Syn – Philipp Meyer

synTrochę mi przykro, że w 2014 roku Syn przegrał rywalizację o nagrodę Pulitzera ze Szczygłem Donny Tartt. Status laureata to dla pisarza i jego dzieła zawsze duża promocja na całym świecie, a mam wrażenie, że tego rodzaju rozgłos by się przydał powieści Meyera. I nie piszę tego z troski o los autora, bo on sobie z pewnością poradzi. Piszę to z myślą o czytelnikach, którzy mogliby wiele zyskać na lekturze Syna, znacznie więcej, niż na przebijaniu się przez dziesiątki niepotrzebnych stron u zbyt rozwleczonej Tartt. No, ale jury przemówiło i chciało inaczej. Dziełu Meyera pozostała więc nagroda pocieszenia w postaci wielu hojnych recenzji, w których krytycy licytują się na wytarte określenia w rodzaju: wielka powieść, mistrzowskie arcydzieło i klasyka literatury amerykańskiej, a do towarzystwa Meyerowi przywołują nazwiska Steinbecka, McCarthy’ego, McMurtry’ego, a nawet Faulknera, bo czemu nie. Oczywiście ja mam zbyt silną psychikę, aby się na te numery nabrać, jednak tym, obok czego nie mogłem przejść obojętnie jest tematyka powieści, bo historie z Pogranicza jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, a w kilku przypadkach nawet zachwyciły, głównie za sprawą króla Cormaca Wspaniałego McCarthy’ego. Zbyt wiele w tych terenach i opowieściach wciąż żywego ducha westernu, bym nie czuł się zachęcony.

Syn to rozciągnięta na przestrzeni blisko dwóch wieków saga rodziny McCulloughów, ale napisana z trzech odmiennych perspektyw, różniących się w zasadzie wszystkim – czasami, naturą głównych bohaterów, a także sposobem narracji. Cała historia rozpoczyna się od urodzonego w 1836 roku Eliego, który jako nastolatek zostaje uprowadzony przez Komanczów. O jego dalszych losach dowiemy się z ust samego bohatera, bo mając już sto lat postanawia nam przed śmiercią wszystko opowiedzieć. Później poznamy jego syna, Petera, a to dzięki bardzo osobistym dziennikom, które opisują wszystkie burzliwe wydarzenia, jakie miały miejsce na ziemi McCullougów w roku 1915 i kolejnych. Wreszcie dotrzemy do czasów współczesnych, gdzie z kolei wnuczka Petera zatopi się we wspomnieniach i przywoła wiele obrazów z przeszłości, a my być może zdołamy z tych fragmentów poskładać żywot Jeanne Anne w całość. I choć drzewo genealogiczne rodu jest bardzo rozłożyste, a niektóre postacie będziemy mieli okazję poznać z więcej, niż jednej perspektywy, to jednak właśnie ta trójka głównych bohaterów odpowiada za pień opowieści.

– Powiedz mi, chłopcze, że zrozumiałeś, co do ciebie mówię. Wiem, że mówisz po angielsku, bo spędziłeś wśród Indian niecałe trzy lata.
– Wiatr wieje łagodnie pośród kwiecia – odpowiedziałem po komanczersku. – A ty wyglądasz jak pizda bizona.
– Mów po angielsku – krzyknął Wilbarger.
– Waliłem sobie konia, patrząc na twoją żonę, ze trzydzieści razy.
– Po angielsku chłopcze![1]

Wątek Eliego brzmiał mi znajomo, bo przecież nie tak znowu dawno temu miałem okazję czytać Małego Wielkiego Człowieka, gdzie zarys fabularny był bliźniaczo podobny: bohater porwany przez Indian, zmuszony do przyuczenia się życia pośród nich, aż wreszcie z przymusu  wracający do cywilizacji, w której nie potrafi się już odnaleźć, a wszystko to w formie opowieści wiekowego staruszka. Te dwie historie mają wiele wspólnych cech, ale niosą ze sobą zupełnie inny ciężar gatunkowy, bo u Bergera relacja choć chwilami krwawa i brutalna, często była przy tym zwyczajnie zabawna, niepozbawiona humoru. Meyer albo nie chciał, albo nie potrafił nadać jej takiego luzu, co jeszcze nie znaczy, że jest gorzej. Jest inaczej, a niektórzy pewnie uznają, że lepiej. Mam dziwne przeczucie, że opisy życia Indian są w Synu ciekawiej oddane i mają nieco większe walory, że tak to określę, edukacyjne. Poczynając od sposobów na wytwarzanie łuków, poprzez metody obrabiania skalpów, aż na zasadach spółkowania z kobietami kończąc. Bo sfera uczuciowa również mocno się tutaj zaznacza i Meyer stara się zgłębić naturę członków plemienia. Poza tym szczególny podziw budzi efektywność Indian w wykorzystywaniu zasobów, gdzie – przykładowo – upolowany bizon jest wykorzystywany co do ostatniej kosteczki i najmniejszego ścięgna, żaden fragment się nie marnuje. No i wreszcie będzie okazja przeczytać wyjaśnienie, dlaczego Indianie noszą takie, a nie inne imiona i żaden z nich się nie przejmuje, że wołają za nim Leniwe Stopy, Bolesny Upadek Przez Potknięcie, Pierdoli Kobyłę, albo Pizda Kojota. Bardzo pouczające, trzeba przyznać. I fascynujące zarazem.

