Żar – Sándor Márai

zarMówcie i piszcie o tej powieści co chcecie: że autor uznany, choć mocno nieszczęśliwy (efekt: samobójstwo); że książka niewielka, ale niejednoznaczna i posiadająca te, no… warstwy; że historia w niej zawarta i emocje jej towarzyszące kojarzą się z żarem nadal żywym i intensywnym, choć szczelnie pokrytym grubą powłoką popiołu minionego życia. To wszystko prawdopodobnie się zgadza, ale mnie najbardziej frapuje kwestia tytułu tej powieści. I choć żaden ze mnie autorytet w temacie języka węgierskiego, to mam podejrzenie graniczące z pewnością, że oryginalny tytuł (A gyertyák csonkig égnek) ma nam do przekazania coś więcej, niż słowo „żar”, nawet pomimo faktu, że na piśmie prezentuje się jak kwestia, którą mógłby wymówić tolkienowski ork szpetnie bluźniący na jakość podanego mu w karczmie trunku. Cóż, taki szorstki urok języka węgierskiego, a teraz skontaktuję się z moim przyjacielem Google Tłumaczem, by przekonać się, co tak naprawdę znaczy ten tytuł, dajcie mi chwilę. [antrakt]. I zaskoczenie, bo wychodzi, że rzeczywiście „żar”. Nielogiczne i zastanawiające, skoro samo gyertyák przekłada się na świece. Niezadowolony z wyniku tłumaczenia pogrzebałem głębiej i okazuje się, że tytuł oryginału dosłownie znaczy tyle, co „Świece dopalają się do ogarków/do końca”. I nie rozumiem co stało na przeszkodzie, by tak ładnie brzmiącym tytułem (szczególnie w wersji – do końca) udekorować tę powieść? Może ktoś mi wyjaśni? Powiecie, że wyolbrzymiam i przesadzam, bo to tylko tytuł, ale jak mam być przekonany co do jakości oraz wierności przekładu, skoro już przed lekturą rzuca mi się w oczy taka samowola w tłumaczeniu i odzieranie tytułu z poetyzmu w nim zawartego? Obawiałem się co w tej materii będzie dalej, ale ponieważ nie potrafię tego zweryfikować (oraz mi się nie chce) niniejszym porzucam temat przekładu i przechodzę do treści.

Wielkiego nowatorstwa w wątku fabularnym się nie spodziewajcie. Rzecz dotyczy męskiej przyjaźni, która związała ze sobą losy dwóch chłopców, później młodzieńców, aż w końcu wąsatych mężczyzn: Henryka i Konrada. Znajomość wyniesiona ze wspólnej niedoli w szkole kadetów przeobraziła się w coś, co bardowie nazywają męską przyjaźnią i co jest jedną z najsilniejszych form oddania drugiej osobie. Heteroseksualna więź, której natury nie jest w stanie pojąć żadna kobieta, póki z przyjaciółką nie pójdzie do wypożyczalni kaset wideo, by później wspólnie i przy piwie oraz pizzy obejrzeć film porno, a całą resztę nocy grać w piłkę nożną na konsoli. Co prawda Henryk i Konrad tego wspólnie nie robili, ale to wyłącznie kwestia czasów, w których przyszło im dojrzewać. Henryk to trochę hulaka i fircyk pochodzący z majętnego rodu. Konrad to natomiast jego czyste przeciwieństwo: ubogi, cichy i skromny domator; blady i nieśmiały smutas zwracający się wyłącznie w stronę muzyki i literatury. A jednak coś ich połączyło, przez lata puścić nie chciało i wydawało się, że nic nie jest w stanie zerwać tej więzi. Jak jednak wiadomo: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle i chyba nie bez powodu większość niszczycielskich huraganów, o których słyszy się w mediach ma żeńskie imiona.

Weronika. I Angela. Ta od koni. I wszystkie inne, które z kwiatkiem we włosach wirowały w tanecznym korowodzie… pozostały po nich wstążki, listy, kwiaty i po jednej rękawiczce. Te kobiety wniosły do ich życia pierwszą miłosną ekstazę i to wszystko, co oznacza miłość: pożądanie, zazdrość i pełną rozterki samotność. Lecz ponad kobietami, ponad obowiązkiem, ponad światem jaśniało pewne uczucie, które było silniejsze od wszystkiego. To uczucie znają tylko mężczyźni. Na imię mu przyjaźń.[1]

