Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North

pierwszych pietnascie zywotowA co by było, gdyby nasza śmierć nie niosła dla nas samych żadnych konsekwencji? W sensie: jak w grze, w której skucha i strata życia skutkuje jedynie rozpoczęciem zabawy od początku poziomu, z tą przewagą, że tym razem jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z własnych błędów i nie popełnić ich ponownie. Jak to mówią: życie ciężka plansza, ale trzeba ją przejść i nieograniczona ilość prób byłaby znacznym ułatwieniem. Zresztą dyskusja o śmierci zawsze pełna jest przypuszczeń oraz pobożnych życzeń i jeśli dobrze się przyjrzeć to nasz zgon rzeczywiście nie niesie dla nas samych żadnych konsekwencji, bo trudno martwić się o rzeczy przyziemne będąc zakopanym na wieki pod ziemią (niezdzieralna klasyka pogrzebów, bo co z oczu – to z serca), albo będąc zredukowanym do roli pyłu (nowoczesna i coraz popularniejsza opcja – przynajmniej w tej odmianie). Skutków naszej śmierci nie odczujemy my sami, lecz nasza rodzina i bliscy, więc w jakimś sensie klawo jest być egoistą i samotnikiem, bo takim zapewne łatwiej umierać bez żalu. Naturalnie mogę się mylić w tych swoich nie do końca poważnych rozważaniach, ale jedynie opinia kogoś, kto umarł – najlepiej wielokrotnie i w różnym stylu, by miał porównanie – przekona mnie w stu procentach do zmiany opinii. Takim kimś zdecydowanie byłby Harry August, więc zobaczmy co ma nam do powiedzenia.

Harry August jest ouroboraninem. Geneza tego określenia powinna być jasna, ale jeśli nie jest, to od czego mamy Internet (poza oczywistą zaletą w postaci darmowego porno bez ograniczeń), który natychmiast podrzuci nam podpowiedź w postaci symboliki ouroborosa (uroborosa). Otóż Harry przeżywa swoje życie stale i na nowo. Każdorazowo po swojej śmierci wraca do roku 1919-go i rodzi się ponownie z tą różnicą, że w wieku czterech lat przypomina sobie wszystko z poprzednich żywotów. Fajnie? No nie do końca, bo tego rodzaju dar może się okazać również przekleństwem, szczególnie jeśli przyjdzie mu wielokrotnie przeżywać te nieprzyjemne chwile (śmierć rodziców i bliskich). Poza tym Harry jest rudy, a wszyscy wiemy z Miasteczka South Park, że rudzi mężczyźni to ludzie bez duszy i łatwego życia nie mają, a co dopiero bagaż kilkunastu żywotów w tym wcieleniu. Autorka całkowicie pomija ten wątek, a szkoda, bo jestem przekonany, że tego rodzaju doświadczenia nie pozostały obojętne dla psychiki Harry’ego.

Nazywam się Harry August, urodzony 1 stycznia 1919 roku na dworcu kolejowym w Berwick-upon-Tweed, i pamiętam…
…wszystko.*

Świadome przeżywanie każdego kolejnego życia od nowa otwiera przed Harrym masę możliwości. Dzięki pamięci absolutnej szybko udaje mu się zapewniać sobie niezależność finansową (zakłady sportowe przestają być emocjonujące, gdy zna się wyniki), więc nie pozostaje mu nic innego, jak eksperymentować z własnymi żywotami. Kim to on nie był: naukowcem, podróżnikiem, poszukiwaczem Boga, oszustem i przemytnikiem, szpiegiem, dziennikarzem, gangsterem, tybetańskim mnichem, biznesmenem, narkomanem – zdecydowanie miałby co wpisać do CV, choć pewnie nie wszystko byłoby tam mile widziane. W międzyczasie udaje mu się nawiązać kontakt z innymi ouroboraninami, bo okazuje się, że Harry nie jest jedynym. Co więcej, wychodzi na jaw, że istnieje tajne Bractwo Kronosa, które od wieków zrzesza tego rodzaju wybrańców i dba jednocześnie, by nie chcieli oni zmieniać losów świata. Bo przecież gdyby tak zupełnie niechcący zabić nastoletniego jeszcze Adolfa Hitlera, albo sabotować powstanie bomby atomowej? A właśnie że dupa, nie można, bo skutki są nie do przewidzenia, a zmiana biegu historii sprawi, że wielu przyszłych ouroboraninów może w ogóle nie przyjść na świat. Tego samego rodzaju argumenty miał profesor Emmett Brown w Powrocie do przyszłości i trzeba przyznać, że jest w tym trochę sensu. Jednak ani trylogia filmowa Zameckisa, ani powieść Claire North nie byłyby nawet w połowie tak emocjonujące, gdyby ktoś w nie zaangażowany nie postanowił jednak zamieszać w linii czasowej.

