Pełnia piękna – Chuck Palahniuk

pelnia-pieknaCóż, chyba nie ma sensu zaprzeczać, że jestem fanem twórczości Chucka Palahniuka. Od lat sumiennie czytam od niego wszystko co zostało przełożone na język polski, choć również od lat jestem pogodzony z faktem, że autor prawdopodobnie największe dzieła ma już za sobą i coraz częściej w jego literaturze daje się zauważyć recykling pomysłów. Zachłyśnięci Podziemnym Kręgiem (1996) czytelnicy i krytycy jeszcze przez kilka lat ekscytowali się kolejnymi powieściami Chucka, gdzieś tak do okolic wydanej w 2002 roku Kołysanki (nagroda i nominacja), a potem już nawet wstrząsy wtórne wokół autora ustały i zaczęto się rozglądać za jego następcą. Tymczasem Palahniuk nadal tworzy i to dość regularnie, ale najwyraźniej nie budzi już takich emocji, nie przyciąga nowych czytelników, a wieści o każdej jego nowej powieści śledzą najczęściej wyłącznie tacy przepełnieni nadzieją wieloletni fani jak ja. Wierzymy, że Chuck czymś nas jeszcze zaskoczy, być może zafascynuje i za nic nie chcemy tego przegapić. A jeśli nie tym razem, to może następnym, albo jeszcze następnym, bo taki obowiązek fana, by wiary nie tracił. I jasne, że dostrzegam tendencję spadkową w pisarskiej formie Palahniuka, coraz częściej będąc zmuszonym doszukiwać się w jego powieściach chytrze ukrytych zalet, ale również zdaję sobie sprawę, że mój obiektywizm bierze w takich chwilach L4, a tych walorów tak naprawdę tam nie ma. Ach, ci fani i ich brak trzeźwego osądu.

Penny Harrigan jest przeciętną dwudziestokilkulatką, która właściwie nie wie, czego pragnie od swojego życia. Co prawda pracuje w dużej firmie prawniczej, ale z racji niezdanego egzaminu adwokackiego póki co zajmuje się donoszeniem na konferencje kawy, brakujących krzeseł i rozmyślaniem nad swoim przeciętnym losem. Aż pewnego dnia upada z tacką kaw na progu jednego z gabinetów, a kiedy podnosi lekko wzrok widzi eleganckie męskie buty, w których może się wręcz przejrzeć, tak wypolerowane. Te buty to dolny koniec jej Księcia Z Bajki, atrakcyjnego, inteligentnego milionera, a od tej chwili jej przyszłego kochanka. Brzmi znajomo? Oczywiście, bo skoro czerpać inspiracje, to od najlepszych i Palahniuk nie miał oporów bezczelnie zerżnąć tę scenę z jednego z Największych Dzieł Współczesnej Literatury, którego tytułu nie napiszę w obawie, że mogliby tutaj trafić jego przekierowani z wyszukiwarki Google psychofani, a tego byśmy nie chcieli. Dalsze losy naszej zakochanej od pierwszego wejrzenia pary przebiegają według znajomego schematu, bo szybko okazuje się, że Maxwell ma dość niecodzienne preferencje seksualne, choć są one zupełnie innego kalibru niż te, którymi chwalił się niezapomniany dżentelmen o szarych oczach. Penny owszem – nie była już dziewicą. Uprawiała wcześniej seks z kilkoma chłopcami z college’u. Ale tylko z jednym naraz. Z samymi facetami. I przenigdy od tyłu! Nie była zboczona i nie była zdzirą.[1] I kiedy Maxwell zaprasza ją na romantyczną kolację do Paryża, Penny zabiera swój kapturek dopochwowy i pełna oczekiwań rusza na podbój erotycznych marzeń, zanim książę się rozmyśli.

