Dom z liści – Mark Z. Danielewski

dom_z_lisciMuszę pisać cicho, bo mam sąsiada o nazwisku takim samym, jak autor tej powieści i boję się, że mnie usłyszy, zapuka do moich drzwi i powie coś w rodzaju: panie, co pan mnie tam obgaduje w tych swoich internetach, co pan, co pan, CO PAN? Wolałbym tego uniknąć, sami rozumiecie. I choć może się to wydawać z lekka paranoiczne, to poczekajcie aż sami przeczytacie Dom z liści (a bez wątpienia powinniście) – wtedy pewne rozchwianie emocjonalne wyda się wam naturalną rzeczą, zapamiętajcie moje słowa. Bo pan Danielewski napisał powieść, która stymuluje wyobraźnię lepiej, niż niejeden klasyk grozy, ale do tego wrócę, ponieważ nie chcę już teraz wykładać wszystkich najmocniejszych kart, którymi zamierzam zagrać w tej opinii. Tymczasem wyrażę swoje zdziwienie, że tak niecodzienna powieść jak Dom z liści musiała czekać przeszło piętnaście lat na polski przekład, a przecież wystarczy wziąć książkę do ręki i przekartkować, by dostrzec jej teoretyczny potencjał i zachęcającą formę. A to już połowa sukcesu, by przekonać czytelnika do lektury powieści, a także – co ważniejsze z perspektywy wydawcy – jej zakupu. No, ale nie zamierzam tutaj kwasić atmosfery pretensjami o zaniechanie. Ważne, że w końcu można przeczytać Dom z liści po polsku. Bo warto.

Teraz mam problem, by w jakiś sensowny i zrozumiały sposób oddać to, o czym jest ta powieść. Oto bowiem poznajemy Johnny’ego Wagabundę, który pracuje jako pomocnik w salonie tatuaży. Zbiegiem okoliczności trafiają w jego ręce zapiski pewnego starca, pana Zampanò, który zupełnie przy okazji zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Owe zapiski dotyczą Relacji Navidsona – niezwykle intrygującego filmu dokumentalnego, którego akcja ma miejsce w niepozornym domu na Ash Tree Lane w Wirginii. Nadążacie? Dom z liści to powieść o Johnnym, który czyta zapiski Zampanò, które dotyczą materiału filmowego, który został nagrany w niezwykłym domu. Literacka Incepcja, rzecz tylko z pozoru skomplikowana, gdy chce się ją krótko opisać. Ale to zaledwie zarys, bo szybko w treści zaczynają pojawiać się niejasne detale, które plączą myśli czytelnika i skutecznie budzą jego niepokój. Skąd pochodzi głęboki ślad pazurów, który znaleziono na podłodze obok zwłok pana Zampanò? Z czego wynikała ta niezdrowa fascynacja starca materiałem filmowym, któremu postanowił poświęcić ostatnie lata życia, tworząc na jego temat setki stron notatek i odniesień? Jakim w ogóle sposobem Zampanò mógł wiedzieć co zawiera Relacja Navidsona, skoro od dekad był niewidomy? A jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy szukać tego materiału filmowego, to niech od razu odpuści – wydaje się, że Relacja Navidsona (podobnie jak dom na Ash Tree Lane) nigdy nie istniała, choć pozostały po niej liczne ślady, w tym reakcje słynnych osób po rzekomym seansie filmowym (gościnnie pojawiają się tutaj takie nazwiska jak: Stephen King, Hunter S. Thompson, Anne Rice, Stanley Kubrick, David Copperfield, Donna Tartt).

Boleśnie zdaję sobie sprawę, jak chaotycznie to wszystko może brzmieć, ale musicie uwierzyć na słowo: Dom z liści to pierwszorzędna lektura porażająca swoją niebanalnością i „dziwnością”. Niektórzy uznają, że bluźnię, ale żaden Stephen Król Horroru King, ani żaden H.P. Lovecraft nie sprawił, że odczułem podobnie namacalną grozę podczas czytania książki. Fragmenty zawierające osławioną Relację Navidsona czyta się zachłannie i ani przez sekundę nie nużą. Dom na Ash Tree Lane jest zupełnym przeciwieństwem tego, z czym powinny kojarzyć się rodzinne cztery kąty: nie jest ani bezpiecznym schronieniem, ani znanym i lubianym miejscem dla mieszkańców. To budynek pełen dziwnych anomalii, które metodycznie ukazują swoje coraz bardziej niepokojące oblicza, a każdy rozsądny mieszkaniec spakowałby walizkę i wyniósł się z niego jak najdalej. Albo nawet bez pakowania się. Ale mieszkający tam wraz z partnerką i dwójką dzieci Navidson jest domem szalenie zafascynowany. Do tego stopnia, że kiedy w jednej ze ścian pojawiają się nagle nowe drzwi, które zdają się prowadzić w miejsca zadające kłam czasowi i przestrzeni Navidson bierze latarkę, kamerę i rusza eksplorować tonące w ciemnościach pomieszczenia. Trzeba mieć jaja ze stali.

My w międzyczasie poznamy historię Johnny’ego Wagabundy, któremu przyszło się zmierzyć z czymś równie niepokojącym jak dom Navidsonów – zapiskami starca Zampanò, pełnymi dziwacznych fragmentów i nonsensownych akapitów. Johnny, który dotychczas pasjonował się wyłącznie dragami, dziewczynami i seksem pod wpływem intrygującej lektury zaczyna z wolna zmieniać priorytety. A my zaczynamy zauważać pewien schemat oraz podobieństwa w zachowaniu Zampanò i Johnny’ego. Ten drugi często raczy nas swoimi dygresjami i dopiskami, a te niejednokrotnie potrafią ciągnąć się przez całe strony i chwilami przeradzać wręcz w pokręcone, paranoiczne brednie. Wątek Wagabundy dużo ustępuje w kwestii klimatu motywowi domu, ale jest niezbędny, bo bez niego Dom z liści jako powieść utraciłaby mocno na odbiorze oraz pozorach autentyczności.

