Drach – Szczepan Twardoch

drachSłowniki podpowiadają, że drach jest regionalizmem znaczącym tyle, co latawiec, tudzież łobuz. Brzmi mało imponująco, to prawda, ale kiedy zagłębimy się w etymologię, zaczyna nabierać większego sensu i zdecydowanie większych rozmiarów. Wywodzące się z języka niemieckiego słowo Drache budzi już bowiem należny szacunek, bo trudno, żeby smok nie robił wrażenia. I w tych legendarnych stworzeń upatrywałbym genezy tytułu powieści Twardocha, o czym dosyć jednoznacznie wspomina stary mistyk i szaman Pindur w jednej ze swoich natchnionych przemów. Przywołany wprost z proroctw smok jest bowiem wszystkim i niczym jednocześnie: jest doskonałym obserwatorem (grecki drakan znaczy bystrooki), jest żywiołem oraz ziemią, po której stąpają bohaterowie i w której ostatecznie zostają pochowani. To doskonałe ucieleśnienie wszystkowiedzącego, bezstronnego narratora i taką też rolę spełnia w powieści, przemawiając najczęściej z perspektywy oraz głosem śląskiej ziemi nieustannie drążonej i rozsadzanej kopalnianymi szybami – ziemi wielokrotnie w historii dzielonej granicami państwowymi, zaś jeszcze częściej przecinanej torem lotu licznych pocisków oraz ostrzami bagnetów. A przecież mówimy tutaj raptem o niewielkim skrawku terenu w okolicach dzisiejszych Gliwic i Rybnika – rodzinnych stronach autora. Jeśli ktoś w związku z ciasnotą przestrzeni martwi się o stagnację i brak urozmaicenia, to uspokajam: Twardoch jako pisarz ma na swoich usługach coś znacznie potężniejszego, niż zwykłe pole powierzchni. Ma czas. Ma wszystkie te lata i dekady burzliwych dziejów, które łączy jedno miejsce: śląska ziemia właśnie. Nie będę dalej gmatwał, bo za chwilę sam się pogubię we własnym przekazie.

Josef Magnor wraca z wojny w towarowym wagonie, jest maj 1918 roku. Żeni się z jedną kobietą, kocha się z inną. Jest rok 2014, a Nikodem Gemander stoi we własnym domu, który nie jest już jego domem i wstydzi się, że posiada skórzane fotele model Barcelona oraz lodówkę marki Liebherr z kostkarką do lodu oraz chłodziarką do wina, które także nie są już jego. Wymyka mu się dziewczyna, Nikodem bierze lorazepam. Josef jest pradziadkiem Nikodema: nić wiążąca ich żywoty istnieje, ale dla obu jest tak samo nieuchwytna. Wyraźnie widzi ją jedynie Drach, śląska ziemia, dla której czas jest niczym i wszystko dzieje się naraz, równolegle. Josef i Nikodem to zaledwie dwa odległe punkty, które łączy biegnąca historia, ale punkty orientacyjne oraz niezbędne, by między nimi rozpisać dzieje całego rodu. Bo Drach jest w ogólnym znaczeniu śląską sagą rodzinną, jednak całkowicie pozbawioną chronologii, gdzie czas sprowadzony jest do roli niewiele znaczącej przeszkody w opowiadaniu historii. To jakby teledysk wśród sag rodzinnych.

Wyobraź sobie dwa slajdy przedstawiające te same miejsca, ale w innych czasach, podczas innych wydarzeń i z innymi bohaterami się na nich znajdującymi. Nałóż jeden na drugi i spójrz pod światło. Dla urozmaicenia możesz dodać trzeci slajd, a co, zaszalejmy. Taka właśnie jest ta powieść: pozornie odległe czasowo chwile są sprowadzane przez Twardocha do jednego wspólnego mianownika, którym jest miejsce. Nikodem w 2014 roku jedzie swoim Land-Roverem tą samą drogą, którą prawie sto lat temu na rowerze pędził Josef Magnor, by nie spóźnić się do swojej nastoletniej kochanki. Poznane na przestrzeni stu lat postacie stale odwiedzają te same miejsca, pokonują te same trasy i przeżywają podobne namiętności, choć w zgoła odmiennych okolicznościach. Oni tego nie wiedzą, oni są ograniczeni własnym czasem na tej ziemi, ale wie to Drach, a dzięki niemu, wiemy to my – czytelnicy. Czytamy o jednym zdarzeniu i jednocześnie doświadczamy czegoś w rodzaju echa historii: wiemy, co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy w przyszłości.

