Król – Szczepan Twardoch

krolKiedy tylko Szczepan Twardoch postanowił, że jednym z ważniejszych motywów jego nowej powieści będzie boks, w tym samym momencie zorientował się, że tak naprawdę o boksie nie wie nic. Co robi w takiej sytuacji stereotypowy intelektualista i literat? Idzie do księgarni bądź biblioteki, zaopatruje się w kilka, a nawet kilkanaście książek o boksie, wraca do domu i zaczyna czytać. Je jajecznicę i czyta. Wychodzi do kawiarni gdzie przy pączku i filiżance kawy czyta biografie pięściarzy. Ogląda filmy dokumentalne dotyczące boksu. Zapoznaje się z archiwalnymi walkami (a jest ich sporo, bo w świecie boksu co roku odbywają się przynajmniej dwie Walki Stulecia). Czyta, ogląda, słucha, a potem siada do pisania. A co robi Szczepan Twardoch, gdy uzmysławia sobie, że chciałby pisać wiarygodnie o boksie? Zapisuje się do bokserskiego klubu na treningi, uczęszcza na nie regularnie, ćwiczy, na własnej skórze poznając poetykę tego sportu i pozwala, by lepsi od niego obijali mu twarz na ringu. No, to się nazywa zaangażowanie, ambicja i odpowiednie podejście. Co ciekawe, sam Twardoch twierdzi, że odnalazł w tych treningach ogromną przyjemność, romantyzm wręcz, więc o żadnym przymusie nie może być mowy. Nie jest on zresztą pierwszym pisarzem, który dał się uwieść pięściarstwu, a takie mało znane nazwisko jak Ernest Hemingway będzie chyba tego najlepszym przykładem. Nasz rodzimy Twardoch trenował (może nadal trenuje; prośba do jego sparing partnerów: nie zepsujcie go, bo polska literatura na tym straci), czasem obijał mordy innym, czasem sam blokował ciosy twarzą, a potem brał prysznic i siadał pisać Króla. Sprawdźmy czy liczne wstrząśnienia czaszki dobrze służą twórczości pisarskiej.

Rok 1937, Warszawa, żydowski bokser Jakub Szapiro. Tym sposobem czas, miejsce akcji, głównego bohatera już znamy. Wróćmy do tego ostatniego, bo Jakub Szapiro, och!, piękny Szapiro z boksowaniem właśnie kończy, choć jest przecież na szczycie. Ale to nie sport zapewnia jemu i jego rodzinie godne życie, bo głównym zajęciem Jakuba Szapiro jest praca dla Kuma Kaplicy, gangstera, który trzęsie całą przedwojenną Warszawą. Jakub jest jego prawą ręką, którą wymierza mordercze ciosy sierpowe każdemu dłużnikowi, a jeśli to nie przynosi efektów, to nasz bohater zbiera liczniejszą ekipę, jadą do opornego delikwenta, wyciągają go za brodę z domu, wrzucają do bagażnika samochodu, jadą poza miasto, a tam metody, które stosują są już dość, powiedzmy, niesportowe. I taki nieszczęsny los spotyka Nauma Bernsztajna, którego potem policja musi wyławiać z warszawskich zbiorników wodnych w częściach. Ale syn Nauma – Mojżesz Bernsztajn – mimo świadomości, że to przecież Szapiro odpowiada za śmierć jego ojca, jest bokserem zafascynowany, idzie nawet na jego kolejną walkę, a potem sprawy układają się już same: Szapiro przygarnia Mojżesza pod dach, a chłopak nie odstępuje Jakuba ani na krok, pełniąc rolę spostrzegawczego obserwatora, a zarazem narratora powieści.

Takim oto sposobem zawiązanie fabuły mamy. Potem akcja już lawiruje różnymi torami, najczęściej zbaczając na gangsterskie akcenty. Będzie więc walka o wpływy w mieście; będą twardzi mężczyźni, który tłuką kobiety jak dywan na trzepaku, a potem idą do burdelu; nie zabraknie spotkań przy kieliszku (albo kilkudziesięciu kieliszkach) i dwunastoletnich prostytutek, ale do wszystkiego jeszcze wrócimy, no, może poza nastoletnią kurwą, bo tutaj nie ma za bardzo czego komentować. Najistotniejszym tłem powieści są bowiem w Królu napięcia społeczne i rasowe prześladowania, które w tamtym czasie przypalały pięty mieszkającym w Warszawie Żydom. Antysemityzm przybierał wtedy różną formę, ale najczęściej była to otwarta wrogość – w gazetach pisano o zamykaniu Żydów w obozach pracy, po ulicach przetaczały się uzbrojone manifestacje i kontrmanifestacje, na uczelniach wydzielano ławkowe getta, a w polskim rządzie najwyraźniej szykował się jakiś zamach stanu. Generalnie więc okoliczności dość niesprzyjające snuciu romantycznej opowieści i nudno raczej być nie powinno.

