Cynicy – Anatolij Marienhof

cynicyCóż to byłaby za rosyjska powieść, gdyby nie miała problemów z cenzurą? Wręcz w dobrym smaku było je mieć. Oczywiście należało najpierw wstrzelić się w odpowiedni okres, następnie napisać coś, co byłoby nie w smak opresyjnej władzy (a ta zwykle była bardzo wrażliwym czytelnikiem) i pozostawało już tylko usiąść oraz obserwować jak nasza powieść bardziej lub mniej dotkliwie kastrowana jest katowskim toporem cenzury. W wielu przypadkach po takim odkrojeniu niewygodnych fragmentów z powieści pozostał bezwartościowy strzęp, który następnie wyrzucano do kosza, a w efekcie autor (parszywy wywrotowiec) nie dość, że nie miał nawet na kieliszek chleba, to często trafiał pod dokładną obserwację, co wcale mu życia nie ułatwiało. Natomiast książce mogło pomóc, z perspektywy czasu rzecz jasna, bo kiedy ta po kilkudziesięciu latach wreszcie mogła się ukazać w swojej oryginalnej formie to miała już gotowy slogan marketingowy: powieść zakazana w ZSRR, po raz pierwszy w druku. Tak, zgadliście – Cynicy są taką właśnie powieścią. No, nie do końca dokładnie taką, ale swoje problemy podobnej natury miała.

Napisana w 1928 roku nie doczekała się publikacji w kraju (częściowo w wyniku zbiegu niesprzyjających okoliczności), nie to nie, łaski bez, więc poza granicami zrobiło to berlińskie wydawnictwo. Och, jak się wtedy Związek Radziecki obraził na Marienhofa. Powiedziano do niego: nie masz już ojczyzny, ty zdrajco. Skazujemy cię na niebyt. Anatolij być może się tym przejął, a być może nie, trudno orzec, bo akurat sypiał pod jedną kołdrą ze swoim przyjacielem Jasieninem. Ponoć dlatego, że ogrzewanie nie działało, ale przecież każdy powód jest dobry, by wejść komuś pod pierzynę. Tymczasem Cynikom zarzucano nieprzyzwoitość, a nawet wulgarność, ale dla równowagi dodawano do tego mądrość i przenikliwość. Ostatecznie powieść w ojczyźnie Marienhofa ukazała się dopiero w 1988 roku, ale tutaj również niełatwo zgadywać czy autora to cokolwiek obeszło, bo od przeszło ćwierć wieku był już martwy.

Zostawmy więc zwłoki Marienhofa i okoliczności powstawania Cyników, a zajmijmy się samą powieścią. O czym opowiada? Uznajmy, że o miłości Władimira i Olgi, choć takie określenie byłoby zapewne nadużyciem, bo wyjątkowo wierni sobie to oni nie są. Ona go dość otwarcie zdradza, a on przyjmuje to ze stoickim spokojem – wymaga od niej jedynie, by po ksiutach z innym mężczyzną wzięła kąpiel. Ale ich bezgraniczne uczucie objawia się w innych, mniej oczywistych sytuacjach. Pewnego razu nasza urocza parka urządza sobie miłe pogaduszki podczas wzajemnego wyłapywania wszy i zgniatania ich pod paznokciem. Innym razem Wołodia naciąga na swoje nogi bladoliliowe rajtuzy Olgi, takie z kokardami. Po co? Bo jest wyjątkowo mroźno, on nie ma kalesonów, a poza tym ona mu tak stanowczo nakazuje, prawdziwa domina. Aż wreszcie pewnego pięknego dnia, w ramach wyznania sobie bezgranicznej miłości i podejmując próbę uwolnienia Olgi od bolesnego zaparcia, on przygotowuje dla niej lewatywę. Ja wiem, że to było swego czasu rozrywką powszechną i modną, szczególnie na francuskich salonach, no ale czy trzeba lepszego dowodu na prawdziwe uczucie?