O Powrocie do przyszłości wspominam zresztą nie bez powodu, bo w Pierwszych piętnastu żywotach… odnajdą się przede wszystkim zwolennicy wszelakich paradoksów czasowych i wszystkiego co nawiązuje do szerokiej tematyki podróży w czasie. I choć Harry nie podróżuje w czasie (w sensie ścisłym), to odczucia czytelnika są bardzo zbliżone. Nadal trzeba być wyjątkowo czujnym, by na bieżąco śledzić kilka linii czasowych i żyć Harry’ego jednocześnie, bo autorka lubi uderzać w dygresje oraz porzucać chwilowo bieżący wątek, aby sięgnąć po jakiś epizod z innego żywota bohatera. Połapać się w tym nie jest szczególnie trudno i powiedziałbym nawet, że powieść North jest pod tym względem całkowicie przystępna nawet dla czytelnika bez wprawy w tego rodzaju historiach. Czy to zaleta, czy wada – każdy ocenia sam na podstawie tego czy szuka przyjemnej i lekkiej lektury, czy też oczekuje bezwzględnej próby sił pośród niezliczonych paradoksów czasowych.

Według mnie duża przystępność Pierwszych piętnastu żywotów… wynika z dwóch spraw. W stosunku do klasycznych podróży w czasie uproszczono tutaj niektóre zasady. Nie może istnieć dwóch Harrych jednocześnie i jeden Harry nie może w żaden sposób wpłynąć na losy drugiego. Każde życie rozpoczyna od od zera i jego jedyną przewagą wyniesioną z poprzednich żywotów jest świadomość oraz posiadana wiedza. Niezależnie co zrobi w tym życiu, po jego śmierci nie będzie to miało dla niego znaczenia. Tylko jeden Harry jednocześnie to istotne ułatwienie zapewniające dużą przejrzystość opowieści i łatwość w ogarnięciu jej wątków. Drugą kwestią jest fakt, że każda kolejna śmierć Harry’ego nie niesie dla niego żadnych następstw i nawet największe popełnione głupstwo pozostaje bezkarne. A co tam – najwyżej się zabije i spróbuje od nowa. Pewnego rodzaju nieśmiertelność bohatera całkowicie zmienia obraz i napięcie wielu scen. Mam wrażenie, że taki zabieg odbiera coś powieści i jej kolejnym wątkom, ujmuje im dramatyzmu. Claire North najwyraźniej również czuła w tej materii niedosyt, więc w pewnej chwili próbuje to zmienić i nadać znaczenie czynom oraz decyzjom Harry’ego, które wreszcie zaczynają za sobą nieść poważne konsekwencje.

W sukurs Harry’emu w podniesieniu poziomu dramatyzmu historii przychodzi niejaki Vincent – ouroboranin z wielkimi aspiracjami i jednocześnie osobisty nemezis bohatera. Właśnie on napędza najbardziej emocjonujące czytelnika sceny. Tych jest niestety niewiele i ich pojawianie się przypomina czkawkę. To chwila napięcia oraz żywej treści (zwykle kończącej się czyjąś śmiercią), by za moment znów zacząć nieco przynudzać. Niemniej wyborna gra, którą dwaj ouroboranie prowadzą ze sobą stanowi o całej atrakcyjności powieści, nakręca i uzasadnia ją fabularnie. Bez niej Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta byłaby zaledwie kroniką niewiele znaczących… pierwszych piętnastu żywotów Harry’ego Augusta.

A tak jest przyjemnie, niezobowiązująco i tylko chwilami ciśnienie historii wzrasta. Myślę, że każdy fan tematyki podróżowania w czasie powinien w ślepo sprawdzić powieść Claire North. Przy okazji wypada wspomnieć, że to jedynie pseudonim autorki, którą w rzeczywistości jest Catherine Webb. Robię to dopiero teraz, bo w zasadzie ani jednego, ani drugiego nazwiska nie kojarzę, więc jest mi to obojętne. Wracając jednak do zwolenników tradycyjnych podroży w czasie, to co prawda nie znajdą oni tutaj wyzwania, ale to zawsze miła alternatywa i odrobinę inne spojrzenie na temat. No i mam przeczucie, że to byłby dobry materiał na film.

* Claire North, Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta, przeł. Tomasz Wyżyński, wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, str. 414

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s