Peter i jego dzienniki to zgoła inny charakter opowieści, która rozpoczyna się istnym wstrząsem, ale nie planuję o nim tutaj pisać, bo nie widzę powodu. Recz w tym, że właśnie te wydarzenia determinują postawę Petera na kolejne lata. Syn Eliego jest wrażliwym idealistą o miękkim sumieniu i ma ogromny problem z zaakceptowaniem bezwzględnych metod, jakimi rodzina McCullougów walczy o własną ziemię. A trzeba zaznaczyć, że Peterowi przyszło żyć w czasach silnego konfliktu z meksykańskimi sąsiadami, którzy – tak jak wcześniej Indianie – zostają przemocą wyparci z Teksasu przez rosnących w potęgę amerykańskich osadników. Cywilizowane metody bardzo późno zagościły na Pograniczu.

Dzieje Jeanne Anne, dalej zwaną Jeannie, to już z samego założenia codzienna walka kobiety w pełnym twardych mężczyzn teksaskim świecie. Ona wydaje się tam nie pasować, tak jak jej obecność nie licuje z tytułem powieści. Ale Jeannie nosi w sobie ogromny potencjał, który z łatwością dostrzegał wciąż żyjący patriarcha rodu Eli. Tak jakby przeczuwał, że właśnie w tych delikatnych kobiecych dłoniach spocznie przyszłość rodu McCulloughów. Wątek Jeannie poprowadzony jest dość chaotycznie, skacząc z epizodu w epizod, meandrując przez czasy i miejsca. W jednej chwili towarzyszymy jej podczas pierwszej menstruacji, by za chwile obserwować jak bierze udział w niebezpiecznych odwiertach, bo żywot Jeannie to epoka, gdy boleśnie dało o sobie znać wyeksploatowanie teksaskiej ziemi, więc trzeba było sięgnąć pod nią – po ropę. I choć narracja bohaterki lubi wpadać w melancholijny ton, to niech nikogo to nie zmyli – Jeannie uwielbia jeść jądra młodych byków, więc hartu ducha z pewnością jej nie zabraknie.

Można rżnąć i plądrować, pod warunkiem że robi się to dla ludzi, których się kocha, inaczej nie. Komancze nie miewali wyrzutów sumienia: wszystko, co robili służyło przyjaciołom, rodzinom, szczepowi. Wojenne rozterki są przypadłością białych, którzy walczą w armiach z dala od domu, dla ludzi, których nie znają.[2]

Nieco się rozpisałem, ale to mi jedynie uświadamia jak bogatą w treść i odcienie jest ta powieść. A przecież skupiamy się tutaj wyłącznie na losach jednej rodziny, jej kolejnych pokoleń i najbardziej epokowe wydarzenia (wojny światowe i secesyjna) mijają nas nieco z boku, pewnym łukiem, mimo że swoje ofiary z rodu McCullougów musiały pochłonąć. Ale dla Meyera ważniejsze było położenie wyraźnego akcentu na relacjach rodzinnych i nieustannie towarzyszących im konfliktach. Silna osobowość Eliego brzmi wyraźnym echem jeszcze przez wiele pokoleń i jedni odnajdują w tym siłę, a innych ten cień przytłacza. Syn to również powieść o intensywnym żywocie teksaskiej ziemi, początkowo przepełnionej zielenią i namiętnie uprawianej, w którą z wolna wsiąkają kolejne litry przelanej krwi. Opowieść o ziemi stratowanej setkami tysięcy bydlęcych kopyt, aż pozostał jedynie piach i pokruszone ludzkie kości pod nim. O umierającej ziemi, niegdyś będącej niemym świadkiem wielu konfliktów z Indianami oraz Meksykanami. Ziemi która została ostatecznie rozpruta setkami odwiertów, przygnieciona pompami, osuszona z ropy.

Im dłużej piszę o Synu, tym bardziej zaczynam go doceniać, dostrzegać rzeczy, które wcześniej mi jakimś cudem umknęły. Powieść Meyera zaczyna się dość niepozornie, można odnieść wręcz wrażenie, że podział narracyjny wprowadza niepotrzebny chaos. Ale potem pach!, wydarzenia następują po sobie lawinowo, powieść nabiera rumieńców, a jej kompozycja sensu. Sceny przemocy czerpią z najlepszych wzorców, a chwile poświęcone na opis emocji mają w sobie jakąś przyciągającą moc. Szczególnie, gdy czytamy o zwyczajach oraz uczuciach obcej dla nas kultury, jaką są Indianie. I tak słowo po słowie, strona po stronie wsiąkamy w tę powieść, czasem leniwie, ale zauważalnie, metodycznie, z pełną naturalnością. I, co jest ważne dla czytelnika, uczucie zaangażowania towarzyszy nam aż do samego końca, gdy saga gaśnie z cichym, lecz bardzo symbolicznym sykiem.


[1] Philipp Meyer, Syn, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Czwarta Strona, Poznań, 2016, str. 400
[2] Tamże, str. 469

2 uwagi do wpisu “Syn – Philipp Meyer

  1. Taki wstyd straszny – planowałam lekturę w tym roku, nakręcałam się jak głupia i spaliłam, zanim sięgnęłam. Trudno. W 2018 „Syn” znowu pojawi się na liście obowiązkowej, bo widzę, że warto. :)

    1. E tam wstyd. Gdybym ja się miał wstydzić za każdy zamiar, plan czy niespełnioną obietnicę (złożoną samemu sobie) przeczytania jakiejś książki…
      Nie ma co, na wszystkie przyjdzie pora, a jeśli nie przyjdzie, to najwyraźniej nie było im dane. „Syn” raczej nie utraci na wartości, jeśli przeczytasz go w 2018 roku, zamiast w 2017, więc nic nie utraciłaś, a wręcz przeciwnie – wiele dobrego (z lekturą Meyera) przed Tobą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s