Nie muszę już zadawać sobie pytania: „Czy kocham Olgę?”.
Jeśli dziś mężczyzna dla swojej ukochanej smaruje wazeliną czarną końcówkę lewatywy, a nazajutrz zamiera z naręczem róż przy elektrycznym dzwonku do jej drzwi – nie powinien zadawać sobie głupich pytań.
Miłość, której nie stłumił gumowy wężyk lewatywy – jest nieśmiertelna.[1]

Marienhof nie należał do rozwlekłych pisarzy. Cynicy to krótka (około 170 stron), acz niezwykle intensywna powieść, zresztą chyba jedyna w jego dorobku, bo (jeśli dobrze rozumiem) głownie zajmował się poezją, pisaniem sztuk teatralnych i scenariuszy. Przy okazji wspomnę, że Marienhof był jednym z niewielu reprezentantów imażynizmu, czyli jednego z tych nurtów w sztuce, o których nikt nie słyszał, interesują wyłącznie literaturoznawców i nie ma większych powodów, by sobie nimi zaśmiecać głowę. Ponoć imażynizm w centrum poezji stawiał obraz, cokolwiek to znaczy. Jednak poetyczną naturę autora i jej naleciałości łatwo zauważyć w Cynikach, bo mnóstwo tutaj lirycznych wstawek, nagłych i niespodziewanych metafor, wszystko udane, charakterne: Władimir parzy sobie palce o zimne szkło naczynia[2]; przerdzewiałe, niepomalowane kości łóżka skrzypią reumatycznie[3]; a uliczny zegar porusza czarnymi wąsami[4] – to tylko parę uroczych przykładów. Jest tego więcej, ale nigdy nie ma przesytu, więc uczuleni na poezję czytelnicy niech się nie obawiają.

Oprócz tego Cynicy składają się z dziesiątek krótkich epizodów i scenek (bohaterami większości są Władimir i Olga), przeplatanych swoistym kalendarium mniej, bądź bardziej istotnych wydarzeń w skali miasta i kraju, podanych najczęściej w formie zmyślonych nagłówków gazet (również przypisów). Mają one na celu nakreślić tło powieści, która obejmuje przekrój lat 1918-24 i dotyka kilku kluczowych momentów – m. in. rewolucji rosyjskiej i wielkiego głodu w 1921 roku, kiedy to pojawiają się doniesienia o rodzicach zjadających własne dzieci, tymczasem Olga nadal otwarcie sypia z innymi mężczyznami, ale tym razem za pieniądze, by z Wołodią mieli na kawior i szampana. Ot, postępująca degeneracja, cynizm i upadek moralności.

Mam świadomość, że ślizgam się tutaj po powierzchni, bo dla czujnego i znającego ówczesne realia czytelnika Cynicy będą aż skrzyć od przenikliwych uwag, sugestii i złośliwości pod tym czy innym adresem, bo z jakiegoś powodu ta cenzura oraz ostateczne odrzucenie publikacji się wzięły. A może to tylko czyjeś przewrażliwienie, bo sam autor silnie upierał się, że w powieści nie ma nic antysystemowego i stanowi ona zaledwie niegroźną satyrę. Dzisiaj dzieło Marienhofa prawdopodobnie już nikogo nie poraża ani nieprzyzwoitością, ani tym bardziej wulgarnością, ale nadal jest wystarczająco wyraziste, by zachwycić świetnym stylem, żywą strukturą i jakością literacką aż do ostatniego zdania. To niewielka rozmiarami powieść, ale zachęcająca do powrotu – taka, której ponowna lektura może przynieść inne doznania. Chyba warto spróbować. Do stracenia jest niewiele.


[1] Anatolij Marienhof, Cynicy, tłum. Henryk Chłystowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2011, str. 25
[2] Tamże, str. 22
[3] Tamże, str. 67
[4] Tamże, str. 163

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s