Moja walka: Księga trzecia – Karl Ove Knausgård

Moja walka 3Chyba popełniłem błąd. Nie trzeba było się porywać na opisywanie każdego tomu z osobna, bo teraz muszę iść za ciosem, zdać relację z Księgi trzeciej, a w perspektywie mam jeszcze kolejne trzy. Nie wiem o czym zamierzam w nich pisać, prawdopodobnie będę musiał wspiąć się na wyżyny improwizacji i wodolejstwa, a do tego dorzucić jakieś roznegliżowane fotki (ale nie swoje, bo szanuję wzrok czytelników bloga) i być może uda mi się kogokolwiek zainteresować tekstem. Ale nie martwmy się na zapas i zajmijmy się tymczasem tomem trzecim, w którym to przestaję Knausgårdowi w niektórych momentach wierzyć, chociaż na tę chwilę zostawię temat, ale obiecuję wrócić do niego później, ok? Bo czym jest cykl Moja walka to chyba nie muszę już nikomu tłumaczyć. Gdyby jednak: to autobiograficzna podróż przez życie i wspomnienia norweskiego pisarza – wyprawa pozbawiona stylistycznych ozdobników, boleśnie szczera, uderzająca prosto i celnie w bliskich autora, ale najczęściej w jego samego. Taki trochę literacki masochizm Knausgårda, a skoro ktoś się przede mną w ten sposób otwiera, to uznałem, że ludzki odruch wymaga, by poświęcić mu chwilę uwagi. Ale tylko chwilę, bo – umówmy się – ja nawet gościa nie znam osobiście, więc nie przesadzajmy z tą empatią.

Pamięć nie stanowi w życiu żadnej obliczalnej wielkości. A jest tak z tego prostego powodu, że pamięć wcale nie ceni prawdy najwyżej. To nie wymóg zgodności z prawdą decyduje o tym, czy pamięć odzwierciedla jakieś zdarzenie w sposób właściwy lub nie. Decyduje o tym korzyść własna. Pamięć jest pragmatyczna, przebiegła i zdradziecka, chociaż nie działa wrogo czy złośliwie, przeciwnie, czyni wszystko, aby zadowolić swojego gospodarza. Pewne rzeczy usuwa w nicość zapomnienia, jedne przekształca nie do rozpoznania, inne w kapitalny sposób źle rozumie, ale tylko niektóre – tych jest tak mało, że prawie w ogóle ich nie ma – zapamiętuje ostro, wyraźnie i prawidłowo. Ale decyzja o tym, co zostaje prawidłowo zapamiętane, nigdy nie zależy od nas.[1]

Jeśli patrzeć na rzecz chronologicznie, to jesteśmy na początku historii, bo tom trzeci cofa nas do pierwszych lat dzieciństwa Knausgårda. To zapis jego najdawniejszych wspomnień od chwili, gdy był w ogóle zdolny jakiekolwiek wydarzenia zarejestrować w pamięci (lata 70-te). Absolutne szczeniactwo z całkowicie dziecinnymi problemami codzienności. Przyznam, że obudziło to we mnie nostalgię za własnym dzieciństwem, bo lektura przywołuje osobiste skojarzenia i nasuwa podobieństwa, więc niejednokrotnie doświadczyłem swoistego blast from the past, co uznaję za zaletę powieści. Młody Karl Ove zalicza więc te swoje wszystkie pierwsze razy: pierwszy dzień w szkole i ekscytacja mu towarzysząca; pierwsze zauroczenia dziewczynkami i pierwsze rozczarowania dziewczynkami (one są okropne!); pierwsze przyjaźnie i pierwszy kolega Geir (zresztą od zatrzęsienia tam Geirów, jakby innych imion nie było), z którym Karl Ove robi swoją pierwszą kupę w lesie, co jest zresztą dość niepokojącą, acz śmieszną sceną. Później pierwsza styczność z gazetkami porno, bo któż z nas – chłopców – nie tuli czule wspomnień z nimi związanych? Albo kto z nas z zaciekawieniem nie oglądał własnego filuta? Wreszcie pierwsze wkładanie luloka do pustej butelki i tutaj również chciałbym retorycznie zapytać: któż z nas – chłopców – nie zabawiał się w ten sposób… ale nie, ja tego akurat nie robiłem, przykro mi panowie. Pomijając jednak ten jedyny aspekt, to były świetne czasy, zarówno u Knausgårda jak i u mnie – dni, kiedy spontanicznie wybiegało się z domu na podwórko z nadzieją, że coś się wydarzy.