Trudno mi się odnieść, na ile to wszystko, co napisałem jest zrozumiałe, ale to się świetnie składa, bo Drach również nie jest do końca przyjazny czytelnikowi. To powieść iście transowa, trudna, wymagająca czujności. Narrator ma czas za nic, błyskawicznie skacze od punktu do punktu na jego osi i nie pyta, czy nadążamy. Ale to tylko pozornie karkołomne zadanie, bo Twardochowi udało się pomimo tego zagmatwania chronologicznego stworzyć coś intuicyjnego i poukładanego jak sztućce na stole. Osobiście ani na moment nie zgubiłem się w opowiadanej historii, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest tak świetny, jak ja.

Stary Pindur nie przestaje mówić.

— Yno suchej dalyj: ziymia tyż żyje. Ziymia dychŏ, taj jak my dychōmy. Ziymia mŏ krew, to je woda, i ziymia mŏ skóra, po keryj my łażymy bez cŏłkie nasze żywobyci, jak błechy łażōm po psie, rozumisz?*

Odrębny problem może stanowić język powieści, bo w treści aż gęsto od śląskiej gwary, także tej w odmianie mocno już archaicznego „wasserpolskiego”. Oczywiście informuję o tym bardziej w ramach zalet, niż wad, bo odnajdywałem sporo przyjemności w próbach zrozumienia oraz wymówienia kolejnych charakternych wypowiedzi Josefa czy starca Pindura. W czerpaniu przyjemności z lektury dużo może pomóc także znajomość języka niemieckiego, bo ten z oczywistych przyczyn równie często gości na ustach bohaterów. Ja nie widzę w tym żadnego problemu, bo jak już wspominałem, jestem świetny i znam niemiecki na wystarczającym poziomie. Tymczasem Twardoch wcale nie zamierza innym ułatwiać sprawy, więc cała powieść jest pozbawiona jakichkolwiek przypisów, co nie znaczy, że nieczytelna, bo z sugestią oraz subtelną pomocą w zrozumieniu niemieckich wypowiedzi zwykle wkracza narrator i spisuje się w tej roli dobrze.

Wszystkie te elementy są na tyle charakterystyczne i istotne, że należało o nich dla porządku wspomnieć oraz wyróżnić. A jaki jest Drach jako powieść i pozbawiona tych ozdobników historia? Na wyobraźnię szczególnie działają losy Josefa, poczynając od jego taplania się w rudym błocie Wielkiej Wojny (tematyka I Wojny Światowej nie jest tak przeżuta i wypluta przez kulturę, jak tematyka jej młodszej siostry) i jego powrót w rodzinne strony w czasach powszechnych samosądów, kiedy to zbierała się grupka uzbrojonych mężczyzn i szła do sąsiedniej wsi, by wymierzyć sprawiedliwość na jakimś łobuzie. Jego niecodzienny romans z przeuroczą Caroline, którą był zmuszony odwiedzać przez balkon, w tajemnicy przed rodzicami dziewczyny. Wątki z tamtych czasów uderzają krwawą brutalnością i bezpośredniością. W porównaniu z Josefem, życie jego prawnuka wypada niezwykle blado, ale czego oczekiwać, skoro Nikodemowi przyszło żyć w czasie długoletniego pokoju i nie dane mu było uczestniczyć w żadnym historycznym wydarzeniu? Oczywiście Josef i Nikodem są jedynie klamrą spinającą, ale gdzieś między ich wątkami poznamy mnogość innych postaci zarówno męskich, jak i kobiecych, o których tutaj nie wspominam, bo dla przejrzystości musiałbym przy okazji narysować rozłożyste drzewo genealogiczne.

