Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Wątek pierwszy. Wspomniana już wojna trojańska, której przebieg tylko z pozoru przypomina homerycką Iliadę, bo tym razem bitwa o Ilion toczy się na Marsie, choć terraformowanym i w efekcie bliźniaczo podobnym do Ziemi. Niby przeszłość i historia, ale mająca miejsce w przyszłości. Powody wojny są te same, a Achilles, Hektor i pozostali znów zabijają w imię pięknej dziołchy Heleny. Tymczasem olimpijscy bogowie (bo nie mogło ich zabraknąć nawet na Marsie) czasem się tej rzeźni przyglądają, a niekiedy sami biorą w niej czynny udział wspierając stronę konfliktu, z którą sympatyzują. Jest wyjątkowo krwawo, wliczając w to jelita i inne wnętrzności na włóczniach, ale gdzieś pośród tych rozrzuconych na piasku kończyn krąży niezauważalny dla żołnierzy Thomas Hockenberry – wskrzeszony przez bogów ekspert od twórczości Homera (pochodzący z Zapomnianej Ery, czyli naszej współczesności), którego zadaniem będzie obserwowanie i dopilnowanie, by przebieg wojny zgadzał się z Iliadą. Nietrudno się domyślić, że z czasem wszystko się skomplikuje.

Mało? No to wątek drugi. Gdzieś z okolic Jowisza zostaje wysłana na Marsa ekspedycja morawców – częściowo organicznych robotów – których zadaniem będzie zbadanie niepokojących anomalii kwantowych mogących stanowić zagrożenie dla całego układu słonecznego. Misja z gatunku tych samobójczych, o czym szybko przekonają się dwaj dość niecodzienni bohaterowie, którym przyjdzie nam towarzyszyć w wyprawie. Mahnmut i Orphu to technicznie roboty, ale wyposażone we w pełni ludzką świadomość oraz wrażliwość. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by podczas swojej długiej podróży podyskutowali na przykład o sonetach Szekspira i twórczości Prousta, bo przecież bardziej dziwnie już w tej powieści nie może być.

Ale jest jeszcze trzeci wątek. Umiejscowiony na wyludnionej Ziemi, gdzie garstka dawnych ludzi spędza całe doby na prywatkach i życiu w niewiedzy na temat historii. Dopiero dość krwawy wypadek jednego z bohaterów jest motywacją, by zacząć zadawać pytania natury egzystencjalnej, badać przeszłość Ziemi i przyczyny jej wyludnienia. Dalej wątek robi się już na tyle pokręcony, że daruję sobie próby jego streszczenia, bo po pierwsze nie czuję się na siłach, a po drugie nie chcę wystawiać na próbę Waszej cierpliwości.

Zresztą cała powieść jest znacznie bardziej skomplikowana i zawiera między innymi takie elementy jak: dinozaury; nanotechnologia; usługujące ludziom serwitory, których pochodzenia nikt nie zna; pola siłowe; most Golden Gate, ale umiejscowiony w Machu Picchu; Małe Zielone Ludziki (eMZeteLe); faksowanie ciała jako najszybszy i jedyny znany sposób podróży; wreszcie kobiety, które według mody powinny golić pachy, ale tego nie robią. Oczywiście to nie wszystko i jedno trzeba przyznać – Simmonsowi wyobraźni nikt nie odmówi.

To właśnie z wyżej wymienionych powodów Ilion charakteryzuje się szalenie wysokim progiem wejścia w lekturę. Naprawdę: już sam początek może zniechęcić szerokie grono potencjalnych czytelników, a dalej nie jest wcale lepiej, bo w mojej opinii jedynie pierwszy wątek trzyma równe tempo od początku do końca. Rozdziały poświęcone morawcom oraz dawnym ludziom potrafią niewybaczalnie oraz koncertowo znudzić i nie pomaga fakt, że w dalszej części zyskują nieco niezbędnego impetu, bo w oczach zrezygnowanych czytelników, którzy dawno porzucili lekturę to już wyłącznie pudrowanie zimnego trupa.

Osobiście dotarłem do końca, choć wielokrotnie grzęznąłem w akapitach bliski rezygnacji. Patrząc na Ilion pod szerokim kątem trzeba przyznać, że to książka co najmniej dobra i mimo nagromadzenia szalonych elementów całkiem zrozumiale napisana. Świetnie wypadają wszelkie sceny – nazwijmy to – akcji, bo Simmons dramatyzm sytuacji i poczucie grozy kreuje wyśmienicie, jak zwykle zresztą. Jestem też w stanie zrozumieć, że liczne odniesienia do Homera, Szekspira czy Prousta miały w jakiś sposób na celu służyć polemice Simmonsa z klasykami literatury, bądź wyrazić zafascynowanie nimi. Mam jednak poczucie, że gdyby autor choć w połowie ograniczył swoją dziką wyobraźnię, wyciął część zbędnych pomysłów, to wyszłaby z tego powieść znacznie lepsza, spójniejsza, mniej przekombinowana, mniej dziwaczna i mniej… groteskowa. Dla mnie było tego wszystkiego zbyt wiele.

No i to zaledwie połowa historii, bo Ilion kończy się w dość dramatycznym momencie. Dla odpowiedniego zobrazowania fabularnej sytuacji możemy napisać, że wątki pomału się łączą, a kupa właśnie trafiła w wentylator i na dobrą sprawę dopiero teraz zacznie się dziać, ale to już w drugim tomie (Olimp). Co prawda nie napalam się na jego lekturę, ale jeśli kiedyś nadarzy się atrakcyjna okazja, to pewnie sprawdzę. Jeśli nie, to w sumie nie będzie mi szczególnie przykro. Bo choć zdaję sobie sprawę, że Simmons najszerzej jest doceniany za dzieła z gatunku sci-fi, to ja wolę go w wydaniu stonowanym i nieco bardziej ujarzmionym tematycznie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ilion – Dan Simmons

  1. W zasadzie część Twojego wpisu mógłbym spokojnie odnieść do czytanego właśnie Hyperiona :D Też są kawałki, w których się dzieje i bez zbędnej zwłoki pęka 50 stron, ale są też akapity, w których autor koniecznie chciał pogłębić wymowę cyklu, a na których się zawieszałem. Niemniej jednak Simmons, to kawał gawędziarza z, jak zauważyłeś, niesamowitą wyobraźnią, więc siłą rozpędu wbiłem się w Upadek :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s