Ale autor ma nade mną pozorną przewagę, bo on pamięta prawie wszystko. I tutaj dochodzę do elementu, w którym nie do końca Knausgårdowi wierzę, bo nie potrafię sobie wyobrazić, by ktokolwiek był w stanie spamiętać po ponad trzydziestu latach tyle nieistotnych detali. Barwę i długość trawy, układ gałęzi drzewa, kolor kurtek kolegów, gatunki otaczających go w danym momencie drzew (poza tymi, na które się właziło, by zrywać owoce). Nie wiem, może to ja jestem jakiś pod tym względem upośledzony i pamiętam mniej, niż powinienem, ale mam brzydkie podejrzenia, że Knausgård jednak nieco ubarwia swoją historię, może nieco zmyśla, dodając odrobinę z własnej wyobraźni, by uzupełnić luki i całość ubrać stylistycznie. Chciałbym zaznaczyć, że to są niewiele znaczące szczegóły w żaden sposób nie wpływające na historię, więc nie ma powodów, by zarzucać autorowi niewiarygodność – codzienność bohatera jest na tyle prozaiczna, że z pewnością prawdziwa.

Bo Knausgård nawet nie próbuje się wybielać. Od groma w tej historii sytuacji, gdy czytelnik będzie małego Karla Ove miał za buraka, buca i chwalipiętę mającego się za lepszego od innych. Wyjątkowo często przy tym płacze, ale to w dużej mierze zasługa surowego ojca, którego wątek powraca z ogromną intensywnością w tym tomie. Przypominam, że to właśnie śmierć ojca była jednym z powodów, dla których autor postanowił napisać Moją walkę i cały pierwszy tom był w dużym stopniu próbą ułożenia uczuć związanych z rodzicem. Teraz ojciec żyje na kartkach trzeciego tomu i my, czytelnicy, mamy okazję lepiej zrozumieć na czym polegała jego toksyczna relacja z synem. Karl Ove przeraźliwie się taty bał i reakcją na to najczęściej był płacz (co tylko dodatkowo drażniło ojca). A łatwo nie było, bo każda stresująca sytuacja kończyła się łzami bohatera: dziewczyny go biją i zabierają mu słodycze – poniżenie i płacz; mama kupuje mu na basen dziewczyński czepek w kwiatki – wstyd i płacz; Karl Ove gubi skarpetkę – panika i płacz, bo ojciec prawdopodobnie urwie mu nogę, by już zguby nie potrzebował.

[…] przez tyle lat byliśmy narażeni na jego obecność, na obecność człowieka, wobec którego odczuwaliśmy fundamentalny strach, zawsze, o każdej porze.[2]

I pomimo wiszącego nad wszystkim ojcowskiego cienia Karl Ove znajduje wiele okazji, by nacieszyć się dzieciństwem. Snuje się po okolicy z kolegami, kopie piłkę, trochę łobuzuje, interesuje się dziewczynami i z niektórymi nawet udaje mu się „chodzić”. Dumny jak paw, bo koledzy mu zazdroszczą ładnej dziewczyny, ale jednocześnie spanikowany, bo nie wie, co mógłby z nią wspólnie robić. Sceny urocze i zabawne zarazem. Tak, to zwykła codzienność o znikomej dynamice, która w jakimś stopniu była udziałem każdego z nas i nie ma powodów by podczas lektury pytać samego siebie: intrygujące, ciekawe co będzie dalej? Bo dalej nie wydarzy się nic specjalnego, a jednak czyta się to zadowalająco i tom trzeci oceniam chyba najwyżej z dotychczasowych – jest najbardziej konsekwentny w trzymaniu się wątków, przez co harmonijny i hipnotyzujący. Rozczula i pobudza wspomnienia własne czytelnika, który mimo woli zaczyna szukać wspólnych cech i przeżyć z autorem. Siłą rzeczy mocniej dotyczyć to będzie czytelników płci męskiej, ale i tak jest miło.

Nieco obawiałem się własnego spadku zainteresowania cyklem, ale teraz zaczynam wierzyć, że dobrnę do jego końca. Bo pogodziłem się już, że wszystkich książek w życiu nie przeczytam, ale próbować warto.

Odsyłacze:
Moja walka: Księga pierwsza | Moja walka: Księga druga


[1] Karl Ove Knausgård, Moja walka: Księga trzecia, tłum. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, str. 17
[2] Tamże, str. 317

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s