Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle

sherlock-holmes-ksiega-wszystkich-dokonan-Z góry ostrzegam – nie zamierzam się zbytnio angażować i przesadnie drążyć w temacie Sherlocka Holmesa, bo domyślam się, że w Internecie (jak również poza nim) napisano już o słynnym detektywie wszystko i na każdy sposób rozpracowano jego wyczyny. Bezcenni są tacy fani, którzy przez lata potrafią się doszukiwać nowych smaczków w znanych opowiadaniach; fani, którzy odnajdują w fikcji ślady rzeczywistych wydarzeń; wreszcie fani, których fascynacją jest zbadanie psychiki Holmesa – proces przypominający spożywanie jajka na miękko, bo trzeba rozbić najpierw twardą skorupę cynizmu, arogancji i nonszalancji bohatera, by wreszcie dostać się do miękkiego wnętrza jego charakteru. Ale od tego ma się prawdziwych, bezwarunkowych fanów. Ja fanem nigdy nie byłem i raczej już nie będę, choć pana Holmesa oczywiście niezwykle szanuję, bo to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej przewijających się w kulturze postaci literackich. Jednak żaden ze mnie znawca w tym rozległym temacie, więc z góry przepraszam jeśli w trakcie wpisu popiszę się ignorancją i wyjdę na lamera. To będzie raczej coś w rodzaju sprintu przez wszystkie dokonania Sherlocka, parę luźnych uwag i ogólnych wrażeń, bo na więcej prawdopodobnie nie będę miał ochoty. Wystarczy mi, że przeczytałem całą Księgę wszystkich dokonań, która gabarytami przypomina pudełko na buty. Wyobraź to sobie.

Nie wiem czy ta księga rzeczywiście zawiera wszystkie dokonania Holmesa, bo mnogość powstałych przez lata przekładów często różniących się nawet tytułami utrudnia ustalenie tego. Ale nieważne, bo wystarczy wiedzieć, że księga ta obejmuje wszystko co niezbędne – są tu powieści, nowelki i liczne zbiory idących w dziesiątki opowiadań. Samego Holmesa (imię: Sherlock) po raz pierwszy spotykamy, gdy akurat w prosektorium okłada zwłoki kijem, a trzeba zaznaczyć, że nie jest to jego jedyne dziwactwo. Narratorem wszystkich (no, prawie) opowiadań jest pomocnik detektywa i zarazem jego największy przyjaciel – Watson (imię: Doktor). I tak się zaczyna ta ciągnąca się latami przygoda, podczas której panowie wspólnie rozwiążą dziesiątki, jeśli nie setki przeróżnych tajemnic kryminalnych i obyczajowych, a każda kolejna z nich będzie tą wyjątkową, najdziwniejszą i najbardziej zawiłą w karierze (luźny cytat).

Schemat jest ogólnie znany i sprawdza się większości przypadków. Oto w czasach, gdy kamienie były jednostką wagi (jeden kamień = ok. 6,35kg; bo bawię i uczę) do mieszkających na Baker Street 221b Holmesa i Watsona przybywa klient ze zleceniem. Panowie częstują go cygarem, a jeśli jest wyjątkowo wzburzony to brandy (a ta będzie podawana często) i proszą go o wyłożenie sprawy. Gość zarysowując sytuację opowiada w czym rzecz i czego oczekuje, a Holmes, pykając przy tym swoją fajeczką, słucha jego zeznań i ostatecznie zwykle przyjmuje sprawę. Klient wychodzi, obowiązkowo rzucając przy okazji kwestię w rodzaju „to sprawa życia i śmierci”, a nasi dwaj dżentelmeni ruszają szukać rozwiązania. Często w roli sprawozdawcy zamiast klienta jest już ostatecznie schwytany nikczemnik, który bez większych oporów dzieli się z czytelnikami planem swojej zbrodni, która uszłaby mu na sucho, gdyby nie te przeklęte dzieciaki ci przeklęci detektywi! Tak to wygląda w ogóle. A w szczególe? W licznych sprawach nie zabraknie oczywiście urozmaiconych motywów, poczynając od zemsty, poprzez zazdrość, chciwość, aż na zwykłej żądzy krwi kończąc. Czyli klasyka, co jeszcze? Rzecz jasna musi trafić się sprawa, albo dwie dotyczące ogromnego klejnotu, bądź szkatuły ze skarbem. Będą umierające ofiary, które mają czas mówić zagadkami i zaraz potem wyzionąć ducha, bo gdyby powiedziały wprost, to nie byłoby tak tajemniczo. Co ciekawe, pojawi się również w tych historiach wyjątkowo liczna reprezentacja mężczyzn o drewnianych nogach, a epizody zaliczą także kanibal i Ku Klux Klan. Czy muszę dodawać, że zwykle sprawcą zbrodni okazuje się ktoś inny, niż początkowo podejrzewano? Myślę, że nie muszę.

