Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

Tokarczuk_KsiegiJakubowe_m„Gdyby ludzie umieli zachować swoją wiedzę o świecie, gdyby potrafili ją wyryć w skale, w kryształach, w diamencie i przekazywać w ten sposób swoim następcom, może świat wyglądałby zupełnie inaczej. Cóż nam z tak kruchego tworzywa jak papier? Cóż nam z pisania książek!?[1]”

To są najpiękniejsze momenty w życiu czytelnika. Mam na myśli chwile, kiedy uświadamia on sobie, że trafił na kolejną perłę wśród powieści. Bo na tym to wszak polega: na stałym i niestrudzonym poszukiwaniu kolejnych wspaniałych książek; na syceniu tego niezaspokojonego głodu wielkiej literatury, kiedy po skończonej uczcie z literek klepiemy się z zadowoleniem po brzuszku, jednocześnie zdając sobie sprawę, że uczucie przepełnienia z czasem minie i znów ruszymy na poszukiwanie czegoś wielkiego do skonsumowania. I szukamy, i przebijamy się przez przeciętność, przez wysoki, ale nie wybitny poziom, aż docieramy do kolejnej pod jakimś względem wspaniałej powieści, uzależniającej, pochłaniającej. Procedura się powtarza, książka się kończy, ale w nas na zawsze pozostaje jakiś ślad po niej – sentyment, skojarzenie, cytat, resztka. Po jakimś czasie niby przypadkiem natrafiamy wzrokiem na jej grzbiet pyszniący się na półce i wspomnienia odżywają – cicho, ale uparcie strzelając nam w głowie niczym ugniatana palcami folia bąbelkowa. Po to czytamy, po to też zostawiamy pod ręką najlepsze książki i nie chcemy się z nimi rozstawać. Być może trochę naciągam swoje wrażenia, bo nadal nie jestem w stu procentach przekonany, czy Księgi Jakubowe są dla mnie tym, czym się w tej chwili wydają: powieścią, którą na stałe wpiszę w kanon swoich najważniejszych lektur. Czuję się nią trochę zmęczony, wymiętolony jak dół koszuli włożony w spodnie, przeżyłem w jej towarzystwie ciężkie czytelniczo chwile: fragmentami z mozołem czołgałem się przez treść, charcząc, dysząc i przysypiając ze zmęczenia pośród liter idących wolno jak na pogrzeb. Z drugiej strony miałem świadomość, że jawną niesprawiedliwością byłoby odpuszczenie lektury i zlekceważenie sześciu lat pracy autorki. Ostatecznie zawdzięczam Księgom Jakubowym niełatwe, ale też niezwykle wyraziste chwile spędzone przy czytaniu, stąd moje rozchwianie i niejednoznaczne uczucia. Mam za sobą trudny literacko romans, jestem rozstrojony, więc należy mi się chyba jakaś taryfa ulgowa?

– Ja gdziekolwiek w świecie swoją stopę postawiłem – mówi Moliwda – tam widziałem, że może i Bóg jest jeden, ale sposobów wiary weń mnóstwo, liczba nieskończona… W wielu różnych rodzajach butów można iść do Boga…[2]

Źródła historyczne twierdzą, że był sobie kiedyś pewien dżentelmen najszerzej kojarzony pod imieniem i nazwiskiem Jakub Frank (1726-91). Postać mocno kontrowersyjna, ale jednocześnie niezwykle barwna. Zależy od punktu widzenia: dla jednych pretendent na Mesjasza, dla innych kandydat do poćwiartowania i rytualnego spalenia w związku z szerzonymi przezeń herezjami. Żyd, który postanowił przejść na wiarę chrześcijańską, wcześniej zaliczając przygodę z islamem, bo podania mówiły, że tylko w ten sposób można dostąpić całkowitego oświecenia – poprzez branie z każdej religii tego, co najlepsze. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak bardzo to się nie spodobało ortodoksyjnym Żydom i do jak definitywnego rozłamu wśród nich to doprowadziło? Jednak Frank to wielki charyzmatyk zdolny do pociągnięcia za sobą i swoją ideą tłumów, twórca jednej z najbardziej intrygujących doktryn w historii – frankizmu. Założyciel sekty i komuny żydowsko-chrześcijańskiej skupiającej w swoich szeregach bezgranicznie oddanych swojemu guru wyznawców. Z mniej wyniosłych cech Jakuba można wymienić, że jako młody i przystojny kupiec lubił bzykać żony, których mężowie wyjechali w interesach, a z braku lepszych okazji potrafił zadowolić się także swoim młodszym pomocnikiem. No i ssać cycuszki też uwielbiał.

