Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James

Krotka historia_mZapraszam na Jamajkę, bo tam nas jeszcze nie było w naszej leniwej podróży przez literaturę. No, przynajmniej mnie. A okazja trafiła się nie byle jaka, bo oto mamy do czynienia z laureatem nagrody Bookera – pierwszym Jamajczykiem w jej historii, więc chyba warto odnotować ten niecodzienny fakt. Z tego powodu na Jamajce wypalono zapewne kilogramy zioła, bo jeśli świętować to tylko w oparach dymu i potrząsając dredami w rytm muzyki reggae. Co? Że stereotyp zaserwowałem? O, to jeszcze nic, bo stara słowiańska klątwa mówi o tym, że „kto słucha rege, ten rucha kolege”, więc wyłącznie silnie heteroseksualni mężczyźni mają odwagę się przyznawać do fascynacji muzyką tego gatunku. I zanim ktokolwiek zdąży poczuć się urażonym, to jakby na poparcie tej teorii śpieszę z argumentem, że w powieści Jamesa jest sporo gejowskiego seksu. Co więcej: wyłącznie takiego. W dodatku dość bezpośrednio i obrazowo opisanego, zero romantycznego podparcia, ja nie wiem co ci faceci tacy bezuczuciowi. Co jeszcze mogę we wstępie napisać o tej książce? Ma zwodniczy tytuł, bo z pewnością nie jest krótka, a i zabójstw w niej więcej niż siedem. Ech, nikomu już nie można ufać.

Na dobrą sprawę wszystko zaczyna się w grudniu 1976 roku i w mniejszym, bądź większym stopniu dotyczy faktów. To właśnie wtedy w Kingston miał odbyć się koncert Śpiewaka. Jego nazwisko w powieści w zasadzie pada tylko raz (o ile dobrze pamiętam), ale oczywistym jest, że chodzi o Boba Marleya. Wspomniany koncert to oficjalnie wydarzenie o charakterze pokojowym, mające na celu uspokoić nerwowe przedwyborcze nastroje ludności – czyli będzie miłość i pozytywne „wajby”. Natomiast nieoficjalnie uznaje się, że była to najzwyklejsza polityczna gra, a sama impreza miała być niczym innym, jak wiecem umacniającym poparcie dla partii rządzącej. Jednak na kilka dni przed planowaną datą do domu Marleya wpada uzbrojona ekipa zamachowców i nie pytając nikogo o zdanie zaczyna strzelać do mieszkańców. Nie zdradzę żadnej tajemnicy jeśli napiszę, że samemu Marleyowi udaje się z niebezpieczeństwa wyjść cało, będąc dwukrotnie tylko postrzelonym. Większą tajemnicą jest bowiem to, kto zorganizował ten zamach i komu zależało na śmierci muzyka. Sprawa nie jest tak prosta, jak początkowo mogłoby się wydawać, bo sam Marley był już wtedy sławnym na świecie artystą, z którego opinią się w społeczeństwie liczono, a Jamajka coraz częściej pojawiała się na politycznych mapach wpływów wielkich mocarstw. Nie powinna więc nikogo dziwić wzmożona aktywność gangsterskich środowisk, ale w fabule przewiną się również agenci CIA i amerykańscy dziennikarze drążący temat tam, gdzie nikt ich nie chce – wszyscy dbający o własny interes, niezależnie ile ofiar będzie wymagał. Kingston tuż przed wyborami było miastem przypominającym rozgrzaną patelnię, gdzie brakuje bezpiecznych kątów do ukrycia.

To jednocześnie miasto – jak to się często i do znudzenia mawia – bezprawia. Dzielnice rozdarte gangsterskimi porachunkami, zabiedzone getta, gdzie ludzie myją się przy umieszczonym na ulicy hydrancie, bo tylko tam jest bieżąca woda. Miasto zawiści, gwałtów, zemsty, niewyrównanych rachunków i gangsterskich egzekucji. Policja? Nikomu nie pomoże, bo rozsądnie trzyma się z daleka, a jeśli już wchodzi do akcji, to jest jedynie kolejnym zagrożeniem dla postronnych osób i żadnym gwarantem bezpieczeństwa, co unaocznia świetna i trzymająca w napięciu scena, gdy policyjny patrol postanawia podwieźć do domu jedną z bohaterek powieści. Rzekomo w obawie o jej bezpieczeństwo, bo spaceruje po nocy. Kingston to również miasto sierot, bo co drugie dziecko traci tam któregoś rodzica (a często obu) w efekcie gangsterskich rozliczeń i brutalnych morderstw. Ba, niektórzy nieletni bohaterowie mogą z ukrycia obserwować jak ich ojciec w ostatnich chwilach życia zmuszony jest ssać penisa swojego kata, a matka jest grupowo gwałcona. Łatwo się domyślić, że po takich przeżyciach dziecko ministrantem raczej już nie zostanie.