Na świecie pełno jest oczywistych rzeczy, których jakimś zbiegiem okoliczności nikt nigdy nie zauważa.[1]

A parę słów o samym Sherlocku i jego metodach pracy? Te w dużym skrócie oparte są na dedukcji i zasadzie, że jeśli wykluczyć wszystkie niemożliwe ewentualności, to zostanie samo rozwiązanie zagadki. Oczywiście przy okazji Holmes lubi popisać się swoimi umiejętnościami wynikającymi z obserwacji. Widząc zadrapanie na bucie klienta wie, że ten musiał trafić na złą pogodę (bo nic tak nie niszczy butów, jak nieprzyjemna aura), natomiast po meloniku wnioskuje czy klient jest inteligentny (duży rozmiar, więc jest). A słuchający tego wszystkiego Watson zwykle rozpływa się w zachwytach: drogi Holmesie, jesteś niesamowity, jak na to wpadłeś?! Przy okazji: dziwi mnie trochę, że dwaj bohaterowie zwracają się do siebie zawsze po nazwisku, tak jakby żaden nie posiadał imienia. Rozumiem, że tak było w oryginale, ale mimo wszystko – jeśli się zastanowić, brzmi to dość nienaturalnie.

Przewidywania Sherlocka są zwykle trafne, nawet te najbardziej naciągane i łatwo w tym elemencie dostrzec, że autor często składa realizm na ołtarzu spektakularności, bo rozwiązanie sprawy rzadko kiedy zawdzięczamy sumiennemu i żmudnemu badaniu dowodów. Zwykle jest to błysk geniuszu Holmesa, jakaś idea, niby nieistotny ślad, myśl, skojarzenie, a potem idzie już jak po sznurku. I tak sprawa za sprawą pomału wyłania się z nich obraz diablo skutecznego Sherlocka Holmesa, ale trzeba oddać Doyle’owi, że czasami stara się przełamać tę rutynę i w jakiś sposób zacienić krystaliczny obraz bohatera. Bo raz czy dwa zdarzy mu się popełnić błąd opłakany w skutkach, a to zawsze dodaje realizmu. I o ile początkowo Holmes sprawia wrażenie nonszalanckiego, aroganckiego egoisty, to mam  wrażenie, że w trakcie kariery te cechy u niego nieco bledną, ustępując miejsca jakiemuś rodzajowi ekstrawagancji i osobliwości. Ale wciąż pozostaje tym samym nieugiętym, przenikliwym tropicielem zbrodni. Do tego należałoby dodać napady dziwnych nastrojów, podczas których Holmes lubi sobie w mieszkaniu postrzelać z rewolweru, albo dożylnie pobudzić się kokainą. Truje psy. Nielegalnie wykorzystuje tuzin brudnych, obszarpanych, najwyraźniej bezdomnych chłopców, którzy na ulicy robią za jego szpiegów. Należałoby to gdzieś zgłosić. No i lubi się przebierać, nawet za kobietę, ale który facet tego nie lubi.

