Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera

milan-kundera-nieznosna-lekkosc-bytuKundera och, Kundera ach. A u Kundery to, u Kundery tamto, Kundera taki i owaki. No właśnie, bo zwykle jeśli już spotykałem się z nazwiskiem czeskiego pisarza (choć niekoniecznie piszącego po czesku), to zazwyczaj odbywało się to w splendorze aplauzów. Mniejszych i większych, ale jednak. I tak jakoś wryło mi się w pamięć jego dźwięczne nazwisko, zakodowało się w roli synonimu dla wysokiej jakości literatury, a moje oczekiwania narastały pomimo przekładanego z roku na rok pierwszego razu z jego twórczością. Ale nawet kiedy już miałem zdobytą (w dosyć przypadkowych okolicznościach) Nieznośną lekkość bytu na półce, to jakoś podświadomie nieśpieszno mi było do podjęcia wyzwania. Powieść przygnieciona brzemieniem oczekiwań stała smutno przez blisko cztery miesiące, bo zawsze jakaś książka brzmiała bardziej zachęcająco, aż w końcu kierowany trochę litością, a trochę już zirytowany widokiem stale tego samego grzbietu westchnąłem, wymamrotałem do siebie coś w rodzaju no dobra, zobaczymy i zacząłem czytać tego przeklętego Kunderę, który przecież wystał już swoje w kolejce i należało mu się choć minimum zainteresowania z mojej strony. Pewnie uznałem, że lepszego momentu już nie będzie. Albo po prostu chciałem w końcu odhaczyć z listy „DO PRZECZYTANIA” jednego z autorów, z którym mi nigdy nie było po drodze. Przyznaję, że mało to chwalebne, bo w jakimś sensie zmusiłem się do lektury, a to nie przystoi żadnemu książkoholikowi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłem w swoim podejściu otwarty, uległy oraz chciałem dać się ponieść lekturze, a potem chętnie dołączyć do chóru wyrażającego zachwyty Kunderą i posadzić go na tronie najważniejszych czeskich osobistości świata kultury. Niestety, ale Krecik nie da się tak łatwo strącić ze szczytu.

Mam wrażenie, że Nieznośna lekkość bytu aspiruje do czegoś więcej, niż powieść o miłości i jej trudnych momentach. Jestem tego nawet pewien i czuję, że stąpam po cienkim lodzie pisząc teraz o tej książce, bo pewnie nawet w połowie nie zrozumiałem jej głębszego przekazu, nie dostrzegłem emocjonalnego ładunku, który w sobie niesie i zabrakło mi wrażliwości, by w odpowiedni sposób przeżyć lekturę. Cóż, najwyraźniej są książki, które wprowadzają czytelnika w odpowiedni nastrój, a także książki, które należy czytać wyłącznie będąc w odpowiednim stanie ducha. Osobiście wolę pierwszą opcję, która ukazuje siłę literatury i ma realny wpływ na samopoczucie czytelnika. Posłużę się tendencyjnym przykładem i napiszę, że wolę, gdy zainspirowany jakimś fragmentem robię się głodny, niż czekać aż głód nadejdzie, by móc poświęcić się uważnej lekturze książki kucharskiej. Stąd u mnie przeczucie, że powieść Kundery należy do tej drugiej kategorii i na jej nieszczęście moje przygotowanie do lektury było niewystarczające, by docenić jej urok. Czuję, że on gdzieś tam jest, musi przecież być, ale ja go nie dostrzegłem.

Kiedy po raz pierwszy przestąpiła próg mieszkania Tomasza, zaczęło jej burczeć w brzuchu. (…) Było to straszne – stanąć przed Tomaszem i słyszeć głośne dźwięki swych wnętrzności. Chciało jej się płakać. Na szczęście Tomasz po dziesięciu sekundach objął ją i mogła zapomnieć o odgłosach swych kiszek.*