— Kto ci powiedział, że wszyscy rasta mają dredy? Jezu Chryste.[1]

Marlon James klei tę opowieść ze wspomnień różnych postaci, angażując przy tym wielu bohaterów z różnych szczebli drabiny społecznej. Każdy ma okazję, by opowiedzieć coś ze swojej perspektywy, co w przypadku tych mniej lotnych umysłów kończy się fragmentami bełkotu pozbawionego interpunkcji (tak Demus, o tobie mowa matole). W związku z tym chwilami czyta się to niełatwo, ale charakteru narracji zwykle nie brakuje. Tutaj dochodzimy do kwestii, nad którą warto pochylić się głębiej, aż nam coś w kręgosłupie strzeli. Będzie mianowicie o polskim przekładzie.

Domyślam się jak wielu niełatwym próbom poddany był w tym przypadku polski tłumacz, pan Robert Sudół, który – przy okazji dygresja – ma u mnie dozgonną wdzięczność za przekład wybranych powieści Cormaca McCarthy’ego. Koniec dygresji. W oryginale Krótka historia siedmiu zabójstw jest prawie w całości napisana przy pomocy wykoślawionego angielskiego, podanego w kilku odmianach, dialektach i dodatkowo urozmaiconego odmiennymi temperamentami narratorów. Problem leży w tym, że płynność tego typowo murzyńskiego slangu obecna w języku angielskim niekoniecznie przekłada się na polski język, co rodzi pewną zauważalną nienaturalność i brak tego niezbędnego flow, pozwalającego płynąć przez treść. Znacie to uczucie, gdy zaczyna się film i nagle okazuje się, że jest zdubbingowany (vide wszystkie filmy o superbohaterach ostatnio), a w głowie rodzi się nam jakiś konflikt estetyczny z nutką żenady? Tu jest podobnie, choć może nieco bardziej subtelnie.

Świeży czytelnik może w powieści Jamesa natrafić na poważny opór, bo początek zdaje się mocno nieczytelny i nieintuicyjny. Specyficzne słownictwo potrafi zbić z tropu, liczne zwroty w rodzaju brada moi i sista, aptaun i dauntaun wymagają chwili postoju, by je rozgryźć, przez co lektura może wydawać się niełatwa i powodować niezrozumienie. Fragmentami dodaj do tego wspomniany bełkot, zamierzone błędy gramatyczne, ortograficzne i absencję znaków przestankowych, a zrozumiesz co to znaczy trudne chwile podczas lektury. Nie chcę być źle zrozumiany: polski przekład oceniam na bardzo dobry, choć w tej dziedzinie żaden ze mnie arbiter. Wyobrażam sobie natomiast, że specyficzną naturę jednego języka niełatwo przełożyć na drugi, szczególnie tak obcy kulturowo, więc czasami pozostaje jedynie ograniczać straty.

Jak gdyby czytelnik miał jeszcze mało problemów, to dodatkowo opowieść wydaje się nieco zbyt ślamazarna i nazbyt rozwlekła. Szczególnie pierwsza połowa – ta mająca miejsce na Jamajce. W drugiej następuje skok czasowy i geograficzny, a ja część rozgrywającą się w Nowym Jorku ’80 oceniam wyżej, być może nawet aż o klasę. Zauważam większe wyluzowanie, spójność i energetyczny zastrzyk fabularny, który sprawia, że książkę lepiej mi się czytało. Wreszcie. Może to kwestia wyłącznie mojego oswojenia z lekturą, przywyknięcia do tej niezbyt miłej w dotyku chropowatej faktury, ale odczuć to nie zmienia. Dodam, że spotkałem się z opiniami stawiającymi jamajską część wyżej nad amerykańską i w sumie mnie to nie dziwi. Decydują niuanse i indywidualne preferencje czytelnika. Nie zdziwi mnie również jeśli okaże się, że kogoś odrzuci od lektury już po kilkudziesięciu stronach.

I nawet jeśli w połowie Krótkiej historii siedmiu zabójstw brakowało mi powodów do zachwytu, to koniec końców Jamesowi udało się wyciągnąć swoją powieść na znacznie wyższy pułap, niż mogłem się spodziewać. Zdaję sobie sprawę, że część jej magii ulotniła się wraz z przekładem na język polski, ale mimo to – im dłużej dzieło Jamajczyka czytałem, tym bardziej się do niego przekonywałem, tym lepiej mi szło i przyjemniej mijał czas. Nadal jest możliwe, że powieść jest odrobinę za długa, ale pewności już nie mam.


