W kleszczach lęku – Henry James

W.kleszczach.lekuLubicie te wszystkie filmowe dreszczowce i horrory, gdzie psychopatyczny i często zamaskowany morderca najpierw z ukrycia znęca się nad nieświadomymi ofiarami, a potem po kolei je zabija w mniej, lub bardziej wyrafinowany sposób, popisując się przy tym swoją wyobraźnią w metodach uśmiercania? No wiecie, te wszystkie grupy bezczelnych nastolatków, które trafiają do opuszczonego domostwa, schroniska, nawiedzonego lasu, na wyspę. Zbieranina, wśród których zawsze znajdzie się szkolny osiłek i buc (koniecznie w kurtce lokalnej drużyny futbolu amerykańskiego), jeden brzydki kujon, kilka atrakcyjnych i piersiastych nastolatek (plus jedna lesbijka), oraz Murzyn. Ten zwykle ginie jako pierwszy, w ramach rozgrzewki, taka to już klisza. A na końcu przeżywa tylko filigranowa blondynka, z gardłem zdartym od panicznego krzyku, wołania o pomoc oraz zgrabnymi nogami bolącymi od ciągłego uciekania i potykania się o przeszkody w postaci porzuconych: mebli, korzeni, pozbawionych głowy zwłok kolegów. No właśnie. Jeśli lubicie, to mam złą informację: żadnego z tych elementów nie ma w powieści Henry’ego Jamesa. I błyskawiczna poprawka: jest pewne imponujące domostwo, ale poza tym brak zbieżnych elementów. Uznajmy więc, że jeśli jesteście po prostu fanami domów, to czujcie się zaproszeni.

No dobrze, mamy już dom, czyli miejsce akcji. Potężna chałupa gdzieś na uboczu, w domyśle osadzona czasowo jeszcze w dziewiętnastym stuleciu (powieść pierwotnie ukazała się w 1898 roku i w związku z tym trudno ją określić nowością wydawniczą). Zamiast grupy nastolatków do pięknego domostwa przybywa nowa guwernantka, której zadaniem będzie próba (trafne słowo) wychowania i opieka nad dwójką kilkuletnich dzieci – dziewczynką Florą oraz jej nieco starszym bratem Milesem. Szybko okazuje się, że rodzeństwo jest mocno specyficzne i nie do końca wiadomo czy bardziej upiorne, czy raczej upośledzone umysłowo. Wystarczy wspomnieć, że ich wuj i jedyny żyjący krewny wyniósł się z dworu zostawiając szkraby pod opieką służby i wydaje się nieszczególnie interesować przebiegiem ich dorastania. Nowa guwernantka początkowo jest zachwycona dzieciakami. Flora to taka mała, urocza dama, natomiast Miles wysławia się z niezwykłą jak na swój wiek erudycją i zdarza mu się arystokratycznie wymądrzać.

Ale w czym tkwi natura tytułowych kleszczy lęku (choć tytuł oryginału nic o nich nie wspomina)? Po części w szablonowych współcześnie niuansach. W poczuciu guwernantki, że jest gdzieś z cienia obserwowana i rzeczywiście – kilka razy bohaterce udaje się przyłapać pewnego rudzielca na przyglądaniu się jej. Nie byłoby w tym nic przerażającego, gdyby nie istotna informacja, że ów rudy osobnik jest od dłuższego czasu martwy. Duchy! Poza tym, w nocy na korytarzach niesie się echo płaczu niemowlaka, choć od wielu lat żadnego w tych ścianach nie było, a gdy leżymy w łóżku słychać ciche kroki za drzwiami naszego pokoju. Kiedy zbierzemy się na odwagę i z lichą świeczką ruszymy w rekonesans po ciemnych komnatach dworu, spotkamy tam zjawy. Ot, nic wyszukanego, klasyka subtelnego straszenia, ale po pierwsze trzeba być wyrozumiałym biorąc pod uwagę rok pierwszego wydania powieści i metody straszenia w tamtych czasach, a po drugie zdaję sobie sprawę, że nie na to James kładzie nacisk i nie w tym leży siła W kleszczach lęku.