Całą opowieść poznamy w formie swoistych retrospekcji, bo oto 75 letni Henryk gotuje się na przyjęcie gościa – od 40 lat niewidzianego Konrada. Przy kominku w komnacie przygotowane są trzy siedziska, ale ich będzie tylko dwóch, kogoś zabraknie. Kogo i dlaczego – to już wyniknie z przeprowadzonej między starcami rozmowy przy cygarze, choć określenie tego rozmową byłoby niemałym nadużyciem. To w zasadzie monolog Henryka – jego przemówienie w kierunku dawnego przyjaciela, czasem starcze gadanie i mamrotanie pełne dygresji, że aż chciałoby się zakrzyknąć: ale przejdźże wreszcie do rzeczy, proszę! Jednak jeśli zechcemy poznać całą historię będziemy musieli uzbroić się w czytelniczą cierpliwość. We wspomnieniach Henryka odwiedzimy Wiedeń, Paryż, Węgry i odmienimy przez wszystkie przypadki takie słowa jak: przyjaźń, bezinteresowność oraz – przede wszystkim – prawda. Zanim do niej dotrzemy zmierzymy się z licznymi niedopowiedzeniami w opowieści Henryka, a najważniejsze pytanie które będziemy sobie stale zadawać brzmi: co w takim razie wydarzyło się 40 lat temu?

Szczęśliwie dla mnie Żar nie jest powieścią obszerną, a i tak chwilami miałem ochotę ze złości gryźć swoją pięść, gdy Henryk po raz kolejny zatapiał się w tym swoim ględzeniu i za wszelką cenę starał się nie przechodzić do sedna sprawy. Można pomyśleć, że chciałby Konrada zagadać na śmierć. Mimo rozwlekłości tej paplaniny nie mogę obiecać, że czytelnik pozna odpowiedzi na wszystkie pytania, ale może to i lepiej, bo nie każdy by zniósł kolejną porcję monologu Henryka. Oczywiście ze wszech miar sensownym jest, by przyjaźń i emocje łączące obu mężczyzn porównywać do tytułowego żaru, bo one z pewnością ich grzeją gdzieś pod fałdami starczej skóry i mało już żywotnych organów wewnętrznych (jak ziemniaki w popiele). Ale równie zasadne jest przyrównanie życia Henryka do świeczki, która wciąż płonie w samotności wyłącznie po to, by móc jeszcze raz porozmawiać z przyjacielem i podzielić się z nim refleksjami nagromadzonymi na przestrzeni czterech dekad. Stąd sumienne przygotowania bohatera do tego spotkania. A po tej długo wyczekiwanej rozmowie może się wreszcie dopalić do końca.

Sándor Márai swoją powieścią nie wzbudził we mnie większego entuzjazmu, ani też nie doprowadził do tego, że eksplodował we mnie gejzer emocji. Prawdę mówiąc jestem do Żaru nastawiony dość obojętnie, bo historia to dla mnie zbyt krótka, by poruszyć i chwilami zbyt monotonnie poprowadzona, by pobudzić. Być może co wrażliwszych czytelników losy bohaterów dotkną, być może większa wrażliwość jest niezbędna, by dostrzec wyraźniej zalety powieści i je odczuć, bo pewien poetyzm treści mimo wszystko odnotowałem. A być może zbyt szybko przesunąłem palcem nad płomieniem tej świecy i należało go na chwilkę zatrzymać, by poczuć jej ciepło. Ale już ją zgasiłem, bo to żaden romantyczny wieczór, by świece palić.


[1] Sándor Márai, Żar, tłum. Feliks Netz, wyd. Czytelnik, Warszawa 2015. str. 51

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Żar – Sándor Márai

  1. Mujeju! Tak obojętnie podejść do Maraia, tak się nie zachwycić, tak mało wypisać złotych myśli, które ponoć tę księgę zdobią! Dzięki zatem za ten kubełek chłodnej wody, bo po wszechobecnych swego czasu och!i ach! już nie tak bardzo czuję się zobowiązany by „Żaru” szukać. Skupię się raczej na szukaniu żaru w stadle swoim, a daleko szukać nie będę musiał :P

    1. Zawsze możesz też założyć, że to ja nie mam racji, a zachwyty nad Żarem są uzasadnione. Bo istnieje takie prawdopodobieństwo. Zachwycić się potrafię, ale tym razem tego nie doświadczyłem. A Ty zbierasz się do jakiejś nowej notki u siebie, bo ilekroć zaglądam, to 18 maja ;)

      1. Zbieram. Właśnie od 18tego maja :P A co do zachwytów, to już dawno temu stwierdziłem, że zachwyca mnie zupełnie co innego niż resztę ludzi. Z niewielkimi wyjątkami, gdy dzielimy wspólny zachwyt :) Ot, dajmy na to, nie dałem rady „Solfatarze” Hena, a ponoć aligancka i luks :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s