Sputnik Sweetheart – Haruki Murakami

sputnik_sweetheart-Co z tym Murakamim, to ja już sam nie wiem. Nazwisko popularne i stale pojawiające się w towarzystwie opinii, że idą za nim miliony fanów na całym świecie, że czytają, że uwielbiają. Może go z kimś mylą. To, że we własnym kraju Murakami bywa ubóstwiany jestem jeszcze w stanie zrozumieć, bo Japończycy to jednak naród specyficzny i w kwestii mody nadążyć za nimi nie sposób. Ale co z resztą świata i w czym tkwi źródło rzekomej popularności tego autora? Bo niech mnie regał z książkami przygniecie, jeśli w jakości jego pisarstwa. O szerokim rozprzestrzenieniu murakamizmu niech świadczy fakt, że co jakiś czas trafiają do mnie (zazwyczaj w dziwnych okolicznościach) jego książki, chociaż wcale ich nie szukam. Same się narzucają, niczym jakieś pijane nastolatki. I czytam je, bo tak w przypływie chwili obiecuję osobie, od której pożyczam, a słowa dotrzymywać lubię, choć nie zawsze mam na to ochotę. Próbuję przy okazji zrozumieć przyczyny tego fenomenu, bo Murakami pojawiał się u mnie już dwukrotnie, ale na kolana nikogo nie rzucił (w komentarzach dominuje słowo rozczarowanie), choć akurat Norwegian Wood z niezrozumiałych dla siebie przyczyn uważam za dobrą historię, głównie dzięki postaci lekko zbzikowanej, bezpośredniej Midori, która nadal siedzi mi w pamięci, a to już coś. I jedynie nadzieja na spotkanie z podobnie udaną kreacją bohaterki spontanicznie popchała mnie do następnej książki Murakamiego. Przeczytałem Sputnik Sweetheart, a moja wiara w tego autora stygnie z każdym dniem, niczym zwłoki porzucone w lesie.

Zauważam sporą prawidłowość w powieściach Murakamiego, bo jego bohaterowie są zwykle ograbieni z wyrazistego charakteru. To typowi przeciętniacy, z trudem dźwigający swój krzyż samotności, często popadający w depresyjne stany i z melancholią podchodzący do własnych obowiązków codzienności (ale z nich nie rezygnujący, bo Japończycy są zbyt pracowici, by się nad sobą użalać). Bezimienny bohater i zarazem narrator Sputnika Sweetheart też należy do tego typu ludzi – tutaj nie może być zaskoczenia. Jedyne chwile, kiedy narrator się ożywia, to jego spotkania z dwudziestodwuletnią Sumire, z którą są przyjaciółmi. Często rozmawiają, choć on przyznaje się przed nami, że dostaje erekcji na widok dziewczyny, jednak – jak to w życiu bywa – ona nie tylko nie odwzajemnia wrzącej temperatury jego pożądania, ale ma również problemy ze skompletowaniem skarpetek do pary. Z kolei osobą, w której Sumire lokuje swoje uczucia jest siedemnaście lat od niej starsza Miu – atrakcyjna i obdarzona klasą kobieta sukcesu, zatrudniająca dziewczynę w roli asystentki. Miłość Sumire do pracodawczyni pozostaje tak samo bez odzewu, a autor powieści nie byłby sobą, gdyby dodatkowo nie obarczył Miu jakąś mroczną tajemnicą z przeszłości. Tylko u Murakamiego trójkąty miłosne są tak beznamiętne, że zasnąć można. Każdy kogoś kocha, ale mimo to wszyscy pozostają samotni.

To zresztą stale powracający temat w powieściach Japończyka i Sputnik Sweetheart nawet nie próbuje być wyjątkiem – bohaterowie często i dużo mówią o samotności, wyobcowaniu, a entuzjazmu w tym wszystkim tyle, co kot napłakał. Dominuje usypiające tempo, oniryzm, a wydarzenia coraz częściej zaczynają się mieszać z sennymi zwidami i noszą delikatne znamiona magii oraz mistycyzmu. Tak naprawdę to nie wiadomo, które z wątków wydarzyły się w rzeczywistości i nikt tego czytelnikowi nawet nie próbuje wyjaśnić, ale widocznie takie już są geny narodowej dziwności Japończyków, którzy podczas seksu potrafią w sobie tylko znanym celu myśleć o ogórku w lodówce. Typowe.