Jakub Frank był osiemnastowiecznym Odyseuszem – stale w drodze, nieustannie w poszukiwaniu domu. Smyrna, Saloniki, Rohatyn, Kamieniec, Lwów, Warszawa, Częstochowa, Wiedeń. Nigdzie nie zagrzał miejsca wystarczająco, za to uwielbiał grzać się pod pierzyną o ciała różnych kobiet (która by nie chciała z Mesjaszem), co w dużym stopniu zapewniały mu zasady wspólnoty, której był przecież założycielem i dyktatorem: komuny, gdzie wspólne były nie tylko finanse, ale i kobiety, a dzieci miały wielu ojców. Chcąc jednak oddać Jakubowi sprawiedliwość trzeba dodać, że z jego żoną inni mężczyźni też mogli obcować. No i organizowano czasem ceremonie, w których naga kobieta stała w okręgu nagich mężczyzn, a ci podchodząc do niej kolejno brali w usta jej pierś. Dziwactwo, ale w sumie wypada chłopom pozazdrościć.

To zaledwie ułamek wątków, które w Księgach Jakubowych porusza autorka. Schodząc trochę z tematyki wielkiej wagi historycznej na elementy subtelne i przemiłe detale, wypada zaznaczyć obecność fragmentów traktujących o: losie biskupich insygniów zastawionych u Żydów, „młynażu co miele monke”, o pewnej komecie, o kapturkach z jelita baraniego na męskie przyrodzenie, o Żydach pijących krew chrześcijan, o wiedeńskich lalkach, o figurkach z chleba, o przemykających gdzieś w tle Mozarcie i Giacomo Casanovie, czy wreszcie o Jencie, która umarła, ale nie do końca. Choć akurat Jentę wypadałoby wpisać w poczet istotnych i licznych postaci drugoplanowych, między innymi wraz z księdzem Benedyktem Chmielowskim – twórcą pierwszej polskiej encyklopedii, bardziej znanym z autorstwa frazy „koń jaki jest, każdy widzi”. Wokół Jakuba Franka orbituje wiele świetnych postaci, których bezduszne wymienianie tutaj nie ma większego sensu, więc poznawanie ich pozostawię każdemu czytelnikowi we własnym zakresie.

– (…) Niech kuzynka popatrzy, Polska to kraj, gdzie wolność religijna i nienawiść religijna w równym się stopniu spotykają. Z jednej strony Żydzi mogą tu praktykować swoją religię, jak chcą, mają swoje swobody i sądownictwo własne. Z drugiej zaś nienawiść do nich jest tak wielka, że samo słowo „Żyd” jest w poniewierce i dobrzy chrześcijanie używają go jako przekleństwa.[3]

Olga Tokarczuk przy tworzeniu Ksiąg Jakubowych posłużyła się szkieletem historycznych faktów, a puste miejsca i luki wypełniła przy pomocy swojej wyobraźni, zmyślając i dopowiadając wiele wątków. Wyszła z tego swoista powieść historyczna, ale nie do końca, bo sklasyfikowanie tego dzieła jedynie w tej kategorii byłoby dla niego ujmą. Niezwykle ciekawie prezentuje się w powieści obraz ówczesnej Polski tuż przed, a następnie w trakcie rozbiorów. Polski, która nie istniała w zasadzie jako stabilne państwo, obejmując jedynie egoistyczne interesy i wpływy największych rodów szlacheckich, bez myśli o wspólnym dobru. To był kraj wielokulturowy, kolorowy, zupełnie nie przypominający w niczym jednolitego narodu, teren z umownymi granicami, zasiedlony przez rozmodlone społeczeństwo pełne uprzedzeń i zabobonów. Społeczeństwo boleśnie rozdarte między trzy religie i kilka różnorodnych języków, całkowicie pozbawione własnej tożsamości narodowej. Wyjątkowo intensywnie czuć w Księgach Jakubowych ten specyficzny ciężar historyczny i wagę dziejową opowiadanej historii.

