Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren

bracia-lwie-serce1Nie będę strzępił klawiatury na opowiadanie o tym, w jaki sposób znów doprowadziłem do sytuacji, że czytam kolejną bajkę dla dzieci, chociaż pod niektórymi względami staram się uchodzić za dorosłego. Sam do końca tego nie pojmuję, ale najwyraźniej to efekt impulsywnej decyzji, pod wpływem której jednego dnia dodaję daną książkę do listy, by po miesiącu nie pamiętać już dlaczego właściwie to zrobiłem. Taka klasyka w przypadku każdego, kto regularnie czyta, ale nie narzekam, bo zdarzają się większe zmartwienia w życiu. Astrid Lindgren również należy do klasyki, ale literatury dziecięcej, choć akurat Braciom Lwie Serce trudno jest rywalizować o rozpoznawalność z Fizią Pończoszanką (przy okazji: uwielbiam to wymawiać) czy też z ekipą łobuzów z Bullerbyn. Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że twórczość Lindgren wykraczała daleko poza te dwa dzieła (cykle), a opowieść o Braciach Lwie Serce to jedna spośród dziesiątek tych mniej znanych historii. Chciałbym napisać, że tak samo warta przeczytania, ale jednak Dzieci z Bullerbyn to zupełnie inna, wyższa klasa, a Fizi Pończoszanki tak naprawdę nigdy nie czytałem, bo wydawała mi się zbyt dziewczyńska. Poza tym kiedyś oglądałem serial o jej wyczynach i z braku alternatywy byłem zmuszony bawić się jej lalką (niemiecką Pippi Langstrumpf), więc tej traumy było zbyt wiele, nawet jak dla mnie i nie chcę do tego wracać.

Natomiast czytając notatki o Braciach Lwie Serce zanosiło się na lekturę wprost kipiącą od testosteronu i być może miał to być jakiegoś rodzaju balsam na moją urażoną męską dumę. Inna sprawa, że te same notki zapowiadały opowieść o męstwie (wiadomo), umiłowaniu wolności, poświęceniu i – zapewne przede wszystkim – o braterskiej miłości zdolnej przezwyciężyć nawet śmierć. Uf, muszę przyznać, że tego rodzaju sformułowanie z trudnością przeciska mi się przez klawiaturę. I tak, przecież wiem, że mówimy o bajce dla dzieci i takie oklepane banały są w niej wręcz pożądane, ale to wcale nie sprawia, że jest mi z tym łatwiej. Przejdę więc do rzeczy.

A rzecz dotyczy dwóch braci, Jonatana i Karola. Jonatan jest nieco starszy od brata, jasnowłosy, błękitnooki, piękny jak książę, silny jak niedźwiedź, zwinny jak łania, mądry jak sowa. Karol to natomiast narrator opowieści i zarazem dość chorowite stworzenie, któremu nie wolno nawet wychodzić z domu, bo jest niczym suchy liść, któremu wiatr mógłby zrobić krzywdę, albo porwać w świat. Jonatan jak na dobrego starszego brata przystało opiekuje się Karolem, pomaga mu się uporać z męczącym kaszlem, opowiada wspaniałe historie na dobranoc i czule nazywa go Sucharkiem. Co osobiście uważam za nieco niegrzeczne z jego strony, bo to jakby grubego nazywać Grubym, okularnika Okularnikiem, a beznogiego Bocianem albo Flamingiem.

