Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czasy to niespokojne, choć nie tak burzliwe, jak kilkanaście lat wcześniej, gdy król Artur wciąż żył i wywijając ciężkim mieczem podbijał ziemie, przy okazji ścinając głowę każdemu, kto miał coś przeciwko. Obecnie Axl i Beatrice to para w dość zaawansowanym wieku, jednak oboje są w sobie wzajemnie i uczciwie zakochani. Tak wiecie: aż do bezsensu i zaślepienia, bo to również powieść o bezgranicznej miłości. I w tym całym zakochaniu ani Axlowi, ani Beatrice nie przeszkadza fakt, że należą do społeczności mieszkającej w ziemiankach i wydrążonych w skale tunelach, bo wszyscy mieszkańcy Anglii mają znacznie poważniejszy problem, który dotyczy pamięci: ulatuje im ona z głowy, niczym dym z komina. To znaczy – niby pamiętają kto jest kim, ale tylko bardzo ogólnie, wybiórczo i najwyraźniej tylko to, co pasuje autorowi, więc nie będę drążył tematu, by nie podważać czyjejkolwiek konsekwencji. Wystarczy wiedzieć, że Axl i Beatrice tracą ostatnią świeczkę i zamiast nadal siedzieć w swojej ciemnej norze postanawiają wyruszyć w odwiedziny do syna. Ten z jakiegoś powodu opuścił ich całe lata temu i zamieszkał w sąsiadującej wiosce oddalonej o kilka dni drogi. Nie wiem na ile rozsądnym jest, by para staruszków wyruszała samotnie w podróż przez krainę, którą zamieszkują demony, ogry, a nawet jakaś smoczyca się pewnie znajdzie, ale przecież tutaj nie o rozwagę chodzi jeno o przygodę, prawda?

Przyszedł ten moment, w którym muszę zacząć narzekać na to, jak Ishiguro poprowadził wątek miłosny między Axlem i Beatrice. Zrobił to w sposób najgorszy z możliwych, niestety. Już pierwsza rozmowa, w której Axl uparcie i do znudzenia tytułuje Beatrice księżniczką niesie ze sobą zły zwiastun. I mógłbym na jednej dłoni zliczyć jego kwestie dialogowe, w których nie używa tego określenia. Być może niektórym czytelnikom mogłoby się to wydawać urocze, ale… no cóż, takie nie jest. Już po pierwszych trzech księżniczkach chciałoby się zwymiotować oczami. To Beatrice przez całą powieść stawia na swoim, a Axl w każdej, nawet najbardziej nieistotnej kwestii jej ulega. A czytelnik zaczyna się zastanawiać po co w ogóle w tej historii istnieje Axl, skoro nie ma nic do powiedzenia. Zresztą ich dialogi to już w ogóle brzmią jak zachęta do wpłat na konto fundacji walczącej z objawami Alzheimera, bo stale napędzają je zaniki pamięci. Axl i Beatrice prowadzą najmniej angażujące i najbardziej obdarte z osobowości dialogi, jakie ostatnio czytałem. Zamierzone to przez autora czy nie, czyta się tak samo źle.

Na ratunek bohaterom bez charakteru próbują przyjść poznani w drodze wojownik Wistan, młody wiejski chłopek Edwin i sir Gawain, ale żaden z nich swoją postawą czytelnika raczej nie powali. Co prawda jest jeszcze wierny rumak Gawaina Horacy, ale akurat od niego wiele wymagać nie powinniśmy. Najbardziej bolesna w tym wszystkim jest wyraźna arytmia dialogów między bohaterami, bo te rozmowy przybierają chwilami absurdalny kierunek. Gubią rytm, wątek, napięcie. Chciałoby się w trakcie zapytać co ma piernik do wiatraka i jakim cudem oni w ogóle się dogadują ze sobą. Autor zapewne chciałby to wytłumaczyć zanikami pamięci bohaterów, ale żadne tłumaczenie nie jest dobre, jeśli czytelnikowi lektura nie idzie płynnie (mimo banalnej treści). W miarę rozwoju opowieści niewiele znacząca wyprawa dwojga staruszków zmienia nieco priorytety (o których za chwilę), ale wciąż pozostaje w swoim wydźwięku dość kameralna i do epickości misji hobbitów daleko jej jak z Shire do Mordoru. Niech nikogo również nie zmylą wspomniane wcześniej demony, ogry i smoki – w zasadzie poza jedną sytuacją nie odgrywają one znaczącej roli i stanowią dalekie tło wydarzeń. Większość przeszkód na drodze Axla i Beatrice to kłody mentalne, a częściej od bohaterów potyka się czytelnik na kolejnej księżniczce.

Wracając do priorytetów wyprawy. Szybko okazuje się, że zamiast po prostu odwiedzić swojego syna Axl i Beatrice mogą przy okazji wyjaśnić przyczyny tajemniczych zaników pamięci mieszkańców krainy, a być może również skutecznie rozgonić tę spowijającą Anglię mgłę zapomnienia. Ale czy naprawdę wszyscy chcą pamiętać tę niekoniecznie dobrą przeszłość? Bo pod rękę z dobrymi wspomnieniami podążają te złe, czasem okrutne, często traumatyczne zdarzenia, uczynki. Być może kłopoty z pamięcią są błogosławieństwem, nie klątwą. Ale przecież wspomnienia i pamięć są wszystkim, co nas kształtuje jako ludzi. Decyzję trzeba podjąć szybko, a odwrotu od niej nie będzie.

Pogrzebany olbrzym nie poraża tempem opowieści, ale przecież nikt nie powiedział, że musi. Mimo wytykanych jej przeze mnie wad to historia pełna uroczych momentów, pewnych subtelności i mglistej baśniowości, która może się spodobać. Jej lektura nie stawia czytelnikowi większych oporów i mija w raczej sennym nastroju, bez wyzwania. No właśnie, tak sobie teraz myślę, że bliżej jej do rozwleczonej baśni, niż powieści fantasy, za którą się ją podaje. I tą – jakże błyskotliwą! – puentą zakończę, kropka.

[05.11.2017: dodaję tag „nobliści”, bo Akademia postanowiła zaskoczyć wszystkich i dać Ishiguro literackiego Nobla. Cóż, lepszy on, niż Murakami.]

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s