No i proszę, jak się chce, to można wygrzebać trochę ciekawych cech z tego Sherlocka. W porównaniu z nim doktor Watson wypada zupełnie bezbarwnie, doskonale wpisując się przy tym w ówczesne angielskie realia przepełnione poprawnością i afektacją. Co ciekawe, Doyle chyba próbował Watsonowi dodać nieco charakteru i wprowadził w jego życie wątek prywatny. Pewna poznana podczas jednej ze spraw panna szybko staje się panią Watson, bo doktor oczywiście zakochuje się tak bardzo, jak bardzo może kochać mężczyzna. Jest ślub, w efekcie którego Watson wyprowadza się z Baker Street. Doyle przez kilka spraw męczy się ze swoimi rozdzielonymi bohaterami i szybko dochodzi do wniosku, że panowie muszą mieszkać razem, by opowiadania miały sens. Niejako przyznając się do błędu spycha życie prywatne Watsona i samą panią Watson na daleki margines, aż ta zupełnie znika.

A życie prywatne Holmesa? Brak, bo i po co. Jego jedynymi miłościami są zagadki i pisanie licznych monografii. Te drugie zasługują wręcz na osobny akapit, bo chyba nie ma takiej, której Sherlock by nie napisał. Jest więc opracowanie na temat: rodzajów popiołów, maszyn do pisania, szyfrów. Jest monografia poświęcona sposobowi na określenie wieku papieru, a także monografie o uszach i symulowaniu chorób. Prawdopodobnie w przygotowaniu są opracowania dotyczące czterdziestu dwóch rodzajów odcisków opon rowerowych, które Holmes rozróżnia oraz jak rozpoznać kolor ołówka po napisanym za jego pomocą słowie.

– (…) Posiadłość wygląda jak zubożały patrycjusz, który zgubił się wśród swych poddanych. Znasz tę dzielnicę – na ulicach kostka brukowa, a dojechać do niej można tylko podmiejską podniszczoną drogą. Gdzieś pośrodku znajduje się ten stary dom, niczym mała oaza starożytnej kultury i stylu, otoczony wysokim popękanym murem, gdzieniegdzie nakrapianym mchem…
– Watsonie, daruj sobie, proszę, ten poetycki opis – rzekł Holmes ostrym tonem. – Istotne jest to, że to wysoki ceglany mur.[2]

Być może komuś się w tym momencie narażę i sam nie do końca wierzę, że to piszę, ale w mojej opinii lepszą formą dla przygód Sherlocka Holmesa są krótkie opowiadania. Ja, który nie przepadam za opowiadaniami. Ale tutaj mają one sens – jest zwięźle, od razu przechodzimy do rzeczy, a bohaterowie nie snują się bez celu podziwiając widoki, tylko z miejsca biorą się za rozwiązanie zagadki. To Sherlock Holmes podany w skondensowanej formie, pełen koncentrat, jednak uczciwie trzeba przyznać, że parę razy autorowi nie udało się uniknąć zbytniego uproszczenia. Natomiast nielicznym powieściom brakuje trochę tej zwartości i zwykle nie ma w nich niczego, co uzasadniałoby tak rozwleczoną treść. Schemat pozostaje ten sam, jest tylko nieco rozciągnięty. Choć teraz, aby zaprzeczyć swoim słowom (tak dla hecy), muszę wyznać, że jedna z powieści, mianowicie Dolina Strachu (inny tytuł to Dolina Trwogi) podobała mi się najbardziej z wszystkiego. Sam fakt, że już na początku mamy krwawą ofiarę z odstrzeloną twarzą powinien niektórych zachęcić. W tym przypadku sprawdza się również swoisty podział na dwa wątki (podobną szkatułkowość, choć słabszą można zaobserwować w Studium w szkarłacie). Warto jeszcze w tym miejscu dodać, że Doyle kilka razy eksperymentuje z narracją odbierając ją Watsonowi i raz oddając ją wszystkowiedzącemu sprawozdawcy, a raz w ręce samego Sherlocka. Ale to nic nieznaczące epizody.

