Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Wojna to wojna, a wieś to wieś i także swoje prawa ma.[1]

Może zacznę klasycznie, od czasu i miejsca akcji. Rok 1944. Piórków to znajdująca się pod faszystowską okupacją wieś, gdzie zegary są bezużyteczne, a dobę dzieli się na czas przed obiadem, po obiedzie i wieczór. W tej chwili odbywa się tam pogrzeb Jasia Smyczka, który spoczywa w trumnie w butach założonych na opak i choć każdy to dostrzega, to nikt nie interweniuje, bo być może to jakiś zabobon, by partyzantów z lewym butem na prawej stopie (i odwrotnie) w ziemi chować. I choć przebieg tej ceremonii wydaje się kręgosłupem powieści, to od niego – niczym żebra – prowadzą liczne dygresyjne odnogi, które na celu mają opisać jak do tego pogrzebu doszło, a przede wszystkim poświęcić nieco uwagi innym mieszkańcom Piórkowa, siedzącym teraz solidarnie (choć nie wszyscy i każdy z innymi odczuciami) w kościelnych ławach, tuż przed trumną nieszczęsnego Jasia Smyczka.

A cóż to za barwny kalejdoskop postaci!
Ksiądz Morga, który nie tylko, że śpiewać nie umiał, to jeszcze lubił[2];
Wanda, wdowa po piekarzu, która wioskowego dziedzica nie chciała, za to Jasia Smyczka jej uda chętnie przyjmowały;
Dziedzic Radecki, co go Wanda nie chciała (patrz: cytat poniżej);
Kazimierz, obdarzony szóstym zmysłem kierowca karawanu;
Żyd Haham, który klnie najczystszą polszczyzną;
Kominek, kamieniarz, wioskowy mistrz epitafium;
Liczący Żydów Zerbst, faszystowski oficer;
Czynasty, co własną babę tłucze jak ziemniaki na obiad;
Hortensja Winkler, która nie widzi ekonomicznych powodów, by być przyzwoitą i chętnie połyka biorąc do buzi (ale tylko „tym z góry”).

Dziedzic kochał się w Wandzie, ale nie myślał od razu o poważnej aferze, takiej z kinematografu, w gruncie rzeczy chciał tylko dotknąć jej cycków, że niby przypadkiem, albo chociaż popatrzeć na dekolt, na głęboki rowek między piersiami, bo taki był w nim powab i obietnica, że pan Radecki nie mógł przestać myśleć, jak by to było, gdyby mógł tam włożyć rękę, może twarz całą, a może pędzelek i, tak, och tak, w kilku posunięciach rozlać się na jej mostek, patrzeć jak czyste białko zbiera się w kałużę w dołku u nasady szyi, w zagłębieniu obojczyka. Tak sobie fantazjował dziedzic.[3]

Wszystkie te krótkie charakterystyki nie biorą się z niczego i wiążą się z licznymi wątkami, którymi naszpikowana jest Ludzka rzecz. Czy to będą sabotażowe wyczyny partyzanckiego oddziału Kapela, czy też erotyczne igraszki Ani i Dełesia w przyklasztornym sierocińcu (śmiałem się szczerze) – wszystko to jest żywą, tętniącą treścią, której ani przez chwilę nie brakuje rytmu, brawurowego tempa, humoru i urozmaicenia, bowiem autor co jakiś czas stara się nas zaskoczyć czymś nowym: a to chwilą poświęconą na traktat o byłych mężczyznach kobiety (i byłych kobietach mężczyzny); monologiem o wiejskim rozumieniu pojęcia sztuki; przebiegiem wojny opowiedzianym odznaczeniami i orderami; pokazem hahamowego talentu w rzucaniu obelgami (patrz: cytat poniżej); czy też obszerny wywód klasyfikujący… gazy. No, to ostatnie akurat mniej udane i w moim odczuciu zbędne, ale reszta – prima sort.

Żeby ci chuja wygięło w swastykę i żeby żydowskie krawce na całym świecie konali ze śmiechu na myśl o kalesonach z sześcioma nogawkami. (…) I żeby ci głowa chujami porosła.[4]

Już poczynając od świetnego wstępu i poprzez całą szerokość lektury trudno poczuć się znużonym, bo Paweł Potoroczyn zaimponował mi talentem w kreowaniu być może nieco przerysowanych, ale z pewnością wyrazistych i budzących emocje postaci. Zaimponował dygresyjną historią praktycznie pozbawioną dłużyzn, pełną swojskości oraz zmysłowości umiejętnie tu i tam przełamywanej humorem. Wreszcie zaimponował powieścią, która w swojej formie może stanąć obok tych wszystkich polskich dzieł, które za obiekt fascynacji obrały sobie czasem melancholijną, czasem rubaszną wiejską duszę. Jedyne, co z pewnością nie imponuje, to tempo powstawania Ludzkiej rzeczy, bo trzynaście lat tworzenia i kolejne pięć poświęcone na jej wydanie nie jest z pewnością żadnym rekordem świata. Ale hej, przecież to nie piekarnia.