Zderzenie z rzeczywistością następuje szybko, bo już pierwszy stosunek, choć mający swoje miejsce na eleganckim satynowym prześcieradle (jak należy), ujawnia ginekologiczne zapędy Maxwella. Penny okazuje się dla niego wyłącznie obiektem do badań, a kochanek podczas posuwanka stale zapisuje spostrzeżenia w notatniku i na dyktafonie. Potem już nawet się nie rozbiera, zamiast tego odziany w lekarski kitel dotyka ją w różnych miejscach, obserwuje reakcje, z jubilerską lupą w oku przygląda się jej pochwie (jakby był zapalonym filatelistą, a ona rzadkim okazem znaczka pocztowego), wsuwa w nią palce, dłoń, różnorakie przedmioty i bada, zapisuje, obserwuje. Po co? Bo chce stworzyć kolekcję seks-gadżetów dla pań: zabawek, które zastąpią im mężczyzn, bo żaden mężczyzna nigdy nie da kobiecie takiego orgazmu, jaki dadzą jej Wibrator Wybuchający Wulkan, Miła Miodowa Piłeczka, Rotacyjna Różdżka Relaksująca czy Wegeostrzynka. Albo wszystkie jednocześnie. Tylko co wtedy zrobią faceci?

Tak, nie robię sobie jaj – ta powieść jest o tym wszystkim, co wynotowałem powyżej. I nie tylko, bo im głębiej w Pełnię piękna, tym poziom absurdu rośnie, więc uwaga, dorzucam do pieca. W pewnym momencie Penny udaje się do Nepalu, by tam na szczycie góry terminować u Baby Szarobrodej, która posiadła całą wiedzę i erotyczne dziedzictwo wieków. Coś jak mistrz Miyagi z Karate Kid, tylko Baba jest naga (domyślcie się skąd Szarobroda), zasuszona i lubi wtykać palce (nie tylko) w intymne otwory swoje oraz swojej uczennicy. Nadal mało? To co powiecie na kobiety-zombie uzależnione od erotycznych doznań, pochwy w roli trąb jerychońskich i dildo pełniące funkcję pocisków moździerzowych?

Cóż mogę więc dodać? Jeśli to, co napisałem dotychczas nie mówi samo za siebie, to ja już nie wiem. Pora chyba na małe podsumowanie. Pełnia piękna, która początkowo może się łudząco kojarzyć z jakąś niewyszukaną parodią wiadomego bestselera, w trakcie lektury nabiera wręcz absurdalnych odcieni. To chwilami powieść stojąca na półce obok de Sade’a, bo pochwy, łechtaczki i odbytnice fruwają w treści doprawdy nisko i często, a ekscesy, w który Penny uczestniczy z Babą Szarobrodą bywają po prostu żenująco niesmaczne. Zresztą niecodzienna mieszanina niesmaku, ale też podniecenia (tak, zdarza się!) i niedowierzania (że Chuck rzeczywiście o tym pisze, a ja to nadal czytam) towarzyszy nam przez całą lekturę. Jednak najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że gdzieś – mam wrażenie – ulotnił się prozatorski humor Palahniuka. Oczywistym jest, że Pełnię piękna jako całość należy rozpatrywać w humorystycznych kategoriach, bo tylko to zapewnia tej powieści jakąkolwiek literacką wartość, ale… no właśnie: być może jest zabawna w ogóle, ale nie w szczególe. A jeśli już pojawia się w niej dowcip, jest zwykle niskich lotów i nawet ja muszę to przyznać.

Skoro już przy wyznaniach jesteśmy, to muszę też przyznać, że Pełnia piękna to powieść słaba jeśli mówić o odczuciach przeciętnego czytelnika i zaledwie przeciętna w opinii fana twórczości Palahniuka. Wymaga jakiegoś rodzaju znieczulenia, bo autorowi pisarskiej swady nie brakuje, jednak tematyka i brak humorystycznego pazura, który rozluźniłby pseudo-poważną atmosferę nieco razi. Tylko dla odważnych. I dla fanów oczywiście.


[1] Chuck Palahniuk, Pełnia piękna, tłum. Krzysztof Skonieczny, wyd. Niebieska Studnia, 2016, str. 54

3 uwagi do wpisu “Pełnia piękna – Chuck Palahniuk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s