Bo wbrew pozorom te wszystkie wymienione w poprzednim akapicie patenty na wywołanie niepokoju nie pojawiają się w powieści często, ich występy są wręcz gościnne. Cały impet i ciężar historii przeniesiony jest na psychologiczną naturę strachu, na próby rozpoznania i opisania mechanizmów działania lęku, a nasza guwernantka po spotkaniu ze zjawą zamiast nakryć głowę kołdrą zaczyna rzecz zimno analizować i filozofować na ten temat. Sam nie wiem, może kogoś to wyjątkowo kręci, ale mnie nieszczególnie i często przyłapywałem się na tym, że mnie jej kocopoły najzwyczajniej nudziły. W moim odczuciu zabrakło zdrowej równowagi między choćby najbardziej subtelnymi wydarzeniami a suchym wewnętrznym monologiem bohaterki. Nie czułem zainteresowania, nie ugiąłem się pod siłą argumentów i nie udało się mnie przekonać do sensowności tych wywodów. Nie przemawia do mnie również teoria, że całość obrazuje stopniowe popadanie przez guwernantkę w obłęd. Nazwijcie mnie zgredem, zrzędą i ignorantem, ale zdania nie zmienię, jestem stracony, ale przynajmniej nie jestem cykorem!

Nie sposób natomiast odmówić Jamesowi kunsztu pisarskiego, bo jego styl budzi pewien podziw, nawet we mnie, pomimo sceptycznego zastawiania do tematyki powieści. I chyba jedynie maestria autora i mój fetysz otaczania się słowami trzymał mnie w jako takim skupieniu przy lekturze. Pisarz zręcznie operuje wyszukanymi formami, z gracją buduje zdania i na płaszczyźnie czysto językowej oraz stylistycznej nie można mu niczego zarzucić. Po prostu nie pasuje mi do niego gatunek gotyckiego horroru, nawet z przewagą jego psychologicznych aspektów.

Stale obiecuję sobie, że nie sięgnę więcej po literaturę grozy, bo zwykle czeka mnie rozczarowanie. A potem znowu podejmuję się beznadziejnej próby i znowu muszę przyznać się do niewrażliwości na literackie sposoby straszenia czytelnika. Niestety – niewiele czułem podczas lektury W kleszczach lęku. Nawet w starciu z pojedynczymi fragmentami, kiedy gdzieś podskórnie coś zaczynało we mnie dygotać natychmiast pryskało, gdy guwernantka zaczynała swoje rozważania natury psychologicznej. Tak naprawdę to większy lęk czasami czuję stojąc w kolejce na poczcie i obserwując staruszkę, która gotowa jest wystartować, by mnie nieuczciwie wyprzedzić w drodze do okienka. Ja tylko po druczek, mówi. Na niebie pojawia się błyskawica, słychać grom, dreszcz przebiega mi po plecach. Taaak… to jest warte powieści, albo przynajmniej nowelki.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “W kleszczach lęku – Henry James

  1. Gracja – to bardzo trafne określenie stylu Jamesa (o ile mogę sądzić po przeczytaniu jego dwóch powieści).
    Ja też po horrory sięgam bardzo rzadko, a jeśli już, to raczej po klasykę. I tak na przykład dekadę temu „Smętarz dla zwierzaków” Kinga zdołał wzbudzić we mnie jakieś takie nieprzyjemne uczucia i strach przed ciemnością – co prawda na krótko:). Nie wiem, jak tę powieść oceniłabym dziś, ale wtedy mi się podobała.

    1. Ja tam Jamesa bym chętnie widział w jakiejś imponującej epopei rodzinnej, potraktowanej z rozmachem i z należytą uwagą pociągniętymi wątkami. W czymś obszernym, nieśpiesznym, w jakieś pięknej historii wymagającej czasu i zaangażowania.
      King mnie trochę przeraża tempem wydawania powieści. Wydaje mi się to wręcz nieludzkie – jeden człowiek nie jest w stanie pisać tyle i utrzymywać jednocześnie formę oraz poziom. Podejrzane, nie ufam mu jako czytelnik ;)
      A tak poważnie, to kiedyś czytałem jego „Grę Geralda” i zrobiła na mnie nawet wrażenie, ale wtedy miałem naście lat i już sam fakt, że przeczytałem w ogóle w całości jakąś książkę robił na mnie samym wrażenie.

      1. Twórczość Knga znam słabo, tylko kilka powieści, w dodatku tych starszych, ale wszystkie miały ten charakterystyczny dla tego autora klimat, a ja to lubię:).

  2. Oglądałam adaptację filmową tej powieści z 1961 roku i była całkiem znośna. Po książkę jednak raczej nie sięgnę…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s