Miasto Śniących Książek – Walter Moers

miasto-sniacych-ksiazekKsiążkoholicy są w różnym stopniu zachwyceni, bo Miasto Śniących Książek jest przeuroczym hołdem dla ich uzależnienia. I nawet jeśli nie są gotowi dla tej książki zabić, ani choćby zgwałcić, to zawsze doceniają sam pomysł na nią. Ale po kolei, bo trochę z rozpędu wyskoczyłem przed szereg i najwyraźniej zdradziłem zbyt wiele i zbyt szybko. Zacznijmy od wyjaśnienia, że choć Walter Moers dumnie figuruje jako autor powieści, to jednak szybko okazuje się, iż jest on wyłącznie pierwszym tłumaczem, który z poświęceniem przełożył dla nas opowieść z języka camońskiego (nie pytajcie) i opatrzył ją dodatkowo ilustracjami. Natomiast jedynym słusznym autorem Miasta Śniących Książek jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów – bohater i zarazem narrator historii, reprezentant rzadko u nas spotykanego gatunku pokojowo nastawionego ni to smoka, ni dinozaura. Gdybyśmy chcieli go poznać, musielibyśmy udać się czym prędzej do Camonii, fantastycznej krainy, która znajduje się gdzieś TAM. Czyli nie ma co liczyć na autorskie spotkanie w Empiku. No, mam nadzieję, że nadążacie. W momencie kiedy mamy okazję go poznać, Hildegunst jest początkującym poetą i jak każdy początkujący poeta ma nadzieję kiedyś awansować na słynnego poetę, a być może nawet legendarnego poetę. Tymczasem w jego pazury wpada pewien anonimowy rękopis zawierający próbkę literatury tak dobrej, że wręcz idealnej. Hildegunst (i nie tylko on) na przemian płacze oraz śmieje się podczas lektury, żywo gestykuluje, emocjonuje się i w pełnym uniesieniu postanawia odszukać tajemniczego autora rękopisu – prawdopodobnie najwspanialszego poetę w Camonii. Trop wiedzie do Księgogrodu.

– Szukam kogoś – powiedziałem
– Acha. Wydawcy?
– Nie. Poety.
– Nazwisko?
– Nie znam.
– Co napisał?
– Nie mam pojęcia.
– Jak wygląda?
– Nie wiem.
– Acha. Jak widzę, depcze mu pan już po piętach – Harfenstock zaśmiał się jowialnie.¹

A Księgogród… No, Księgogród to istne spełnienie mokrych snów każdego książkoholika. Widuje się niekiedy zdjęcia przepięknych bibliotek wypchanych aż po wysoki sufit regałami, a na półkach tysiące, dziesiątki tysięcy książek. Chciałoby się dotykać ich grzbietów, mieszkać tam, jeść, spać, kochać. W pewnym sensie porno dla każdego fetyszysty czytania. I Księgogród właśnie taki jest, tylko bardziej. Całe miasto wypełnione po brzegi wszelaką literaturą i jej fanatykami, pękająca od antykwariatów metropolia, gdzie największym i w zasadzie jedynym liczącym się dobrem jest książka. Gdyby tego było mało, dodatkowo pod powierzchnią Księgogrodu rozrasta się przepastny system labiryntów, katakumby pełne cudów i wspaniałych skarbów (bezcennych książek), ale także śmiertelnych niebezpieczeństw. To właśnie tam można spotkać Łowców Książek, tych bezwzględnych awanturników, którzy zrobią wszystko, by wzbogacić się o kolejny łup. To w katakumbach znajdują się książki, które mogą zabić – dosłownie. To głęboko pod ziemią możemy trafić na cudaczne gatunki stworzeń, prawie wszystkie śmiertelnie groźne, jak choćby Straszliwe Buchlingi. I wreszcie: to właśnie w najmroczniejszych zakamarkach labiryntu krąży Król Cieni, prawdziwy tyran i władca podziemi, ze spotkania z którym nikt nie wyszedł żywy. Pech chce, że trop anonimowego autora rękopisu zaciągnie (dosłownie) Hildegunsta właśnie pod powierzchnię Księgogrodu.

Ta powieść to po prostu jeden głęboki ukłon dla wyobraźni autorskiej, umiejętności tworzenia z niczego fantastycznych miejsc, zaludniania ich oryginalnymi bohaterami i snucia zajmującej przygody. Nie chcę przez to sugerować, że Moers to wszystko wymyślił, bo on odpowiada jedynie za przekład relacji z pierwszej łapy Hildegunsta, ani tym bardziej nie chcę też zarzucać Rzeźbiarzowi Mitów, że koloryzuje on swoją historię. Chcę jedynie zaznaczyć, że niełatwo będzie czytelnikowi uwierzyć w cuda, o których wspomina autor. Już katakumby są tak samo wspaniałe jak i niewiarygodne, a dorzućmy jeszcze do tego te wszystkie nieprawdopodobne stwory, gatunki zwierząt, książki posiadające własny charakter, odnóża i zęby. Książki małe, księgi gigantyczne, dzieła o fantazyjnych tytułach („Jak czesać kurę” i „Moje sekundy są dłuższe niż wasze włosy”) oraz powieści-pułapki zabijające czytającego na najprzeróżniejsze sposoby. Całe Miasto Śniących Książek bryka od jednego fantastycznego elementu do drugiego – zwykle jeszcze bardziej niesamowitego – więc czytelnicy twardo osadzeni w realizmie świata, w którym przyszło im na co dzień żyć albo odnajdą w sobie tę cząstkę naiwnego dziecka i pozwolą się porwać przygodzie, albo stale będą prychać i lekceważąco oraz z pretensją mruczeć pod nosem „pf, to niemożliwe, aby takie dziwy istniały! Nigdy w to nie uwierzę!”.

