Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Lagercrantz nie panikuje i zaczyna spokojnie, wręcz leniwie. Wracamy pośród starych, dobrych znajomych, a na pierwszym planie w otoczeniu typowo szwedzkiej jesieni znów przechadza się Mikael Blomkvist. I początkowo robi niewiele więcej poza tym przechadzaniem się właśnie. Ma kryzys zawodowy, a jego gazeta ledwie wiąże koniec z końcem, bo print to gatunek na wymarciu. Mikael spotyka się więc z kolejnymi informatorami, którym jedynie się wydaje, że mają temat na sensacyjny materiał. Potem bez entuzjazmu wraca do mieszkania, otwiera browara, przegląda Internet i idzie spać, by rankiem znów powtórzyć rutynową procedurę dnia. Aż którejś nocy dzwoni do niego profesor Balder, spec w dziedzinie sztucznej inteligencji i zarazem koszmarny ojciec (choć trzeba mu oddać sprawiedliwość, że starał się zmienić). Balder to taka klasyczna potencjalna ofiara każdego kryminału, bo jest w posiadaniu sensacyjnych dowodów spisku, a co za tym idzie, obawia się o własne życie. I jak to w thrillerach bywa – kiedyś wydarzenia muszą nabrać tempa, więc zasadzie dopiero ten moment można nazwać początkiem lawiny bardziej dramatycznych chwil, choć lawina to chyba za dużo powiedziane. W każdym razie do tej pory narracja – która opierała się przede wszystkim na licznych rozmowach telefonicznych między mniej i bardziej znaczącymi personami – wreszcie zaczyna nabierać wyrazistszych i żywszych barw. Tym bardziej gdy okazuje się, że Balder z jakiegoś powodu zna Lisbeth Salander.

Zdaję sobie sprawę, że nazwiska Blomkvista i Salander mogą komuś mówić tyle co pyszne oraz sycące nic. Ale tak naprawdę ta powieść nie jest dla nich, dlatego daruję sobie wyjaśnianie kim są osoby dramatu. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli nie czytałeś trylogii, to wróć jak już przeczytasz. W Co nas nie zabije powrót zalicza również kilka znanych z trylogii osób, między innymi Jan Bublanski, czyli polski akcent, z którego wizerunku i postawy moralnej możemy być jako naród jedynie dumni. Lagercrantz oczywiście dorzuca parę własnoręcznie stworzonych postaci, ale tak naprawdę żadna z nich się nie wyróżnia. Nieco kolorytu do obsady wprowadza autystyczny syn Baldera August, który najwyraźniej posiada ukryte zdolności i szybko staje się obiektem zainteresowania każdej ze stron konfliktu – szuka go policja, Säpo, Blomkvist, Salander i szwarccharaktery rodem z Rosji. Bo chyba nikt nie podejrzewał, że w ogólnonarodowym spisku mogło zabraknąć Rosjan. Problem z Augustem jest jednak taki, że trudno go nazwać pełnoprawną postacią z misternie nakreślonym charakterem. Jego rola w tym dramacie przypomina raczej bezcenny przedmiot, który inni wyrywają sobie nawzajem z rąk. I nagle – po głębszym zastanowieniu – okazuje się, że Lagercrantz nie stworzył ani jednej nowej i godnej uwagi postaci (no, Ed the Ned ujdzie, ale to trochę na siłę). Owszem, rozwinął nieco te znane, ale wszystko przebiega w bezpiecznych granicach i z ominięciem ekscesów oraz znaczących zmian. Z jednej strony można to nazwać szacunkiem dla spuścizny Larssona, ale z drugiej brakiem odwagi i śmiałości w kreowaniu charakterów. Albo niedoborem niezbędnych umiejętności do tego.

No, ale skoro Lagercrantz z zawodu jest dziennikarzem śledczym, to może chociaż intrygę zmontuje nam taką, że będziemy w ciężkim szoku przez pół roku? Co nas nie zabije z pewnością jest tak bardzo współczesną powieścią, jak tylko się da. Nie mogło w niej rzecz jasna zabraknąć tematu szeroko zakrojonej inwigilacji w Sieci – tego jak bardzo każdy nasz cyber-krok jest śledzony przez służby bezpieczeństwa, organizacje szpiegowskie, a nawet producentów oprogramowania. Niby nic nowego, ale ten temat zawsze daje duże pole do popisu dla pisarza chcącego stworzyć jakieś machinacje, na których oprze fabułę swojego thrillera. I Lagercrantz korzysta z tej możliwości, co jest rozsądnym, choć niezbyt oryginalnym posunięciem i łatwo przewidzieć, że korzenie spisku szybko sięgną znacznie wyżej i dalej, niż początkowo mogłoby się wydawać. Tak, wiem, że korzenie zwykle sięgają w dół, ale tak mi się napisało. Dla zwiększenia wiarygodności autor przetyka treść książki nazwami rzeczywistych firm, książek i urządzeń, co nieco pomaga w lekturze i można poczuć się troszkę bardziej swojsko.

Ale ta (budząca przed lekturą nadzieję) intryga ostatecznie nie zachwyca. Globalne aspiracje Lagercrantza w tej dziedzinie nieszczególnie mną poruszyły i zdecydowanie wolałem te skromniejsze, lokalne atrakcje u Larssona. Kiedy zestawię ze sobą fabułę Co nas nie zabije z choćby pierwszym tomem oryginalnej trylogii i jego wręcz kameralnym, dusznym nastrojem wyspy, to dostrzegam kolosalną różnicę klasy. Co zabawniejsze – dopiero teraz gdy spisuję swoje wrażenia naszło mnie na takie porównanie. I nie wypada ono korzystnie dla Lagercrantza. Nawet sporadyczne fragmenty dramatyzmu i akcji wypadają u niego dość tanio, szablonowo, przewidywalnie. To są tego rodzaju sceny, których widywało się już setki razy w różnych filmach sensacyjnych, a mimo to pojawiają się też tutaj. Choćby ta mająca miejsce przed ośrodkiem dla dzieci i młodzieży. Albo mniej znaczące fabularnie, ale szeroko opatrzone ujęcia w stylu ściskania ze złości w dłoni szklanki tak mocno, aż szkło pęknie. No kurde, klisza tak wytarta, że razi w oczy.

Dociera do mnie z pełną świadomością, że gdyby Co nas nie zabije ograbić z wszystkiego, co jest pozostałością po Larssonie, to tak naprawdę u Lagercrantza potencjału wystarczy na thriller ledwie przeciętny. Ale nawet jako kontynuacja świetnej trylogii (wraz z całym jej dobytkiem) ta powieść jest zbyt bezpieczna, za mało odważna, brak w niej jakiejś kluczowej konfrontacji. Ona w zasadzie nic w ogólnym rozrachunku nie zmienia, jest – jak to się mówi – odcinaniem kuponów od znanej marki i zaczynam mieć obawy, że nie ostatnim. Im dłużej piszę na temat tej książki, tym mniej mi się ona podoba (zaczynałem w nastawieniu dobry+, teraz jest już ledwie dostateczny) więc w tym miejscu chyba odpuszczę. W tej dyskusji sam siebie przekonałem, że w sumie jestem rozczarowany.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Co nas nie zabije – David Lagercrantz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s