przedawkować.

Oczywiście, że Cyberiada to książka wielu płaszczyzn i warstw. Niektóre opowiadania można nawet z powodzeniem czytać dzieciom na dobranoc, bo niosą uniwersalny przekaz. Wraz z wiekiem czytelnika może się zmieniać odbiór kolejnych fragmentów, ale że twórczość Lema jest głębsza niż wskazywałby na to pierwszy rzut oka chyba nikogo uświadamiać nie muszę. Nie muszę również pisać, ze Cyberiada jest słodko-gorzką satyrą na bolączki każdej cywilizacji i każdego społeczeństwa. Dosłowności w niej niewiele, ale nawet średnio czujne oko wyłapie parę autorskich złośliwości na temat cenzury, przeludnienia, miniaturyzacji, tyranii a nawet religii. Lem uwielbia również piętnować dążenie do ideału w każdej dziedzinie i wielokrotnie pokazuje, że nadgorliwe ulepszanie prowadzi najczęściej do odwrotnych skutków. Jeden z wniosków jaki się nasuwa jest taki, że najbardziej uszczęśliwia nas pogoń za szczęściem. To będzie chyba odpowiednie miejsce na szeroko kojarzoną metaforę z gonieniem króliczka.

Lem Cyberiadą odbudował się w moich oczach i teraz na jego książki spoglądam znacznie bardziej łakomym wzrokiem, niż to było po Solaris. Perypetie Trurla i Klapaucjusza idealne nie są i potrafiły mnie srogo zmęczyć, ale analizując wady i zalety uznaję, że bawiłem się podczas lektury całkiem, ale to całkiem miło.


[1] Stanisław Lem, Cyberiada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, str. 347

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Cyberiada – Stanisław Lem

  1. Nie do końca łykam tę zabawową twórczość Lema (masz rację, że po pewnym czasie czytelnik czuje przesyt, przynajmniej ja tak miałam przy pierwszym czytaniu Cyberiady czy Bajek Robotów; musiałam lekturę rozłożyć na długi termin) no ale Solaris czy Głos Pana to już było na czytelniczym haju. W sumie to nie wiem czy polecać Głos Pana, bo zaczyna się naprawdę nużąco a zakończenie nie satysfakcjonuje w sensie czysto rozrywkowym. Solaris wydaje mi się dużo przystępniejszy. Lem napisał też książki których kompletnie nie rozumiem i nie chcę do nich wracać ponownie (np. Śledztwo), żeby zrozumieć w bardziej dojrzalszym odbiorze. Czytałam też jego Listy (z Mrożkiem), to dopiero było urocze wariactwo. Całe spektrum czytelniczych doznań. Lem był tricksterem literatury.

    1. Ta, już Lema przyłapałem na tym, że rozstrzał literacki to on miał spory, można powiedzieć: dla każdego coś miłego. Problemy zaczynają się wtedy, gdy trzeba chwilę czasu poświęcić, by wyselekcjonować coś pod siebie, a i tak nie ma gwarancji, że nam się spodoba. Ale próbować warto, raz, drugi, za góra trzecim razem powinno „kliknąć”. Nie potrafię sobie wyobrazić czytelnika, któremu podoba się wszystko od Lema. Za duża różnorodność. O Głosie Pana wspominaliście z Anią już poprzednim razem i mam to na uwadze. Chociaż wstępnie zawęziłem swój przyszły wybór do Edenu, Powrotu z gwiazd i Dzienników gwiazdowych, ale to się zawsze może zmienić pod wpływem głupiego impulsu.
      Podoba mi się określenie „trickster”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s