Martin Eden – Jack London

martin-edenFakt, że nikt uczciwie nie bierze się już za ponowne wydawanie powieści Jacka Londona (podobnie jak Hemingwaya) nie przestaje mnie zastanawiać. Mój egzemplarz Martina Edena (który jeszcze w 2015 roku dostałem od anonimowego Mikołaja/Mikołajki, więc przy okazji i z tego miejsca dziękuję) według ceny okładkowej kosztował 580 zł, co już samo w sobie wiele mówi o roku wydania. Może problem tkwi w czymś, o czym nie wiem, ale niepojętym dla mnie jest, by byli chętni na drukowanie wypocin Sashy Grey, a już tak mocne i kojarzone nazwiska jak London i Hemingway pozostawały poza kręgiem zainteresowań wydawców. No dobrze, akurat Sasha Grey to również nośne nazwisko, ale wiecie co mam na myśli – w tej chwili chodzi wyłącznie o poziom literacki. Tymczasem zarówno Ernesta jak i Jacka w księgarniach praktycznie nie uświadczysz. A jeśli już, to leżą tam jedynie w formie zakurzonych lektur z opracowaniem, albo audiobooków – pewnie dlatego, że lektur nikt nie czyta (a jeśli już, to z pewnością ich nie kupuje), a audiobooka łatwiej ukraść z Sieci. A ja bym sobie życzył nowe, tradycyjne wydanie dzieł wspomnianych panów, bo nie należę do grona czytelników, którzy tym bardziej czczą książkę, im dawniej została ona wydana. Wolę, gdy mi się nie rozpada w rękach podczas czytania. Więc komu mam zrobić dobrze ustami, aby się wreszcie wziął na poważnie za wydawanie takich klasyków?

Być może kogoś tym zaskoczę (choć szczerze wątpię): głównym bohaterem Martina Edena jest Martin Eden. Młodzieniec na schwał, aktywny marynarz, przystojny, umięśniony i z opaloną szyją jak baleron. Taki, a nie inny tryb życia powoduje, że Martinowi doskwierają braki w podstawowej edukacji, choć na każdej wiejskiej potańcówce niunie i tak się do niego kleją, a on nawet nie musi się starać. A teraz polecimy nieco schematem: Eden się zakochuje, jednak tym razem nie w kolejnej robotnicy z fabryki, tylko w panience z wyższych sfer. Ruth – bo o niej będzie teraz mowa – jest czysta, wiotka, zwiewna, wykształcona, trzy lata starsza od Martina i zupełnie nie z jego ligi. Pała ona miłością do rzeczy uznanych i prowadzi przykładnie szlachetny tryb życia. To wrona kracząca jak inne. Nasz nieszczęśliwie zakochany młodzieniec podchodzi do sprawy nad wyraz ambitnie, a przekonany o swoim prostactwie postanawia za wszelką cenę zdobyć serce (oraz całą resztę organów) Ruth i niezwłocznie rusza w rejs na Morze Edukacji. A także zaczyna myć zęby, bo do tej pory jakoś o tym nie pomyślał, najwyraźniej przekonany, że ten przywilej przysługuje jedynie burżuazji.

— I tyś napisał ten wspaniały Cykl miłosny dla niej… dla tej mizernej, przywiędłej samiczki!*

Prostota charakteru Martina ostro tutaj kontrastuje z ogromną namiętnością i na wskroś romantycznym uczuciem, które wybucha w nim na widok Ruth. Ten zahartowany morską solą i ogorzały na policzkach młodzieniec prawie mdleje, gdy tymże policzkiem przyjdzie mu przypadkiem musnąć włosów ukochanej. Emfaza i zbytnia przesada będzie towarzyszyła czytelnikowi przez całość lektury, a Martin będzie popadał w skrajne nastroje i wraz z postępami w nauce proporcjonalnie będzie rosło jego zadłużenie finansowe. Wyjścia ze swojej kiepskiej sytuacji Martin szuka w literaturze i natchniony postanawia zostać pisarzem. Od tej chwili przyjdzie mu walczyć na dwóch, równie bezwzględnych frontach: przebić się przez okopy i zasieki krytyków literackich oraz zdobyć bunkier miłości Ruth. Niewesoło być Edenem.