Posterunkowi zapakowali ciało mojego ojca na pakę policyjnego furgonu. Redaktor Sokoliński wsiadł na rower i mozolnie, z odkrytą głową i ubłoconym siedzeniem popedałował do Warszawy. Kolarz był z niego żaden, za to nieco otyły.
Czerwiński odprowadzał go wzrokiem, dumając nad czymś.
— Spójrzcie posterunkowy — powiedział, zamyślony, do Barlickiego. — Gdyby w tej łysej pale w ciemieniu dziurkę wywiercić, wyglądałby zupełnie…
— Zupełnie jak chuj, panie komisarzu. Wiadomo. Chuj z rękami.[1]

Nie przepadam za gangsterskimi opowieściami, bo wydają mi się one zawsze bardzo podobne do siebie, oparte na podobnych zasadach, bohaterach, przewrotach fabularnych. Problem dotyczy przede wszystkim amerykańskiej i włoskiej odmiany, ziewam. Ale gangsterzy działający w przedwojennej Polsce? Dla mnie brzmi to całkiem niecodziennie i należy zaznaczyć, że postać Kuma Kaplicy jest częściowo oparta na faktach, bo na istnienie w latach 30-tych polsko-żydowskiej organizacji wymuszającej haracze są dowody. Poza tym Twardochowi udało się tę historię napisać w sposób, który nie budzi w czytelniku wrażenia, że czyta budżetową wersję dziejów „Ala Capone dla biedaków”. Uniknięcie popadania w niepoważność autor zawdzięcza przede wszystkim wykreowanym postaciom oraz sytuacjom. Nie, nie będę tutaj ich teraz wymieniał, ale wiedzcie, że urozmaicenia w tym temacie nie zabraknie. No i świetne są wszelakie fragmenty męskich popijaw przy wódce i golonce ze szczeciną. To sceny jak z najlepszych rosyjskich klasyków, w których gdy wódka wędrowała na stół, to wszystko mogło się zdarzyć. W Królu alkoholowe libacje  i towarzyszące im rozmowy oraz wydarzenia sprawiają, że czytelnik pochłania tekst w poczuciu wiszącego nad wszystkim zagrożenia. Będzie rozróba? Będzie draka? Pytałem sam siebie. Nie zawsze była, ale towarzystwo niezrównoważonych bohaterów wystarczało, by zasiać we mnie niepokój. Może się wydawać, że tego rodzaju opowieści to męska domena, ale nie brakuje w Królu silnych, kobiecych kreacji (i, co za tym idzie, scen frenetycznego seksu), nawet jeśli niektóre z nich pełnią wyłącznie rolę worka treningowego i mogą się uważać za szczęśliwe, gdy obrywają nie częściej, niż raz w miesiącu.

A wszystko to podane w perspektywie wspomnianego Mojżesza Bernsztajna, który dzieli się z nami tą opowieścią w pięćdziesiąt lat później, mieszkając już w Izraelu. Wiadomo jednak jak to jest z pamięcią: bywa zawodna i selektywna, więc dziwnym nie jest, że w relacji Mojżesza często pojawiają się urocze fragmenty, w których nasz narrator przyznaje, iż nie pamięta, czy to rzeczywiście się wydarzyło. Brakuje mu szczegółów. Czasem nie jest pewien co do osób, które w danym zdarzeniu brały udział. Wprowadza to do Króla pewną chaotyczność i zamieszanie w chronologii, ale w żadnym momencie nie zaburza czytelności dzieła. Bo akurat Szczepan Twardoch wie, jak sobie sobie radzić w takich sytuacjach i uważam go za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych. Jego styl jest soczysty, mięsisty, wystarczająco charakterystyczny (dużo tu powtórzeń), lubię go – styl i autora, ma we mnie wiernego czytelnika. I nawet jeśli jego znak firmowy, czyli czuwająca nad całą opowieścią pradawna istota (w tym przypadku wieloryb-lewiatan Litani) wydaje się w tym przypadku dodany nieco na siłę. Co z tego, skoro w Królu aż skwierczy od gęstego klimatu, mocnych charakterów, jidysz (języka przypominającego zbitek losowych liter), kapitalnych dialogów (patrz poniżej) oraz scen (wejście „na śniadanie” do damskiego boksera na Żoliborzu – wow), a miarowo przyśpieszająca końcówka powieści była dla mnie nawet odrobinę poruszająca i wściekle satysfakcjonująca, ale wchodzenie w tym miejscu w szczegóły byłoby z mojej strony zbrodnią.

Zostawił sobie pod nosem wąsik, podgolony od góry czarny pasek nad wargą. Uznał, że tak będzie lepiej.
— Wąs? — zapytała Emilia, gdy siadł do śniadania.
— Chuj z wąsem — mruknął pod nosem.
Uśmiechnęli się oboje. [2]

Szczepan Twardoch nadal w formie. Nie potrafię ocenić czy Król jest powieścią lepszą, czy gorszą od wcześniejszych, ale jest wystarczająco inny (brak uczucia déjà vu), by usprawiedliwić każdą lekturę.


[1] Szczepan Twardoch, Król, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, str. 69
[2] Tamże, str. 352

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s