Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Anglicy_na_pokladzieNo dobra, napisałem cały akapit wstępu na temat najbardziej wyróżniającej cechy Anglików na pokładzie – czyli o grupie aż dwudziestu jeden tłumaczy pracujących nad przekładem – ale nie przeszedł on mojej prywatnej kontroli jakości, więc go w pizdu, skasowałem. I zacznę od nowa (a do kwestii przekładu wrócę później). Nie ma gwarancji, że drugim razem wyjdzie mi to lepiej, a nawet jestem prawie pewien, że wyjdzie gorzej i pojawią się pytania w stylu: gdzie tym razem się podziała weryfikacja jakości i skoro teraz jest tak kiepsko, to jak bardzo słabe musiało być pierwsze podejście? Ale nie doceni daru i pracy dowolnego pisarza ten, kto sam nie spróbuje napisać choćby notki na bloga i nie dostrzeże, jakie to bywa trudne i jak wymagające skupienia. Trochę samokrytyki również nie zaszkodzi, bo skoro chcesz mieć porządek na strychu, to zacznij od piwnicy. A teraz do rzeczy, bo nie przyszliśmy tutaj po prawdy o życiu w stylu Coelho, ani po moje prywatne i pożałowania godne rozterki. W zamian dostaniemy Anglików. I pokład. Po czym umieścimy pierwszych na drugim, co już nam da zalążek powieści marynistycznej, a może nawet przygodowej. Dzieło Kneale’a ma jeszcze innych bohaterów poza Anglikami i pokładem, ale od czegoś zacząć musiałem. To przypominało żmudne holowanie statku z zatoki na pełne morze. Teraz stawiam żagle i samo popłynie. No, prawie.

Zastanawialiście się kiedyś, że skoro Bóg stworzył Ziemię a następnie umieścił na niej Raj, to w którym miejscu na naszej planecie on się niby znajdował? W bardziej współczesnym sensie: co należałoby wklepać w nawigację, by nas pokierowała do miejsca zwanego kiedyś Edenem. Bo ja się nie zastanawiałem. Ale jeszcze w połowie XIX wieku były na Ziemi obszary, na których stopa cywilizowanego człowieka nie stała i ponoć debatowano intensywnie, czy w jednym z tych miejsc nie znajduje się przypadkiem biblijny Eden, bądź pozostałości po nim. Pewien angielski pastor uznał więc, że Raj musi leżeć gdzieś w niezbadanym buszu Tasmanii, po czym zbiera dosyć nieprzeciętnych towarzyszy (tytułowi Anglicy) i ochoczo organizuje wyprawę poszukiwawczą. Ponieważ okoliczności nie są zbyt sprzyjające, ekipa pastora zmuszona jest wynająć prywatny statek kapitana Kewley’a, a on zmuszony jest się na to zgodzić. Nowi pasażerowie nie zdają sobie jednak sprawy, że Sincerity – na której (tytułowym) pokładzie się znajdują – jest łajbą przemytniczą, po brzegi załadowaną nielegalnym tytoniem oraz brandy, a cała załoga to banda sympatycznych kombinatorów z Wyspy Man. Ahoj przygodo!

Trzech Anglików na pokładzie (nie licząc swiney) to istne utrapienie dla kapitana Sincerity, ale czytelnik nie powinien grymasić, bo trwająca kilka miesięcy podróż rodzi mnóstwo perypetii, zarówno tych zabawnych, jak i nieco bardziej poważnych i o emocjonalnym wydźwięku. Będzie więc trochę typowo morskich przygód i awanturniczych perypetii. Kapkę komediowo, nieco dramatycznie i nikt nie powinien narzekać na monotonię, ani tym bardziej na morskie nudności (chyba że czyta na statku). Ale jeśli komuś tęskno za lądem, to z zadowoleniem przyjmie informację, że Matthew Kneale stara się poruszyć również nieco cięższy gatunkowo temat i wielokrotnie zabiera nas na Tasmanię, na którą zmierzają przecież bohaterowie, i na której od kilkudziesięciu lat trwa proces kolonizacji rodowitych Aborygenów. Narracja jest więc początkowo prowadzona dwutorowo, co w dużym stopniu gwarantuje powieści pewną świeżość i różnorodność środowiska.

Jednak tym, co wnosi najwięcej urozmaicenia z pewnością jest koncepcja dwudziestu jeden narratorów, którym Kneale kolejno oddaje głos. Przekrój ich charakterów jest ogromny i różnią się oni w zasadzie wszystkim. Najwięcej do powiedzenia mają naturalnie kapitan statku Kewley oraz pastor Wilson, ale kroku starają się im dotrzymać dwaj angielscy towarzysze duchownego – doktor Potter i młody botanik Renshaw. O ile ten drugi to zwykły wałkoń i obibok, którego rodzice w zasadzie zmusili do tej wyprawy, by nieco się usamodzielnił i zmężniał, tak doktor Potter jest iście niepowtarzalnym charakterem. Trapi go niezdrowa wręcz fascynacja na temat ras i narodów, snuje on radykalne tezy na temat wyższości rasy białej oraz rozdziela ją na kolejne typy, przydzielając im miejsce w hierarchii. Tę fiksację nie sposób nazwać inaczej, jak czystym rasizmem i naukowe podejście wcale jego tez nie łagodzi. Adolf Hitler był zwolennikiem podobnych opinii, więc panowie z pewnością przypadliby sobie do gustu.

