To, co ukryte – Laura Lippman

to-co-ukryteUf, udało się. Coraz trudniej poruszać się między kryminałami i jednocześnie unikać tych rodem ze Skandynawii i okolic. Doszło do tego, że trafiając na z rożnych względów interesujący mnie tytuł i towarzyszące mu nazwisko autora, które nic mi nie mówi, zaczynam powtarzać sobie w głowie: obyś tylko nie pochodził z Norwegii, Szwecji czy innej Islandii; obyś nie był jednym z tych, którzy mają na koncie prestiżowe miano Nowego Króla Skandynawskiego Kryminału. Że to niby taki zaszczyt i obligujący tytuł? Gdzie tam. Wystarczy, że napiszesz powieść z trupem (jeden obowiązkowy, ale wedle uznania można dorzucić mu towarzystwo) i najlepiej parą przekomarzających się nawzajem policjantów, którzy tropią mordercę, jednocześnie zmagając się przy tym z problemami natury osobistej. I gotowe, chcesz czy nie, potrafisz pisać czy nie, jesteś świeżo koronowanym monarchą gatunku, pogódź się z tym. To działa na tej samej zasadzie co przydzielanie pseudonimów przez dzieci w szkole: rudowłosy chłopak zawsze dostanie ksywę Rudy i koledzy zmuszeni siedzieć z nim w ławce będą ze zdwojoną uwagą pilnować swoich piórników, a w domu pytać rodziców, czy rudością można się zarazić, natomiast imię tego najbardziej pulchnego od dzisiaj brzmi Gruby i to właśnie on na lekcjach wuefu będzie bronił dostępu do bramki. Tak, dzieci są bezwzględne w swoim okrucieństwie wobec rówieśników i Laura Lippman najwyraźniej uznała, że warto zgłębić ich naturę.

Obyś nie pochodziła ze Skandynawii. Nazwisko brzmiące odrobinę po niemiecku, trochę po żydowsku, ale nigdy nic pewnego, więc sprawdzam. Jednak Amerykanka. Mogło być gorzej, ale lepiej w sumie też, bo amerykańskich autorów w gatunku jak parawanów nad Bałtykiem, więc żaden to ewenement. Zostawmy to i przejdźmy do wątku fabularnego, w którym dwie nastolatki Alice i Ronnie zostają uznane morderczyniami, natomiast ich ofiarą jest Olivia – czarnoskóre niemowlę, które dziewczynki spontanicznie porwały spod domu. Ponieważ winne są tylko dziećmi, obie trafiają do zakładów poprawczych i sprawa cichnie. Po siedmiu latach zarówno Alice jak i Ronnie wychodzą na wolność, na nowo próbując wpasować się w rodzinne miasto Baltimore, po którego ścianach nadal tłuką się echa tamtych wydarzeń, a Leakin Park jest świetnym miejscem na porzucenie zwłok. Założę się, że w waszym mieście takich praktycznych parków nie ma.

Każdy w Baltimore kogoś nienawidził. Biali nienawidzili czarnych. Czarni nienawidzili białych. Ludzie z miasta nie lubili tych z przedmieść. Biedni nienawidzili bogatych. To było miasto, gdzie różnice ścierały się ze sobą, tworząc gryzący pył, równie niebezpieczny jak farba z ołowiem czy azbest.[1]

Gdyby jednak same echa wydarzeń komuś nie wystarczały, to od powrotu dziewczyn w okolicy znów zaczynają znikać dzieci. Co prawda zguby po chwili się odnajdują, ale sprawa jest dość niepokojąca, a nastroje napięte, przede wszystkim na tle rasowym, co w Baltimore jest chyba normą. Zbrodniarki sprzed lat znów stają się podejrzane, a do śledztwa przystępuje policjantka Nancy Porter wraz ze swoim partnerem, sierżantem Kevinem Infante. To para żyjąca w zgodzie z gatunkowymi schematami – potrafią sobie wzajemnie dokuczać, rzucać suchymi żartami, ale ma się pewność, że zawodowo pójdą za sobą w ogień. Jednak równie łatwo wyczuć, że Infante jest w powieści dorzucony w ramach tła, z zasady, bo będąca bohaterką Nancy potrzebuje partnera dla zwiększenia wiarygodności, mimo że większości przełomów w śledztwie i tak dokona samodzielnie. Zresztą To, co ukryte jest najbardziej sfeminizowanym kryminałem jakim czytałem. Bohaterkami są tutaj wyłącznie kobiety i to na nich skupia się autorka. Matki, córki, policjantki, dziennikarki, adwokatki, sprzedawczynie – wszystkie istotne role przypadły płci nadobnej, a jeśli w tym gronie pojawia się jakiś mężczyzna to i tak wydaje się wyzbyty charakteru oraz zbędny. Żeńska tendencja w powieści rzuca się w oczy, lecz nie przeszkadza i ma w sobie jakąś naturalność, bo w końcu kobiety tutaj robią to, w czym są najlepsze – manipulują.