Niewesoło, bo prześwidrować się przez beton potencjalnych wydawców to zadanie nie należące do łatwych, więc w oczekiwaniu na jakikolwiek sukces wydawniczy Eden trochę biedę poklepie po tyłku, a pewnie wolałby poklepać Ruth (o ile przyszłaby mu do głowy tak obsceniczna myśl). Martin najczęściej odwiedzał będzie najbliższy lombard, na przemian zastawiając w nim rower oraz jedyny garnitur, a w wyniku przeintelektualizowania odetnie się on od swojego codziennego życia, w którym coraz trudniej będzie mu odnaleźć jakiekolwiek radości. Bo potańcówki już nie bawią, a proste i atrakcyjne dziewczęta nie stanowią wyzwania. Więc może chociaż Ruth dostrzeże jego starania? Cóż, może. Ale póki co jest ona tak wykształcona i błyskotliwa, że aż ma problem z zauważeniem, iż się (nie wiedzieć kiedy) w Martinie zakochała. Jeśli się w porę opamięta, to jest szansa na szczęśliwe zakończenie. A jeśli nie, to chociaż właściciel lombardu może będzie zadowolony.

— Ludzie nie umiejący pisać piszą zbyt wiele o tych, co pisać potrafią.**

Więc postaram się ując to zwięźle. Fakt, że w Martinie Edenie brzmią echa autobiograficzne pominę, bo o ile wiem, London z tego słynął. Zatem co mógłbym dodać na temat tej powieści? Zwracam uwagę na niskie tempo historii. Opowieść od początku do końca wręcz się nieśpiesznie ślimaczy, choć chyba nie mam sumienia, by uznać to za wadę. Ale ostrzec nieświadomych wypadało. Nie wypada natomiast po Martinie Edenie spodziewać się żywych zwrotów akcji, bo to nie ten rodzaj powieści. Mnóstwo tutaj wspomnianej emfazy, zarówno w słowach i reakcjach, dużo dramatyzowania i robienia z igły wideł, albo przynajmniej widelca (abym z kolei ja nie wpadł w przesadyzm). Nie zabraknie również nieodzownej w tego typu literaturze dyskusji prowadzonej między bohaterami – tej inteligentnej dysputy oczytanych ludzi, w której koniecznie przewijają się nazwiska najważniejszych filozofów epoki. Ale to opowieść przede wszystkim o ambicji, samozaparciu, romantycznej ze wszech miar miłości i dobra okazja do zastanowienia się czy górnolotne cele mogą doprowadzić do sytuacji, gdy traci się twardy grunt pod nogami i kontakt z rzeczywistością. Bo tylko prostych i biednych ludzi cieszą nawet małe i proste rzeczy. Im wyżej w hierarchii, tym zakres dostępnych uciech mniejszy.


* Jack London, Martin Eden, tłum. Zygmunt Glinka, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988, str. 244
** Tamże, str. 242

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Martin Eden – Jack London

  1. Martin Eden to lektura, do której chyba bym nie chciał wracać. Czytałem powieść w podstawówce i z samej akcji już mi nie wiele w głowie zostało, ale przygnębiające zakończenie pamiętam do tej pory..

    1. To dobrze, że są takie lektury, do których nie ma się ochoty wracać. Dzięki temu mamy pretekst, by zapoznać się z czymś nowym, zamiast kolejny raz czytać to samo.

  2. Czytałam jako nastoletnie dziewczę, a kilka lat później zrobiłam powtórkę, i za każdym razem wstrząśnięta byłam tym ogromem samozaparcia Edena – głodować, niedosypiać, katować się pracą, byle się tylko wybić i zasłużyć na miłość Ruth. Dla kogoś takiego jak ja, kto ambicje może i ma, ale ledwie jest w stanie zwlec się z łóżka po ośmiu godzinach snu, to było coś niepojętego ;). A w ogóle to dla mnie zawsze Eden był takim amerykańskim Wokulskim. Napisałam kiedyś nawet dłuższy tekst o tym, ale ukazał się w „Archipelagu”, który niestety wyzionął ducha kilka lat temu :(.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s