[1] Marlon James, Krótka historia siedmiu zabójstw, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie,Kraków 2016, str. 452

2 uwagi do wpisu “Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James

  1. Mnie się bardzo podoba ta książka, ale uczciwie przyznaję, że za pierwszym czytaniem ułożyło mi się poprawnie w głowie chyba z 15 % tej historii. W ogóle to miałam chyba ze 3 podejścia, no bo po 1) nie lubię regge i miałam obawy czy bez kontekstowej zahaczki estetycznej mnie wciągnie, 2) kompletnie, ale to totalnie nie znam historii Jamajki, rastafarianizmu i wszystkich tych wydarzeń, ktorych dotyka historia w knidze, 3) jestem leniwa i przy pierwszym podejściu było to dla mnie zbyt hermetyczne i zniechęcające. No ale bookera mam w pełnym poważaniu i jak Marlona wydano w PL drugi raz z Księgą nocnych kobiet, zaczęłam czytać i byłam porażona jakością tekstu i tłumaczenia. Robert Sudół jest niesamowity a Księga nocnych kobiet przy Krótkiej historii jest prosta w odbiorze jak życiorys pana Zenka, więc przystąpiłam do ksiązki po raz 4 i wciągnęło mnie prawie natychmiast. Nie bez znaczenia były też niskie oceny na LC, gdzie mało kto się zna na dobrych ksiązkach i przekora znowu wzięła górę. To jest świetna ksiązka, autor mnie zadziwił jak mało który ostatnimi czasy. Jedyny minus czytania takich tekstów jest taki, że potem wszystkie następne wydają się mdłe jak owsianka na mleku. Nie wiem też ile z tej historii Marleya i okolic autor sobie wykonfabulował i dozmyślał, ale wszystko się tak ładnie zzębia, że aż człowiekowi żal że ma taką miałką wyobraźnię. Idelanie we mnie trafiło, choć poniewczasie. Już kiedyś tu nadmieniałam, że lubię jak autor się nie certoli i nie obwija w bawełnę, wiadomo, życie jest brzydkie, nie ma czego wygładzać i zmyślać zyciorysy a la mery sue i pisać wszystko językiem wytwornym, choć mam wrazenie, że i tutaj pan JM by sobie koncertowo dał radę. W wydaniu brakowało mi przypisów, choćby kilku no ale skoro mamy googla to pewnie doszli do wniosku, że sobie poradzimy. Duzo się nakartkowałam wracając do spisu postaci i googlając – wydaje mi się, że jak ktoś, jak ja na samym poczatku rzucony na głebokie wody tej fabuły ma białe plamy w głowie na obszarze jamajskim to się zniechęci. No bo czytasz o jakimś obłażącym paznokciu albo doktorze medycyny alternatywnej z bawarii i nachodzi człowieka wielkie wtf… Uważam, że koniecznie trzeba sie posiłkować wiedzą zewnętrzną przed albo w trakcie lektury, bo inaczej wiele się traci. Dawno nie czytałam tak trudnego tekstu i w sumie nie ma się co dziwić, że wiele osób się zniechęciło, jednak jest on dla mnie wyborny a jakiekolwiek wąty wynikają z moich barków w wiedzy.
    Dodam że slang rzeczywiście chyba stracił wiele w translacji i przez to brakuje (albo ja nie potrafię wyróżnić) nieco indywidualizmu w wypowiedzieach bohaterów z Kingston ale i tak mi się podoba. Do tego pełno tam narko halunów i oniryzmu jak z schulza czy kafki ( a ja wstyd przyznac nie lubię kafki), więc częsciej mi szło po grudzie niż jak z płatka. Ciężką próbę stanowiły dla mnie tez dialogi panów z Firmy, bo serio, nie wiedziałam o czym oni cisną (historie szpiegowskie z czasów komuny to też jakby nie mój obszar zainteresowań), może kiedyś kontekstowo nabedę konieczną wiedzę. A twoja recka w sumie z grubsza pokrywa się z moimi wrażeniami i mam nawet ochotę dzieki niej strzelić sobie piąte podejście.

    1. Wow. Nie wiem, co Ty Kocie ze swoją Anią próbowaliście osiągnąć tym komentarzem, ale jeśli prześcignąć mój wpis ilością znaków i słów, to chyba jednak się Wam nie udało. Ale było blisko.
      Wracając do książki. Też czasem tak mam, że odbijam się od treści, czytam sto, sto pięćdziesiąt stron i odpuszczam, ale po jakimś czasie wracam i próbuję ponownie, od początku, bo czuję, że tym razem może podołam, bo czuję się na siłach, bo wierzę, że tym razem zrozumiem. Nie zawsze się udaje, ale spróbować warto. Wy próbowaliście trzykrotnie i sukces, a przy okazji doszkoliliście się odrobinę z tła historycznego, bo ja nie miałem wystarczająco zapału, choć przypominam sobie, że nudząc się w pracy przeglądałem na Wiki hasła „Marley” i powiązane z nim rasta-hasła, więc jednak.
      Ale faktem jest, że od powieści niezwykle łatwo się odbić, początek jest nieprzyjemny, mało dla nas znajomy ten grunt kulturowy, na którym trzeba się poruszać, jednak im dalej w treść problem staje się mniejszy.
      A Robert Sudół to wiadomo – klasa TOP. Materiał do przekładu dostał niezwykle charakterystyczny i odnoszę wrażenie, że niektóre fragmenty były po prostu nieprzekładalne na język polski i trudno powiedzieć czy dało się zrobić to lepiej.
      Dziękuję za wyczerpujący komentarz, niech służy niezdecydowanym jako opinia dodatkowa, taka druga konsultacja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s