Sputnik Sweetheart nie reprezentuje sobą niczego godnego uwagi. Przy trzeciej z kolei książce Murakamiego uderza mnie już przeczucie, że jeśli czytało się jedną powieść tego autora, to jakby czytało się wszystkie. Powtarzalność charakterów postaci, ich przejść życiowych, samotność, melancholia, oderwane od rzeczywistości rozmowy i wydarzenia. Autor często nawet się nie trudzi, by w jakikolwiek sposób usprawiedliwić niektóre wątki czy motywacje bohaterów. Nie to, żebym oczekiwał każdorazowo odsłaniania wszystkich kart i traktowania czytelnika jak osobnika bez własnej wyobraźni, ale mam wrażenie, że Murakami sam bez żadnego planu klei te swoje powieściowe mozaiki, na zupełnym spontanie i bez ładu ani składu. Tak jakby siadał do pisania i dopiero na bieżąco wymyślał kolejne zdarzenia w ramach zapychaczy kartek. Sputnik Sweetheart jest za mało logiczny, by być dramatycznym i zbyt nudny, za mało wyrazisty, by ująć swoim skromnym, onirycznym nastrojem. Norwegian Wood był stabilniej osadzony w rzeczywistości i chyba to sprawiło, że oceniam go wysoko w porównaniu do pozostałych dzieł Murakamiego. Akcenty magiczne, które pisarz wplata w swoje historie zupełnie do mnie nie trafiają i wolę, gdy ich nie ma. Tutaj są i burzą spójność opowieści.

Może to w przystępności tkwi tajemnica popularności Murakamiego. Może ta jego niezmienność. Jego proza nie wymaga od czytelnika wiele – pisze on prostym językiem, wystrzega się stylistycznych udziwnień i w zasadzie jedyną jego siłą jest sama historia oraz charaktery bohaterów, ale jeśli te elementy zaczynają kuleć, albo robią się zbyt dziwne, to nie zostaje już nic, na czym warto zawiesić oko. Autorowi dam jeszcze jedną szansę, bo dawno temu obiecałem sobie, że przeczytam Kronikę ptaka nakręcacza, którą uznano za jego największe osiągnięcie i obietnicy zamierzam dotrzymać. Ale potem (niezależnie od wrażeń z lektury) do Murakamiego już prawdopodobnie z własnej woli nie wrócę. I tak dużo zniosłem.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Sputnik Sweetheart – Haruki Murakami

  1. No właśnie, skoro już dużo zniosłeś, to po co się jeszcze panem na M. katujesz? Skłonności do masochizmu? :D Myślałam, że już przy 1Q86 stwierdziłeś ostatecznie, zresztą słusznie, że to literatura dla kobiet („one to lubią” ;))
    Ale nie da się ukryć, że Sputnik jest słaby. Gdyby nie te ogórki w lodówce, nic by go w moich oczach nie ratowało.

    1. „1Q84” było słabe, ale jeśli sobie dobrze przypominam, to jednoznacznie nie skreśliłem wtedy Murakamiego, bo jednak po „Norwegian Wood” sięgnąłem z własnej woli, by zweryfikować moją kiepską opinię o autorze. I dałem się zaskoczyć, bo druga powieść Murakamiego o dziwo mi się spodobała, a przynajmniej zacząłem nieśmiało dostrzegać zalety w jego wypocinach. Sytuacja była jakby remisowa, więc należało ją rozstrzygnąć. Stąd, kiedy siostrzenica zaproponowała mi „Sputnika” to podjąłem ryzyko i pożyczyłem go od niej w pakiecie z „Kroniką ptaka nakręcacza” (na którego czaiłem się już przed 1Q84). Obecnie jest 2:1 na niekorzyść Murakamiego i mam obawy, że ptak nakręcacz mi się spodoba, co znowu doprowadzi do remisu. Wolałbym już mieć w sprawie tego autora jasność.
      Tak się tłumaczę, ale może to jednak skłonności do masochizmu?

    2. Teraz widzę, że u Ciebie też Sputnik jest świeżo w pamięci (i też zwróciłaś uwagę na ogórki!). Nie nazwałbym lektury „stratą czasu”. Nie podobała mi się, ale nie żałuję, że ją przeczytałem. Takie życie czytelnika ;)

      1. Strata czasu? Bynajmniej. Strasznie byłoby życie nudne gdyby wszystkie książki się bezwarunkowo podobały. Nie miałabym na co zrzędzić.
        Będę więc czekać na bilans po lekturze „Kroniki”. Ja jeszcze jej nie tknęłam, więc nie wiem czy bardziej podobna do „Norwegian wood” (ta pozycja wydała mi się wyjątkowa na tle reszty przeczytanej już twórczości autora, choćby przez wspomnianą przez Ciebie dość wyrazistą Midori), czy reszty do reszty biadolenia Murakamiego.
        Na razie stawiam kilo odtłuszczonego twarogu, że się nie spodoba ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s