Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński

polaroidy-z-zagladyEj, ale dobra zagłada ludzkości nie jest zła. Każdy z nas potrafiłby z marszu wymienić co najmniej kilka osobistych problemów, które same by się rozwiązały w przypadku takiej czy innej apokalipsy. To prawda, że w zamian doszłyby inne, ale nie ma co się martwić na zapas. Było już bez liku powieści traktujących o szeroko pojętym wyludnieniu świata: zarazie, katastrofach naturalnych, skażeniu środowiska, najazdach kosmitów, mutantów, zombie, Tatarów, starych ludzi na promocję Crocsów i karpia w Lidlu – w zasadzie każdy temat da się przerobić na doszczętną zagładę i pisarze ochoczo z tego korzystają. Nie wiem czy się zgodzicie, ale rozróżniam dwie szkoły pisania o unicestwieniu człowieka i jego świata. Pierwsza proponuje wartką akcję, nieustanną walkę z zagrożeniem, najczęściej jasno sprecyzowanym, dużo krzyku, krwi, narzędzi mordu i ofiar. W tym temacie brylują szczególnie historie z zombie w tle, bo to takie urocze stworzenia, wręcz idealne do roli kuchennego stojaka na noże, tasaki, maczety. Drugą szkołą jest podejście nieco bardziej kameralne i pozbawione ozdobników – skupienie się na tragedii jednostki, jej samotności w obliczu epidemii, prozaicznych i codziennych czynności, sporadycznie przetykanych żywszymi wydarzeniami. Czyli coś bardziej dla duszy (też tej czytelnika), niż ciała. I o ile dziełom z pierwszej kategorii rzadko udaje się wspiąć ponad poziom udanego czytadła, tak powieści sklasyfikowane w tej drugiej grupie często mają ambicję na „coś więcej”. Droga McCarthy’ego coś komuś mówi? A Gwiazdozbiór psa Petera Hellera? Tak na marginesie dodam, że jest jeszcze trzecia szkoła apokalipsy, dopiero raczkująca, która reprezentowana jest przez liczne filmiki na Youtube z mrożącymi krew w żyłach, iście dantejskimi scenami na promocjach w supermarketach. Zupełnie jakby zagłada była już za nami, a pozostało plądrowanie w poszukiwaniu pożywienia i innych dóbr pierwszej potrzeby. Z tego co mi wiadomo żaden literat jeszcze nie podjął się tego tematu, ale to tylko kwestia czasu. A do której szkoły post-apo spakujemy tornister i poślemy Polaroidy z zagłady?

Nie będę trzymał w niepewności i zdradzę, że Paweł Paliński wspinaczkę na wzgórze tematu podjął od tej stromej ściany – strony ambitnej, gładkiej, za jedyny punkt oparcia mając bohaterkę (aż jedną) i jej psychikę. Teresie Szulc dziwnym trafem udało się przeżyć zagładę, której przyczyny pozostawię w tajemnicy przede wszystkim dlatego, że sam ich nie znam (to ułatwia mi trzymanie języka za zębami). Wygląda więc na to, że nasza Teresa pozostała jedyną żywą osobą w S. – położonym nad Sanem mieście, dawniej słynnym z walcowanej stali i Festiwalu Jagód. Logika podpowiada, że powinna ona zabrać dupę w troki i się stamtąd wynieść w poszukiwaniu innych ludzi, ale Teresa ma 64 lata, jest emerytowaną nauczycielką wuefu i najwyraźniej pewne wyzwania ją przerastają, więc woli nie próbować. Zresztą po tylu latach użerania się z grubymi bachorami na wiecznym zwolnieniu z ćwiczeń to zrozumiałe, że chce trochę pobyć sama. Barykaduje się w domu, próbując po prostu przetrwać. Czyli dosyć nietypowo.

Teresa wchodzi na dach swojego domu – jej punkt obserwacyjny miasta – przykłada lornetkę do oczu i co widzi? Przede wszystkim opustoszałe ulice, błyszczące od późnojesiennego deszczu, w dalszych dniach i miesiącach pokryte brudnym śniegiem. Jego gładkiej pokrywy nie niszczy już ludzka stopa, bo po mieście kręcą się jedynie watahy bezpańskich psów, często kalekich, wściekłych, zagłodzonych i śmiertelnie groźnych w większym stadzie. Słychać jedynie warczenie i mlaskanie kundli rozszarpujących truchła innych martwych zwierząt, a także ich skowyt oraz ciche uderzenia łap podczas biegu za ofiarą. W dniach, kiedy mgła się podnosi Teresa na horyzoncie widzi płonącą hutę stali i unoszący się nad nią dym. No, czyli ogólnie nieciekawy widok, za grosz romantyzmu i nie ma za bardzo na co patrzeć, ale to wszystko co bohaterce zostało. Aha, wspominałem o czymś w rodzaju zombie od czasu do czasu pojawiającym się na ulicy? Nie? No, bo to w zasadzie nie do końca tradycyjne zombie…

Paliński narracyjnie uderza w lekko nostalgiczny ton surowego realizmu, ale dla urozmaicenia ozdabia go poetycką nutą. Treść skupia się przede wszystkim na wszelakich stanach psychicznych Teresy, jej zmaganiach z przygnębiającą codziennością: zimnem, brakiem pitnej wody, pożywienia, leków nawet na pospolite przeziębienie, czy wreszcie starością i myślami samobójczymi. Z tych opisów wyziera przejmująca samotność, beznadzieja walki jedynie o przeżycie, bo na bohaterkę nic w przyszłości nie czeka. Wygląda na to, że przegapiła optymalny moment na śmierć i teraz Teresie pozostał jedynie niezrozumiały upór w trzymaniu się życia, gdzie jej jedynym towarzystwem jest para manekinów sklepowych, a ci nie należą do szczególnie przydatnych czy rozmownych, choć ponoć doskonali z nich słuchacze. Kobieta jedynie w wyjątkowych przypadkach decyduje się na opuszczenie względnie bezpiecznego domu i te fragmenty, które nazwałbym nieco na wyrost „scenami akcji” wyróżniają się na tle reszty odczuwalnym ryzykiem oraz dawką żywszych emocji. Co ważne, są zupełnie sprawnie napisane i miałem nawet pewien niedosyt z powodu małej ich ilości, choć finał w znacznym stopniu to wynagradza.

Tak właśnie: to powieść w całości i konsekwentnie rozgrywająca się w jednym miejscu – domu Teresy Szulc. I traktująca jedynie o Teresie Szulc. Czyli właściwie całkowite minimum niezbędne do poprowadzenia opowieści. Trzeba mieć świadomość tej treściowej izolacji i wiedzieć, na co się porywa przy ewentualnej próbie lektury. Zdaję sobie sprawę, że niełatwym zadaniem jest utrzymać oraz podsycać zainteresowanie czytelnika, skoro wcześniej samodzielnie narzuciło się sobie takie ograniczone ramy, ale Pawłowi Palińskiemu się to udało. Nie żeby podczas lektury Polaroidów z zagłady towarzyszyły mi wypieki na twarzy – chwilami było lepiej, chwilami gorzej – ale doceniam sposób i styl w jaki autor się podjął wyzwania i jemu w gruncie rzeczy sprostał. Nie oczekiwałem wiele od tej powieści i z każdym dniem zacierają się w mojej pamięci szczegóły historii, ale dobre wrażenie pozostaje niezmiennie. Czyli chyba dobrze?

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s