Niewiele jest pociechy
gdy żałobny sen się ziści
gdy myśli się mieszają
ściany przemieszczają
i nasz wielki błękitny świat
zda się jak dom z liści

w obliczu wiatru[1]

Danielewski przeplata wątki, ale upraszczając da się w Domu z liści rozróżnić te dwa najważniejsze wymienione powyżej. Oba uzupełniają się doskonale, płynnie i niekiedy zaskakująco dla czytelnika (np. w środku zdania) przechodząc jeden w drugi. Cała historia zaczyna się bardzo tajemniczo, niezrozumiale wręcz, ale kiedy wreszcie przyszło mi czytać Relację Navidsona coś w mojej głowie się zazębiło, kliknęło i zostałem pochłonięty. Kolejne wyprawy wgłąb domu budzą słuszne skojarzenia z techniką filmową zwaną found footage, w której materiał stylizowany jest na amatorskie nagranie (Blair Witch Project, Paranormal Activity) i cholera – to działa. Dodatkowo autor śmiało eksperymentuje z formą powieści i to jest trudne do opisania, to trzeba zobaczyć. Zmienne czcionki, zabazgrane marginesy, chaotyczny układ tekstu na stronie, fragmenty wydrukowane w lustrzanym odbiciu, akapity wymagające żonglowania książką, czytania bokiem, do góry nogami, zdania pokreślone, słowa wyróżnione kolorami, pojawiający się tu i tam kod Morse’a, strony zapchane tekstem po same brzegi, jak również strony zawierające jedno słowo i białą przestrzeń poza nim. Absolutnym mistrzostwem formy są natomiast fragmenty poświęcone kolejnym eksploracjom wnętrza domu, kiedy układ tekstu zdaje się symulować zdarzenia, odczucia i wrażenia bohaterów. Jeśli wchodzą oni akurat po schodach, to tekst również „wspina się” w górę strony; jeśli zagłębiają się oni w coraz ciaśniejszy korytarz, to treść także jest „ściskana” aż zajmuje wyłącznie niewielki fragment strony. Paradoksalnie im mniej treści na danej stronie, tym mocniej napina ona nerwy czytelnika – sprawia, że zajadle przewracamy kolejne kartki. W ten prosty sposób Danielewski przedefiniował czytelnika z biernego obserwatora w zaangażowanego uczestnika wyprawy. Przynajmniej na tyle, na ile pozwala tekst wlany na stronę. I co najważniejsze – nie jest to zwykły przerost formy nad treścią, bo ta przemawia za siebie.

Przygoda z Domem z liści nie dobiega kresu wraz z zakończeniem powieści. Na czytelnika czeka jeszcze bowiem blisko dwieście stron dodatków, a te są materiałem do indywidualnego rozgryzienia, bo ich znaczenie nie zawsze jest zrozumiałe. Choćby kod alarmowy ziemia-powietrze, którego symbole wielokrotnie pojawiają się zamiast numerów przypisów. Albo listy matki Johnny’ego, które rzucają nieco światła na psychikę bohatera (zaszyfrowany list był udręką, ale przeczytałem go uparcie). Tymczasem Internet pełen jest interpretacji i domysłów na temat książki – ze zrozumiałych względów w większości po angielsku, a na YouTube nie brakuje amatorskich prób nagrania własnej Relacji Navidsona. Również wiele muzycznych kapel nawiązuje do tematu we własnych utworach. Dom z liści jest rajem dla interpretacyjnych fetyszystów, a scena w której Navidson czyta powieść o dziwnie znajomym tytule jest równie zagadkowa, co znacząca.

Tak, Dom z liści to dla mnie jedno z najlepszych doświadczeń literackich w ostatnich latach. Kupiłem tę powieść nieco w – nomen omen – ciemno, spodziewając się co najmniej dobrej lektury, a w zamian otrzymałem coś niepospolitego, klaustrofobicznego, budzącego we mnie autentyczną, uchwytną grozę i fascynację. Jestem zachwycony, uwielbiam takie literackie niespodzianki znikąd.


[1] Mark Z. Danielewski, Dom z liści, tłum. Wojciech Szypuła, wyd. MAG, Warszawa 2016, str. 648

 

6 uwag do wpisu “Dom z liści – Mark Z. Danielewski

  1. Już od dawna mam chrapę na to, ale widzę, że niestety trzeba to będzie przeczytać w papierze, gdyż nikt przy zdrowych wydawniczych zmysłach, nie bawiłby się w robienie z tych typo-łamańców ebooka.

  2. Ooo! Widzę, że jednak „Dom z liści” to przepyszne wyzwanie literackie, które po prostu trzeba podjąć. :) Podobne wrażenia miałam z „S” J.J. Abramsa – majstersztyk i niespodzianka.

    1. No, mnie to w sumie dziwi, że jeszcze „Domu z liści” nie sprawdziłaś. Polecanie tej powieści jest bardzo ryzykowne, ale wierzę, że ona tak intensywnie może działać nie tylko na moją wyobraźnię. Nie jestem aż tak wyjątkowy!

      1. Kiedyś zaczęłam po angielsku, ale że miałam ebook, to była to najcięższa lektura świata i odpuściłam. A potem zapomniałam zamówić w papierze i tak zapominam do teraz. :D Ale nadrobię na pewno!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s