Historia w ogólnym zarysie dotyka pary Tomasza (chirurg) i Teresy (kelnerka), choć może to z mojej strony niesprawiedliwe zawężenie. Nazwijcie mnie łobuzem i ignorantem, jakoś to zniosę. Kundera podszedł do sprawy patriotycznie i za najistotniejszy element fabularnego tła wybrał burzliwy rok 1968, kiedy to miała miejsce radziecka inwazja na Czechosłowację (Rosjanie chyba nigdy już nie wyzbędą się tego przykrego nawyku, są nawet większymi łobuzami, niż ja). W otoczeniu antykomunistycznych nastrojów w Pradze między Tomaszem a Teresą pojawia się uczucie. W zasadzie to pełen zespół uczuć, nie zawsze chwalebnych i pozytywnych, ale w ogólnym rozrachunku można to chyba nazwać miłością. Największą przeszkodą na ich wspólnej drodze do szczęścia nie jest wbrew pozorom fakt, że Tomasz lubi sikać do umywalki (ponoć powszechny to zwyczaj wśród czeskich chirurgów), ale to, że jest kobieciarzem i nie potrafi zrezygnować ze swoich zasad „erotycznej przyjaźni”. W sensie, że lubi bzykać na boku (metaforycznym). Teresa jakoś to znosi, wyraża nawet milczącą zgodę, chciałaby Tomasza uratować, ale ma trudności z pogodzeniem się ze swoim losem, gdy włosy jej ukochanego roznoszą intymne zapachy innych kobiet. Łysienie właśnie nabrało jakiegoś sensu. Albo czepek pływacki.

Już kiedy miała osiem lat, usypiała, ściskając jedną swą rączką drugą, i wyobrażała sobie, że trzyma mężczyznę, którego kocha, mężczyznę swego życia. Jeśli więc teraz ściskała przez sen rękę Tomasza z taką wytrwałością, to dlatego, że od dzieciństwa to trenowała i przygotowywała się do tego.**

Taki układ powoduje, że związek między Teresą i Tomaszem nie należy do idealnych, tradycyjnych czy wyjątkowo namiętnych. Bardziej przypomina to przyzwyczajenie i przywiązanie, niż płomienną miłość, ale ona nie wyobraża sobie życia bez niego, a on po wizycie u kochanki wraca do Teresy stęskniony. Jest dosyć nieszablonowo, a to prowadzi nas do wspomnianych wyższych aspiracji Nieznośnej lekkości bytu. Pewna nielogiczność związku Tomasza i Teresy jest dla Kundery podstawą dla głębszych rozważań nad naturą ludzką. Autor chwilami porzuca opowiadanie historii, by oddać się śmiałemu filozofowaniu o siłach kierujących naszymi – ludzkimi – losami. O przypadku, czy też (jak kto woli) przeznaczeniu. O tym, co wpływa na taki a nie inny obraz naszych związków – o współczuciu, nieporozumieniach, konieczności, lęku przed samotnością. No sam nie wiem, ale jak dla mnie to jako całość wypadło dość anemicznie – wysnute wnioski do mnie nie przemawiają, chwilami brzmiały jak opinie nadętej pani z warzywniaka. Nie odnotowałem żadnej celnej i cennej uwagi, za to odnotowałem fakt, że Kundera w pewnym momencie dosyć mocno zatracił się w próżnych rozważaniach o gównie. A miałem go za prozatorskiego eleganta. Poczułem się niezręcznie i zupełnie zgubiłem koncepcję tej powieści.

Tak kartkuję teraz książkę w poszukiwaniu olśnienia. Jest w tej powieści jakiś niepotrzebny kontrast, nierówności, ciągłe odrywanie od wątków i elementy, które nijak mi do siebie nie pasowały. Dumanie Kundery w pewnym momencie zaczęło mnie drażnić i jako czytelnik czułem się szczęśliwszy z każdą chwilą, gdy wracał on do losów Tomasza oraz Teresy, do ich mało spektakularnej prozy życia, bo relacje międzyludzkie zwykle są bardziej interesujące, niż teoretyzowanie o zawartości jelita. Nie chcę być nazbyt surowy i z łatwością potrafię zrozumieć, że dla kogoś ta powieść jest ważna, ale dla mnie książka jest tym, jakie emocje wzbudzi podczas lektury i co pozostawi w mojej pamięci, a Nieznośna lekkość bytu po pierwsze dostarczyła mi tyle wrażeń, co podróż windą, a po drugie to w zasadzie już wolałbym do niej nie wracać, tylko chciałem najpierw napisać ten tekst. Być może winny takiego stanu rzeczy jestem wyłącznie ja, ale to nic nie zmienia. Teraz z czystym sumieniem mogę zacząć procedurę zapominania.

* Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu, tłum. Agnieszka Holland, W.A.B, Warszawa 2014, str. 49
** Tamże, str. 66

Reklamy

16 uwag do wpisu “Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera

  1. Mona pisze:

    Trzeba było przeczytać „Nieznośną lekkość maślanych bułeczek”. Na bank byś się zrobił głodny. A Kunderę usuwam z listy „do przeczytania”. Moje nerwy chyba by tego nie wytrzymały. Te dwa cytaty już mnie wyprowadziły z równagi. Świetny blog.

    1. Z cytatami to też wyszło pewnie nieco tendencyjnie, ale w sumie nie taki był zamiar, bo gdybym się postarał, to wybrałbym takie bardziej zniechęcające. Te dla niektórych mogą się nawet wydawać ciepłe i urocze. Nie lubię być dłużny w komplementach, więc napiszę: świetny komentarz.

  2. No nieee! Coś Ty zrobił! Kundera i jego „Nieznośna lekkość bytu” jest na mojej liście „SUPER-HIPER-DUPER obowiązkowych lektur”, tak liczyłam na olśnienie, na cud i na powalenie na kolana, a Ty mi tu piszesz o „aspirowaniu”, „kartkowaniu w poszukiwaniu olśnienia” i o „procedurze zapominania” – zrzuciłeś z piedestału książkę, która stała tam sobie tak po prostu, bo generalne zachwyty były tak wielkie, że nie miałam innego wyboru. A Ty ją zrzuciłeś :D no nic – z listy „SUPER-HIPER-DUPER” przechodzi do „DUPER”, czyli na pewno przeczytam, ale już nie pluję sobie w brodę, że do tej pory tego nie zrobiłam :)

    1. Chcesz mi powiedzieć, że udało mi się przeczytać coś przed Tobą? W takim razie otwieram szampana. Szkoda jedynie, że padło akurat na taką, powiedzmy, mniej udaną powieść, więc powód do dumy i świętowania jakby mniejszy. Oczywiście książkę powinnaś przeczytać mimo wszystko, ale na tyle na ile znam Twój gust, to raczej sobie nie wyobrażam, by Cię spiorunowała. A na piedestale nie stoi się tak po prostu – na piedestał trzeba sobie zasłużyć ;)
      PS Dzięki za wspomnienie w Tygodniu Blogowym #6. Będę potrzebował więcej szampana.

  3. O rany, czuję się teraz, jakbyś siedział w mojej głowie! I nie jest mi już tak nieswojo, że muszę wiecznie odpierać zachwycone ochy i achy. Próbowałam z kilkoma książkami Kundery, względnie najlepsze wspomnienia mam z „Żartu”, ale proza tego człowieka nigdy do mnie nie trafi, jest nadęta, przeintelektualizowana, jakaś dziwnie chłodna i sterylna. Moja profesorka od literatury czeskiej stwierdziła kiedyś, że ludzie dzielą się na takich, którzy lubią Kunderę i takich, którzy lubią Hrabala, a ponieważ całą duszą i sercem jestem w drugim obozie, nie wróżę sobie i Kunderze wielkiej przyszłości. A swoją drogą ten podział Kundera/Hrabal moim zdaniem idealnie pokrywa się z Twoim podziałem na książki, które wymagają nastroju oraz te, które nastrój tworzą.

    1. No tak, teraz sobie myślę, że słowo „nadęta” powinno się znaleźć w moich wrażeniach z lektury. Właśnie dlatego wolałem fragmenty, gdy Kundera skupiał się na codzienności Tomasza i Teresy, bo wtedy przez chwilę przestawał się wymądrzać. Tyle dobrego.
      A skoro Hrabal stoi w opozycji, to chętnie się zapoznam. Masz jakieś tytuły, które odważysz się polecić? ;)

      1. Też się podpisuję (ale nie pod podziałem na Kunderowców i Hrabalowców, mam wrażenie, że to za proste ;))! Chociaż mnie się „Nieznośna…” nie podobała z trochę innych powodów, ale ogólnie podzielam zdanie o „nadętości”, dodałabym jeszcze pretensjonalność. Poza tym mnie jeszcze irytuje, że Kundera pisze ciągle to samo, a do tego twierdzi, że to jest właściwie tak dobre, że nie sposób go przełożyć na czeski (od lat 70. nie pisze po czesku), więc sam się kiedyś, łaskawca, przełoży, jak mu czasu starczy. Ale „Żart” i jeszcze „Zdradzone testamenty” lubię. Reszty — nie. A jakie straszne są „Śmieszne miłości”! A „Księga śmiechu…”! Urgh!

