Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Skąd we mnie ta złośliwość i gorycz w stosunku do Stacji Jedenaście? Najprawdopodobniej bierze się z oczekiwań, a już najpewniej z tych z kategorii zawiedzionych. Powieść Mandel została, jak to się mówi, obsypana nagrodami literackimi i swego czasu zajmowała czołowe miejsca na (ponoć prestiżowych) listach bestsellerów, choć na marginesie przyznaję, że oba te fakty o niczym nie świadczą, bo wiadomo jak to z branżowymi wyróżnianiami bywa, a i nie takie padliny dobrze się sprzedawały. Ale naiwnie zawierzyłem faktom, że Stacja Jedenaście pojawiała się w licznych podsumowaniach (tych profesjonalnych i tych mniej) oraz została przez czytelników uznana za jedna z najlepszych książek 2015 roku. Zaufałem, choć osobiście na żadnej liście powieści Mandel nie dostrzegłem. Zacząłem wątpić, ale moje wewnętrzne opory przełamała tematyka, bo w zasadzie lubię ten gatunek i jego często kameralne oraz melancholijne brzmienie. A od jednej z najlepszych książek roku i zarzuconego nagrodami bestsellera mogłem naiwnie oczekiwać więcej. Chyba nigdy nie zmądrzeję.

No dobrze, parę zdań o fabule. Mamy epidemię. Tym razem nowej odmiany grypy. Nic oryginalnego i nic odkrywczego, ale w tej materii pewnie trudno wymyślić coś niespotykanego, a najczęściej nawet nie wypada się na to silić, bo najprostsze metody bywają najskuteczniejsze. Ta była wyjątkowo skuteczna, bo ludzkość została w błyskawicznym tempie solidnie przerzedzona. A teraz skok w przyszłość, kilkanaście lat po epidemii: czymś, co kiedyś było drogą snuje się Podróżująca Symfonia – wędrowna grupa artystyczna, która w myśl zasady „samo przetrwanie nie wystarcza” przybywa do nielicznych osad ludzkich, by inscenizować tam dzieła Szekspira. Oczywiście, że Szekspira, bo to wybór tak samo dobry, co przewidywalny i nudny, więc w tym temacie Mandel mogła się już wysilić na krztynę inwencji, a być może zachęciłaby tym samym kogoś, do zapoznania się z twórczością mniej znanego autora. Bo nie oszukujmy się: jeśli ktoś do tej pory nie czytał Szekspira, to Stacja Jedenaście tym bardziej go do tego nie przekona.

I już. Szerzej rozwodził się nie będę, bo niezbyt mam ochotę, a tak naprawdę to więcej o fabule wiedzieć nie trzeba. Warto natomiast wiedzieć, że u Mandel bohaterów jest kilka, bo oprócz kilkunastoosobowej Podróżującej Symfonii poznamy również m.in. Jeevana (który przed epidemią był kolejno: barmanem, paparazzi, dziennikarzem, znów paparazzi, znów barmanem, by ostatecznie zostać ratownikiem medycznym, a obecnie prowadzi Muzeum Cywilizacji), oraz tajemniczego Proroka, który chyba powinien być kimś w rodzaju głównego szwarccharakteru powieści, ale w swojej roli jest tak rozczarowujący, że aż nie mam serca się nad nim dłużej znęcać (jak to mówią: życie wystarczająco go zbiło). Ogólnie mam poczucie, że autorka ciut przesadziła z ilością wątków oraz postaci jak na tak krótką powieść, przez co w tym pustym świecie paradoksalnie zaczyna brakować niezbędnego miejsca dla bohaterów i ich wiarygodnej historii.

Przed jednym muszę jeszcze ostrzec, choć być może niektórych czytelników to jednak zachęci. Bo w Stacji Jedenaście jest mniej apokalipsy, niż mogłem się początkowo spodziewać. Mandel z lubością przeplata rozdziały sprzed, w trakcie i po epidemii, żonglując perspektywą różnych bohaterów, z których nie wszyscy przetrwają wystarczająco długo, by zakorzenić się w naszej pamięci. Ostrzegam, bo w mojej opinii taki zabieg dodatkowo zaburza spójność opowieści z gatunku postapo. Tymczasem Stacja jedenaście to powieść melancholijna z całymi stronami poświęconymi temu, czego nigdy więcej nie będziemy mieli okazji doświadczyć po ewentualnej epidemii i autorska próba zwrócenia naszej uwagi na prozaiczne czynności codzienne, do których nikt już nie przykłada uwagi zakładając, że zawsze będą dla nas tak samo łatwo dostępne. Taki zabieg (mimo, że nieco nachalny) to nic złego, wypada mu nawet nieśmiało przyklasnąć, ale trochę boli, że cierpi na tym zwartość i nastrój historii. Kto czytał wyśmienitą Drogę (strasznie mi wstyd, że nie poznałem się na niej od razu, z pokorą przyznaję), równie świetny Gwiazdozbiór psa, albo bardzo dobre i mało znane Polaroidy z zagłady, to powinien mieć wyobrażenie, jak według mnie brzmi dobra powieść tego rodzaju. Tam melancholia uderza spomiędzy wierszy, nie z nich bezpośrednio.

Niewiele zostało we mnie po tej lekturze, a moje oczekiwania (do których miałem przecież prawo) zostały przy okazji boleśnie zgwałcone, więc wspomnienia raczej mierne. I nawet patrząc na Stację Jedenaście obiektywnie, to wyszło – cytując klasyka – no tak średnio bym powiedział, tak średnio.

PS Natomiast wydawnictwu Papierowy Księżyc za brak korekty i szacunku do czytelnika należy się wybatożenie mokrym ręcznikiem. Zatrważająco liczne babole w rodzaju „pokój Arthura był niesamowicie czysta” to już zwykła nieudolność. Ktoś to w ogóle czytał przed drukiem?

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

  1. Chętnie bym ukradł cały wstęp, żeby nim rozpoczynać teksty o książkach z kategorii „do dupy”. „I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności.” – pyszne :D

  2. Borys pisze:

    A zważywszy na brak korekty, nie masz podejrzeń, że tłumacz dodatkowo położył sprawę stylistycznue, podczas gdy to właśnie styl mógł być główną zaletą tej książki w oryginale?

    1. Trafna uwaga i oczywiście tego rodzaju wątpliwości można mieć w zasadzie co do każdego przekładu: czy oryginał jest lepszy? gorszy? inny stylistycznie? Daleko nie musimy szukać, bo niedawno we wpisie do Władcy Pierścieni nawiązała się mikro dyskusja o tym, jak inny w wydźwięku jest Tolkienowski oryginał. Z tym że… no tak… ja oceniam to, co czytam (w tym przypadku polski przekład) i jakie mam odczucia kompleksowo, a porównywanie tłumaczeń do oryginałów pozostawiam fachowcom w tej dziedzinie, bom lamer, poza tym za dużo z tym zamieszania. Nawet jeśli powieść Mandel po angielsku miałoby się okazać arcydziełem, to marne to pocieszenie dla polskiego czytelnika chcącego przeczytać ją po polsku. Buziaki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s