Z ogólnego braku lekkości wynika największa trudność podczas lektury dzieła Olgi Tokarczuk. Już od początku niełatwy do opanowania jest chaos wątków i istny festiwal postaci do spamiętania: uszeregowania imion i nazwisk najpierw żydowskich, potem zamiennie stosowanych z tymi chrześcijańskimi; uważnego prześledzenia gałęzi drzewa genealogicznego wielopokoleniowych rodzin. Stawiam drinka z palemką każdemu czytelnikowi, który do końca i intuicyjnie połapie się w tym, kto jest kim. Jest w tej powieści jakiś nieokreślony tłok, duchota i ciasnota – ciężka atmosfera, która niektórych może przygnieść. Daleki jestem od zaklasyfikowania tego jako wady – nie teraz, gdy jestem już po lekturze. Dla odciążenia i zabicia monotonii stylu autorka posiłkuje się rozmaitymi środkami przekazu, zaciąga do pomocy odpowiednie perspektywy, wciela do swojego orszaku nawet zmarłych (no, prawie) i podporządkowuje im narrację. Nie wypada mi zbyt dogłębnie zapuszczać się w analizę intencji Olgi Tokarczuk, znam swoje miejsce w szeregu, ale jednocześnie doceniam kolosalną pracę i poświęcenie włożone w stworzenie Ksiąg Jakubowych.

Bez wątpienia warto również wspomnieć o kapitalnym i dość niecodziennym wydaniu książki. O jej atrakcyjnej warstwie artystycznej: stronach ozdobionych rycinami, podziałem na księgi i numerację stron będącą ukłonem w stronę ksiąg hebrajskich. Doprawdy, niewielkim kosztem udało się uzyskać wyjątkowy efekt.

– Czy to wszystko prawda? – zapytała go kilka lat potem piękna i utalentowana Maria Szymanowska, z domu Wołowska, pianistka, gdy spotkali się w Niemczech.
Stary już Julian Brinken, pisarz i oficer najpierw pruski, potem napoleoński i w końcu Królestwa Polskiego, wzruszył ramionami:
– To jest powieść, droga pani. Literatura.
– Więc co to znaczy? – dopytywała się pianistka: Prawda czy nieprawda?
– Wymagałbym od pani jako artystki, by nie myślała pani w sposób właściwy ludziom prostym. Literatura to szczególny rodzaj wiedzy, to… – szukał odpowiednich słów i nagle w usta wpadła mu gotowa fraza: – …doskonałość form nieprecyzyjnych.
Zmieszana Szymanowska umilkła.[4]

Milknę i ja. Idę się poklepać po brzuszku, bo uczta skończona.

[1] Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 36
[2] Tamże, str. 244
[3] Tamże, str. 527
[4] Tamże, str. 29

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

  1. Wymiętolenie po lekturze i zachwyt bezbrzeżny – te same wrażenia :) Tego się nie czyta, to się pożera, pochłania, a potem takie opętanie nadmiarem wspaniałości. Aż chciało mi się wiecej! A podobno niektórzy marudzili, że przesyt, próbowali krytykować. Ta powieść to PERŁA-olbrzymka. Jeden z bardzo bardzo dużych buków. I na pewno do niej wrócę pewnego dnia, żeby odkryć na nowo. :)
    Mniam, mniam, było pysznie.

    1. Ale jestem w stanie zrozumieć, że ktoś może mieć wrażenie przesytu, a nawet, że ktoś inny mógłby chcieć krytykować Księgi Jakubowe. Moje odczucia również balansowały niebezpiecznie na cienkiej granicy, ale w tym przypadku wszystko skończyło się dobrze – udało mi się wygłuszyć negatywne wnioski, a z czasem całkowicie o nich zapomnieć. Sam nie wiem, czemu to zawdzięczam. Wydaje mi się, że to cholernie ryzykowna powieść, jeśli chodzi o polecanie jej znajomym, szczególnie tym mniej oczytanym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s