      2. Odważę się polecić „Zbyt głośną samotność”, która jest mistrzostwem świata, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, które pewnie kojarzysz, też są dobre, a z nostalgicznych klimatów – całą trylogię nymburską, czyli „Postrzyżyny”, „Taką piękną żałobę” i „Skarby świata całego”. I „Wesela w domu”! I opowiadania! Czuły Barbarzyńca wydaje niedługo jego pierwszy i najsłynniejszy tom opowiadań pod oryginalnym tytułem „Pabitele” :) Ewentualnie po więcej inspiracji odsyłam do siebie: http://literackie-skarby.blogspot.com/p/u-mnie-o-hrabalu.html

        Pyza, może i proste, ale przyznasz, że Kundera i Hrabal to dwa przeciwne bieguny, i ciężko znaleźć kogoś kto zachwycałby się i jednym i drugim :)

        1. Czyli już pogrzebano poszukiwania dobrego tłumaczenia na „pabitela”? No, ale to fajnie, że wychodzą :).

          Właśnie nie wiem, wydaje mi się, że sporo osób zaczynających przygodę z literaturą czeską czyta i Hrabala, i Kunderę, i niekoniecznie od razu dzieli się na obozy. Sama znam kilka osób, które czytują i jednego, i drugiego. Poza tym sam Hrabal się tak znowu od Kundery nie odcinał, nie pamiętam już gdzie, ale chyba w którejś z późnych książek, jest taka piękna scena, jak narrator hrabalowski opisuje sobie pięknego Kunderę przed 1968, jak spaceruje po Moście Karola ;). Trochę złośliwie, ale trochę i z sentymentem.

          1. Pogrzebano, i moim zdaniem lepiej, bo na to określenie nie ma dobrego tłumaczenia :) A tak może przyjmie się w końcu w języku polskim i będzie od razu wiadomo, o co chodzi. I że Hrabal.

            Nie wnikam, jaki panowie mieli do siebie nawzajem stosunek :) Chodzi mi tylko o to, że ich pisarstwo jest z zupełnie innych planet. A czytać i czytać z zachwytem to nie do końca to samo :) Ale nie upieram się przy tym podziale, faktycznie uogólnienia z reguły nie są dobre. U mnie w każdym razie się sprawdza ;)

            1. Wiesz, ja jestem zawsze podejrzliwa, jeśli chodzi o podziały ;). Nawet jeśli sama zasadniczo za Kunderą nie przepadam, to nadal jestem podejrzliwa, bo coś to jest za proste — zwłaszcza, że to jest taki podział za mało czeski, za bardzo polski, bo to u nas chyba dwaj najbardziej znani pisarze, ale to nie oznacza, że w ogóle jedyni ;).

    2. Jacek pisze:

      Hmm… Ja właśnie bardzo lubię i Kunderę, i Hrabala. Teraz czuję się cokolwiek nieswojo.
      W każdym razie u Kundery lubiłem właśnie to „wymądrzanie się” – zupełnie nie szukałem u niego fabuły, ona była dla mnie zwykle masełkiem na tej literackiej kanapce, a prawdziwą szyneczkę stanowiły dla mnie wtręty filozoficzne. (Oczywiście zależy od lektury, o ile np. „Śmieszne miłości” były chyba mocno fabularne jak na niego, o tyle im późniejsza książka, tym bardziej filozoficzna, niż fabularna czy polityczna).
      Ostatecznie u Kundery chyba ceniłem to, że jakoś stymulował mój mały rozumek do myślenia. Być może to też kwestia tego, kiedy się trafia na danego autora – ja trafiłem dość wcześnie, więc może jeszcze nie miałem zbytniego doświadczenia z myśleniem i stąd jak najlepsze wrażenia. Aż sobie odświeżę.

  4. Gall Anonim pisze:

    To ja ci powiem tylko, że film w reżyserii Kaufmana wg niektórych, jest dużo lepszy niż książkowy oryginał. Film oglądałam kilka razy na przestrzeni lat i nigdy mnie nie zmęczył. Dlatego do książki nie sięgam, bo po co sobie psuć wrażenie. Są książki dla których ekranizacja oznacza profanację, przypadki kiedy film nigdy nie doścignie książki – „Mistrz i Małgorzata”, i na odwrót, powstaje super film na bazie średniej literatury np. „Tańczący z wilkami”. Dwie szanse, jak nie w druku to czasem w kinie się uda; czasem historia, nie zabłyśnie, bez odpowiedniego decorum i narzędzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s