O ile bez wątpienia należy pochwalić Wydawnictwo Rea za zebranie wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa do kupy, uporządkowanie ich i wypuszczenie w objęcia czytelnika w takiej kompletnej formie, to również należy dodać, że jest parę niedociągnięć. W niektórych zbiorach mocno kuleje korekta, co w szczególności objawia się przy okazji dzielenia wyrazów przy przenoszeniu ich do następnej linii. Zupełnie pominięty jest tam podział na sylaby, a chwilami czytamy nawet takie koszmarki jak „wyc-zytał”. Nie wiem z czego to wynika, ale okropnie wybija z rytmu czytania. Szczęśliwie ta przypadłość dotyczy tylko kilkunastu opowiadań. Zauważyłem również swoiste czytelnicze déjà vu, bo taki sam fragment rozmowy Holmesa z Watsonem pojawia się w dwóch odrębnych opowiadaniach oddzielonych od siebie setkami stron. Może się wydawać niedopatrzeniem, ale te dość rozległe dialogi są w obu przypadkach tak zgrabnie wpasowane, że to nie może być przypadek (dla zainteresowanych: str. 409 i 1023). No i mój nowy, zafoliowany egzemplarz posiadał jedną kartkę z dziurą w środku, ale rozumiem, że to już jakaś ułomność produkcyjna. Poza jak na taką ilość stron to i tak niezła średnia. Przy okazji chciałbym w tym miejscu podziękować anonimowemu Biblionetkołajowi znad Jeziora Kierskiego, który jeszcze w 2016 roku (wybacz, że dopiero teraz, ale miałem zaległości) sprezentował mi ten egzemplarz księgi. Autentycznie dostałem rumieńców i zrobiło mi się gorąco, gdy go rozpakowałem.

Słowo w ramach krótkiego podsumowania. Opowieści te są nadgryzione zębem czasu i na współczesnym czytelniku nie mają już niestety prawa robić większego wrażenia. Czyta się je średnio – lekko, ale mają trudność z pobudzeniem wyobraźni czytelnika. Są przez większość czasu zbyt ugrzecznione i nieco zbyt przewidywalne. Ale bez wątpienia trzeba uznać ich wkład w gatunek, dla którego są fundamentem i mogę z łatwością zrozumieć, że wielu czytelników Sherlocka uwielbia. Ja nie należę do tego grona, ale mimo wszystko  nie żałuję i cieszę się, że miałem okazję go przeczytać.


[1] Arthur Conan Doyle, Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa, tłum. Anna Krochmal & Robert Kędzierski, Marta Domagalska, Zofia Wawrzyniak, wyd. Rea, Warszawa 2011, str. 662
[2] Tamże, str. 991

 

5 uwag do wpisu “Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle

  1. Kuba pisze:

    O ile faktycznie należy docenić wydanie i cene w jakiej to sprzedawano to koszmarnie trudno się to czyta. Wieczorem leżąc w łóżku bardzo ciężko czytać taką kolubrynę dłońmi w dodatku w dużym formacie. Kupowałem opowiadania osobno bo pamietam ze nie wyobrażałem sobie tego wygodnie czytać a już odpada zabranie tego w podróż.

  2. Och, także to dostałam! Czytałam parę lat, po kawałeczku, żeby wyciągać, ile się da, frajdy. Należę do tych, co uwielbiają Sherlocka, więc wiesz.

  3. Oj tam, wszyscy narzekają na rozmiar tego dzieła. Ja to sobie kiedyś wzięłam do poczytania w samolocie – aż dziwne, że nie doliczyli mi za dodatkowy bagaż.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s