Niemniej prawdą jest, że Drach cierpi na zauważalne wahania formy: wydarzenia bliższe czasom Josefa są zwykle ekscytujące i wciągają jak odkurzacz, natomiast tematy dotykające Nikodema nieco nużą bezczynnością oraz dziwnie znajomym nam wszystkim trybem współczesnego, względnie bezpiecznego życia. Jednak dzięki takiej a nie innej narracji, te wątki przeplatają się na tyle zgrabnie i płynnie, że pewna równowaga została zachowana i raczej nie przyśniemy podczas lektury. Ogólnie mówiąc, jest lepiej, niż dobrze. Bo to przecież nie wina Nikodema, że jego historia nie porywa tak, jak robią to burzliwe dzieje Josefa. Kontrast między momentami w historii jest znamienny i uderzający, a bezbarwność współczesnej codzienności dotyczy nas wszystkich, skoro przyszło nam żyć w tych mniej ciekawych czasach.

* Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 132

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Drach – Szczepan Twardoch

  1. Wahania formy u Twardocha są i to nie tylko „lokalne”. Długo nie chciało mi się brać z Morfinę i Dracha po zbiorku opowiadań Tak jest dobrze, w którym autor IMO przekroczył rubikon manieryzmu i nadmiaru środków stylistycznych. Trochę mu tego zostało w Morfinie (irytowały mnie jednak te ciągłe powtórki wyrazów w zdaniach i wracanie w fabule do rzeczy już powiedzianych), jest i w Drachu (ale ze względu na baśniowość – pasuje), więc Twardoch chyba dojrzewa jak wino. Bardzo lubię jego bohaterów, którzy są tak naturalistycznie ludzcy, że stanowią miły kontrast do nieco kopniętego realizmu okoliczności przyrody (te halucynacje, opowieści szurniętych dziadków, terapia długiego snu). Odrobina nierzeczywistości w Morfinie i Drachu jest świetna, ale wcześniejszy Twardoch, „fantastyczny”, jest za ciężki i prawie grafomański. Po ostatniej jego książce mam wrażenie, że tego balastu ubywa. Jestem mocno ciekawa co by wyszło, gdyby Twardoch przestał skakać po książkowej czasoprzestrzeni jak schizofrenik, poniechał sugestywnych ale nieco kiczowatych powtórzeń na obszarach dwuzdaniowych, wprowadził klasyczny porządek narracyjny – myślę, że to nie byłaby zła kastracja, bo Twardoch ma w swoim pisaniu coś, co trzeba najpierw obtłuc z niepotrzebności i poczekać aż się zrobi wytrawne.
    Nie wiem dlaczego teraz i tutaj, ale naszło mnie mocno, żeby polecić Ci Potoroczyna i Ludzką rzecz.

    1. Niestety, jestem pod względem znajomości z Twardochem nieco upośledzony, bo Morfina była naszą pierwszą stycznością, na tyle udaną, że naturalnie na drugą randkę zaprosiłem Dracha. Co prawda od długiego czasu na liście do przeczytania figuruje też Wieczny Grunwald, ale… no, jest daleko pod względem priorytetu. Morfinę mimo wszystko stawiam nieco wyżej, właśnie za większą spójność w snuciu historii, stabilność obrazu i rzadsze zakusy do skakania z wątku na wątek. W obu powieściach cenię za to chłodny, wypruty z emocji styl narracyjny, dodatkowo w Drachu bardzo podobały mi się ujęcia „zbliżeniowe”, kiedy Twardoch skupiał się na detalach w jakimś mechanizmie – mam na myśli np. rozłożony na czynniki pierwsze strzał z parabellum przy wiadomej scenie. Bardzo to filmowe zagranie, ale te fragmenty czytałem jednym tchem. Charakterystyczne powtórzenia owszem, zauważyłem i nie jestem ich fanem, ale też nie irytowały mnie w ogóle. Przed Twardochem jeszcze wiele lat pisania, więc może doczekamy się paru eksperymentów narracyjnych z jego strony i może zobaczymy go w innej stylistyce. osobiście chętnie zaproszę go na kolejna randkę.
      Potoroczyn zapisany, brzmi zalotnie. A Tobie Kocie i Twojej Ani dziękuję za treściwy komentarz.

  2. Dracha mam w planach, tylko ciężko przeczytać wszystko, gdy planuje się tyle pozycji. Na razie tylko raz konfrontowałem się z Twardochem w „Wiecznym Grunwaldzie”, ale byłem bardzo usatysfakcjonowany

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s