Nie wolno mi również zapomnieć o jeszcze jednym bohaterze. Peevay to rodowity mieszkaniec tasmańskiego buszu, którego – zasłaniając się jego dobrem – starano się pokojowo i po europejsku „uczłowieczyć” oraz wpoić mu wiarę w Boga. Aborygen jest mocno sceptyczny i przywiązany do własnych tradycji, ale jednocześnie ciekawy świata „knypów” (białych ludzi). I choć nie jest jedynym tubylcem, który padł ofiarą kolonizacji, to jako jedyny na tyle poznał język, by nam zdać relację z perspektywy własnej i swojego ludu. Próbuje on zrozumieć czego właściwie oczekują biali, a czytelnik ma dzięki temu wgląd w naturę nieporozumień na linii kolonizujący – kolonizowani. Obie strony mają swoje racje, ale obie popełniają też błędy. Składnia zdań Peevay’a jest nienaturalna, przypomina nieco tę mistrza Yody z Gwiezdnych Wojen, a Aborygen uparcie oraz do znudzenia trzyma się pewnych zwrotów. Określeń ładnych, których już się w zasadzie nie używa, ale powtarzanych na okrągło, wyraźnie wbitych mu do głowy siłą, wyedukowanych. Tam, gdzie Peevay’owi brakuje wyrażenia posługuje się radosnym słowotwórstwem, choć pistolet nadal pozostaje dla niego kijem z piorunami, a słowa w rodzaju „pojeb, ruchanie i pizda” to czarodziejskie zaklęcia, które skutecznie sprawiają, że knypy wpadają w szał.

Tym samym dochodzimy do wątku eksperymentalnego polskiego przekładu, za który odpowiada grupa dwudziestu jeden tłumaczy. I to nie dlatego, że jeden nie dał rady, więc musiał zawołać do pomocy kolegów i koleżanki. Po prostu wydawnictwo Wiatr od Morza tak to sobie wymyśliło, że każdego z dwudziestu jeden narratorów opowieści przełoży inny tłumacz. Zapytany o opinię Matthew Kneale ponoć bez oporów zaaprobował pomysł i wyraził pełną zgodę, bo pewnie uznał, że w Polsce i tak sprzeda się około czterdziestu egzemplarzy jego książki, więc co za różnica. Muszę też wyznać, że liczba autorów przekładu jest trochę w mojej opinii naciągana, bo większość postaci (a co za tym idzie tłumaczy za nich odpowiadających) zalicza w powieści pojedyncze oraz niewiele znaczące epizody, czasem wręcz kilkustronicowe i więcej się nie pojawia. Tak obiektywnie patrząc to jedynie wyróżnioną przeze mnie piątkę bohaterów można z czystym sumieniem określić filarami Anglików na pokładzie, ale przecież pięć to i tak wynik dużo ponad średnią tłumaczy przypadających na powieść, która oscyluje pewnie w okolicach 1.0.

Nie ma wątpliwości, że przedsięwzięcie angażujące do przekładu taką ilość tłumaczy wpływa na różnorodność narracyjną powieści. Kolejni bohaterowie zabierający głos różnią się nie tylko stylistycznie, ale dzieli ich też postawa moralna, poczucie humoru, wiedza i rodzaj ekspresji. Jest trochę narracji epistolarnej; są suche, rzeczowe i wręcz encyklopedyczne notatki rasisty Pottera; jest też zabawna oraz rześka jak morska bryza relacja kapitana Kewley’a, dla smaku przetykana dialektem anglo-mańskim, który pozwala na osiemnaście sposobów określić małe, wredne, opryskliwe kobiety. I pomimo takiego rozstrzału stylistycznego ani przez chwilę nie czułem, by Anglikom na pokładzie brakowało spójności. Jednocześnie wydaje mi się, że powieść dużo zyskuje w momencie, gdy statek dociera na Tasmanię i udaje się scalić dotychczas dwutorową narrację. Od tej chwili tempo akcji cieszy mocniej, historia absorbuje niby bardziej, a strony przewracają się jakby szybciej.

I warto pochłonąć całość. Nawet bardzo.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

  1. Patent z tłumaczami był trochę takim chwytem marketingowym, ale ładnie osadzonym w kontekście Dnia Tłumacza (premiera) itd, itp. Ale, ale, polecamy z Kotem Sweetland – naszym zdaniem, to najlepsza książka wydana w WoM.

    1. No tak, być może, ale ja usłyszałem o książce dopiero po pierwszych pozytywnych recenzjach, więc coś w tym marketingu jednak mocno kulało. Najwyraźniej dobra książka obroni się i bez takich chwytów. A Sweetland i Pobojowisko naturalnie mam na celowniku, bo Dostatek był urzekający. Ale skoro Kot poleca, to teraz już mus.

  2. Coś im faktycznie ten chwyt marketingowy nie zadziałał, skoro nic nie słyszałam o tej książce, mimo że wygląda na to, że bardzo pod mój gust podpada. Jak mi się nie spodoba, będzie na Ciebie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s