Aż pewnego dnia obaj trafiają do wspaniałej krainy Nangijali. Okoliczności tej podróży pominę zręcznym milczeniem, ale jeśli ktoś przypomni sobie wcześniejszy banał, nad którym tak (być może niesprawiedliwie) utyskiwałem, to powinien połączyć fakty i się domyślić. Nangijala jest wspaniała: to zielone polany pełne kwiatów przez które można galopować na grzbiecie konia; to błękitne wody jezior i stawów, w których można kąpać się na golasa; to wspaniałe lasy pełne zwierzyny gotowej na bycie upolowaną z łuku i zjedzoną przy ognisku. Jest też karczma, gdzie spotykają się wszyscy mieszkańcy, spędzając tam całe noce na tańcach i śpiewach. Jednak Dolina Wiśni, w której mieszkają bracia sąsiaduje z Doliną Dzikich Róży – kiedyś równie piękną i żywotną, teraz ciemiężoną pod butem nienawistnego tyrana Tengila, gdzie mieszkańcy zamknięci są w pewnego rodzaju getcie, a największą rozrywką są tam kary śmierci, nie żadne tańce i hulanki do rana. Co więcej, arcywróg Tengil ma najwyraźniej chrapkę również na Dolinę Wiśni, więc braciom Lwie Serce i pozostałym mieszkańcom nie pozostaje nic innego, jak stanąć do walki o własną wolność. Albo przynajmniej o możliwość kąpieli na golasa w stawie.

Koniec końców bracia ruszają na wyprawę godną hobbitów Froda i Sama, choć na znacznie mniejszą skalę, bo ani tak rozległą, ani równie epicką, jednak podobieństwa są zauważalne. Lindgren robi wiele, by zatrzymać czytelnika przy lekturze, bo przecież akurat ona doskonale rozumiała dzieci i najpewniej wiedziała, jak ich nie zanudzić. Bracia Lwie Serce obfitują w napięte momenty, przeplatane chwilami błogiego wypoczynku, by można było odetchnąć. Bracia raz ukrywają się przed niebezpieczeństwem, by za chwilę w spokoju spożywać najlepszy posiłek od kilku dni. Raz uciekają przed konnym pościgiem, by w końcu spotkać starych przyjaciół. Osobiście nie nudziłem się ani przez chwilę, ale nie mogę tego napisać w imieniu wszystkich dzieci, bo to okrutne stworzenia pozbawione empatii i nawet jeśli podczas lektury zrobić im teatrzyk pacynkowy, to i tak istnieje ryzyko, że się znudzą.

Karol w roli narratora spisuje się wyraźnie gorzej, niż rezolutna Lisa (Dzieci z Bullerbyn). Ona potrafiła być rozczulająco naiwna, zabawnie bystra, inspirująco szlachetna. On w większości przypadków jest na przemian tylko naiwny, bystry i szlachetny. Rozumiem, że miało to podkreślić znacznie poważniejszy wydźwięk opowieści, dotykającej przecież wątków zupełnie innego kalibru i nie wiem czy w ogóle sensownym jest, by oboje porównywać tylko ze względu, że w obu przypadkach autorką jest Lindgren. I dochodzę do wniosku, że nie ma takiej potrzeby, więc zapomnijcie. Wystarczy wiedzieć, że narracja Karola jest poprawna i szkoda, że zaledwie taka, bo niby niczego jej nie brakuje (no, może poza nutą humoru), ale też niczym się nie wyróżnia.

bracia-lwie-serceA skoro mowa o literaturze dla dzieci, to jeszcze jeden aspekt jest warty krótkiego omówienia: ilustracje. W moim wydaniu (Nasza Księgarnia, Warszawa 2000) za rysunki odpowiada Ilon Wikland, która swoją twórczością ozdabiała również wiele innych książek Astrid Lindgren. I muszę przyznać, że ilustracje Wikland są zaskakująco (dla mnie samego) dobre. Wiele szerokich planów, duża szczegółowość, staranność, nie brakuje rysunków na całe dwie strony. Jest nawet scena kąpieli na golasa, żeby nie było, że zmyślam. I tak, wszystkie zainteresowane panie informuję, że cenzury brak i są tam widoczne fifloki (które jednak – z racji na wiek chłopców – nie są wstanie nikomu zaimponować).

Zdaję sobie sprawę, że właśnie tym rzutem na taśmę udało mi się zachęcić niektórych choćby do przejrzenia Braci Lwie Serce w najbliższej księgarni. Mój spryt zaskakuje czasami nawet mnie.

PS Swój egzemplarz książki otrzymałem w anonimowym darze od BiblioNetkołaja, któremu chciałbym w tym miejscu jeszcze raz podziękować.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Bracia Lwie Serce – Astrid Lindgren

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s