Każdy człowiek ma historię, nieliczni – legendę.[5]

Byłoby więc szkodą dla autora, gdyby Ludzka rzecz przepadła gdzieś przygnieciona literackim gruzem, ale obstawiam, że dla czytelników byłaby to znacznie większa krzywda. Proponuję każdemu wziąć to pod uwagę, nie pozwolić wyrządzić samemu sobie przykrości i być może z własnej woli zainteresować się powieścią Pawła Potoroczyna. Trudno ocenić czy to naturalny talent, czy Ludzka rzecz to wycyzelowana i wyszlifowana przez lata gruda węgla, ale jeśli na potwierdzenie (bądź zaprzeczenie) będziemy musieli poczekać kolejne piętnaście lat to… w sumie trzeba będzie wtedy zadać podobne pytanie. Dlatego skupmy się na teraźniejszości, a tu i teraz ta powieść jest świetna, więc na tym poprzestańmy.


[1] Paweł Potoroczyn, Ludzka rzecz, wyd. Foksal, Warszawa 2013, str. 216
[2] Tamże, str. 179
[3] Tamże, str. 110
[4] Tamże, str. 175; 177
[5] Tamże, str. 289

Reklamy

5 uwag do wpisu “Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

  1. To myśmy z Kotem zrobili Ci dobrze i w sumie też mamy przyjemność, że Ci się spodobało Ksionshko:)
    A Pan Potoroczyn ma potoczysty styl i bardzo żałuję, że jego debiut przepadł gdzieś w marketingowej otchłani rynku wydawniczego; tak czy inaczej liczymy z Kotem iż się doczekamy niebawem kolejnej książki Autora.

    1. Ach, mogłem się spodziewać, ale byłem zbyt leniwy, by to sprawdzić. W takim razie oficjalnie mianuję Was Dobrymi Duszami, o których mowa we wstępie i dziękuję. W samym wpisie zmian nie wprowadzę, bo wtedy Twój komentarz straci część sensu.
      Co do Autora, to obawiam się, że nieprędko dostarczy nam jakąś nową powieść, bo to zabiegany człowiek (przynajmniej tak wynika z jego notki biograficznej, co też tłumaczyłoby długi czas dojrzewania „Ludzkiej rzeczy”). Więc nie nastawiam się, aczkolwiek pozwolę się miło zaskoczyć

    1. O, z tym może być różnie, bo „Ludzką rzecz” czytałem blisko rok temu (tak, mam na nieliche blogu opóźnienie), ale spróbuję coś rozwinąć.
      Piórków należy do tego rodzaju wsi, których dziesiątki, a pewnie i setki na mapie Polski, ale nie zyskają one indywidualnego rysu, dopóki ktoś nie napisze o nich książki. To mieścina z gatunku tych, w których każdy się zna po imieniu i dokonaniach, mieścina, której wystarczy jeden ksiądz, jeden młynarz (akurat temu się zmarło, więc jest tylko wdowa po młynarzu) i jeden grabarz. Trafiamy do niej w ciężkich czasach faszystowskiej okupacji i pokątnie przez mieszkańców organizowanych oddziałów partyzanckich, które garują po lasach, od czasu do czasu utrudniając życie Niemcom (niekiedy zabawnie w skutkach, innym razem tragicznie). Piórków indywidualnościami stoi, bo bohaterów ma uroczych, którym nieobce namiętności i niekoniecznie w dobrym znaczeniu, bo zarówno miłość jak i nienawiść są tutaj często grane. Było już parę tego rodzaju wsi w polskiej literaturze, bo wszystkie podobnie pachną bimbrem, ale póki zamieszkują je udanie wykreowane postacie, to narzekać na powtarzalność nie wypada.
      Może Kot i jego Ania zechcą coś dodać. Albo nie zechcą.

      1. Pytam, bo chyba wiem, o który Piórków chodzi. Tylko ksiądz nie nazywał się Morga, a Molga :) Jeśli chcesz przyjrzeć się tej wiosce (bo to jednak wieś, nie miasteczko) bliżej, to zajrzyj do „Niech żyje wolność” Zbigniewa Masternaka. Trochę to podkolorowany obraz, ale jednak :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s