Tempo powieści nie zdmuchnie nawet kapelusza z głowy, ani fryzury nie zburzy. Lippman pozwala historii toczyć się samej i jakby przy okazji i równolegle z aktualnym śledztwem poznajemy kulisy oraz detale sprawy sprzed siedmiu lat. Co tak naprawdę się wtedy wydarzyło? Jak? Kto rzeczywiście był winny? A może to był wypadek? Autorka nie wywiera nacisków i choć mimochodem wyjaśniają się coraz mroczniejsze tajemnice, to tak jak pisałem – pęd historii jest rekreacyjny i nagłego szoku nie doznałem. W zamian da się dostrzec w powieści pewne napięcie i niejednoznaczną sytuację fabularną, która w każdej chwili może podryfować w dowolnym kierunku, a to budzi w czytelniku pozytywną niepewność, bo do końca niełatwo było mi złożyć w całość detale i przewidzieć zakończenie. A te i tak nie satysfakcjonuje mojego wewnętrznego poczucia sprawiedliwości.

Oczywiście spacerowe tempo powieści wynika także, a może przede wszystkim z faktu, że Lippman postanowiła się skupić na psychice bohaterek, ich naturze i mocno ten aspekt eksponuje. Więc wraz z autorką będziemy drążyć w przeszłości Alice, Ronnie, Nancy i pozostałych aktorek dramatu, nie obędzie się bez polskiego akcentu, będzie o radzeniu sobie ze stratą, urazie i wybaczeniu. Akcja będzie się wlokła, ale w psychice bohaterek dokonamy niemałego spustoszenia. Nie każdy lubi taką odmianę kryminału, więc chyba warto nieświadomych ostrzec. No i Lippman ma zgrabny styl – niezbyt wyszukany, ale bez problemu omijający mielizny grafomanii. Poza tym jest poprawnie. Tylko, a może , bo w tym gatunku literackim jestem surowy i trudno mnie zadowolić.

20170729_140952Natomiast To, co ukryte ma dla mnie inną wartość, już czysto sentymentalną, bo swój egzemplarz książki otrzymałem pocztą od anonimowego Mikołaja w ramach akcji BiblioNetkołaj 2016 (uczestnicy portalu BiblioNetka wzajemnie i bezinteresownie obdarowują się książkami pod choinkę). Wątek kilka razy już przeze mnie poruszany, ale pozytywne inicjatywy zasługują na promocję. Jednak tym razem Mikołaj postanowił mi wyjątkowo dogodzić i oprócz powieści i świątecznej kartki z życzeniami (której treść zachowam dla siebie) otrzymałem również ręcznie wykonaną rozetkę i uroczą zakładkę z ogonkiem. Wszystko z kolorowych stron z krzyżówkami. A pomyśleć, że ja nie potrafię z papieru złożyć nawet samolocika. Byłem i wciąż jestem niewymownie wdzięczny oraz miło zaskoczony ile bezinteresownej dobroci nadal można odnaleźć w ludziach. Jednocześnie chciałbym zaprzeczyć jakoby w związku z tym powyższa opinia o powieści była w jakikolwiek sposób sponsorowana. Musiałem być szorstki.


[1] Laura Lippman, To, co ukryte, tłum. Maciej Nowak-Kreyer, wyd. Amber, Warszawa 2008, str. 217

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s