– (…) Nie potrafię odróżnić dobrego rękopisu od kawałka tortu. Nie chcę nawet myśleć, ile dobrej literatury miałem już w ręku, w ogóle tego nie spostrzegając. Chce pan wiedzieć, co naprawdę mnie interesuje?
– Tak – skłamałem uprzejmie.
– Cegły.
– Cegły?
– Cegły i zaprawa. Chętnie muruję. Każdego wieczoru idę do mojego ogrodu i buduję sobie mały murek z cegieł. To mnie relaksuje. Następnego ranka znowu go rozbieram. Wieczorem odbudowuję. Lubię wilgotny zapach zaprawy. Ból mięśni wywołany przez pracę. Świeże powietrze, ruch. Wspaniale się przy tym męczę i łatwo po tym zasypiam.²

Sam Moers stara się jak może, by w swoich ilustracjach wizualizować niektóre stwory, miejsca i elementy Camonii. To wielka pomoc dla niedowierzających czytelników i choć kunsztu rysunkom nie odmówię, to nieco brakowało mi w nich rozmachu i większej przestrzeni. Myślę o tym, że chciałoby się ujrzeć wyobrażenie Moersa dotyczące np. Skórzanej Groty, Pałacu Cieni, czy Dworca Rdzawych Gnomów, czyli miejsc imponujących rozmiarami i potencjalnych widokówek. Tymczasem ilustrator skupia się raczej na detalach, pojedynczych przedmiotach oraz portretach bohaterów. I te są świetne, jednak wrażenie, że Moers w doborze motywów poszedł na łatwiznę nie opuściło mnie do końca. Co nie zmienia faktu, że Miasto Śniących Książek urzeka czarującą, dopracowaną formą wizualną i po prostu zachęca do lektury.

Z tego wszystkiego można wysnuć błędny wniosek, że powieść Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów jest czymś w rodzaju baśni, więc w sumie kupmy ją naszemu małemu Filipkowi, niech przez chwile przestanie dmuchać żaby słomką i zajmie się czymś, co rozwinie go kulturalnie, a przy okazji przestanie kłapać dziobem. Niech poczyta sobie. Nic bardziej mylnego, bo o ile Miasto Śniących Książek na pierwszy rzut oka potrafi sprawiać wrażenie naiwnej opowieści dla dzieci, to w ogólności dla dzieci przeznaczona nie jest. Bywa co prawda śmiesznie, ale w ten nieoczywisty, ironiczny sposób. Co istotniejsze, bywa również zaskakująco brutalnie i pisząc to, mam na myśli: dekapitacje, podrzynanie gardeł oraz ucięte kończyny. Ktoś nie wierzył, że katakumby pod Księgogrodem potrafią być śmiertelnie niebezpieczne? Okazuje się, że pisałem poważnie.

bs-20-02-DW-Kultur-Hamburg
Hildegunst Rzeźbiarz Mitów coś czyta.

Dla kogo więc jest ta książka? Tak jak wspomniałem: dla nałogowców oraz papierowych fetyszystów, którzy perwersyjnie kochają wszystkie książki i wchodząc do okolicznej księgarni wiedzą, że nie ma takiej opcji, by wyszli z niej z pustymi rękoma. Zawsze znajdzie się jakaś książka do pomacania, powąchania, kupienia, przeczytania. Hildegunst Rzeźbiarz Mitów też jest uzależniony, więc z pewnością uda się w nim odnaleźć parę wspólnych z nami cech, mimo, że jest smokiem. Czy tam dinozaurem – nie określił się precyzyjnie. Zatem Miasto Śniących Książek to taka baśń przede wszystkim dla nich – pełna sentymentalnych odniesień oraz smaczków, powieść hołdująca czytaniu w każdej formie, we wszystkich swoich warstwach złożona z papieru, skórzanych okładek oraz głodu lektury. I choć pod względem stylu nie jest to wybitna literatura, to uroku oraz pomysłu na siebie jej nie sposób odmówić. Książkoholicy knolfną (tak, knolfną) zębami z uznaniem.

¹ Walter Moers, tłum. Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Publicat S.A., str. 74
² Tamże, str. 75

Advertisements

5 uwag do wpisu “Miasto Śniących Książek – Walter Moers

  1. Dostałam trzy lata temu w prezencie, zaczęłam nadgryzać i… musiałam odpuścić – wstyd przyznać, ale jest to jedna z chyba zaledwie pięciu powieści, które odpuściłam w ostatniej dekadzie! I dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że to taki szał i bukoholicy kochają… Nie wiem, stoi, czeka sobie na mnie – może jeszcze raz się za nią zabiorę. :)

    1. Bardzo dobrze, przyłapałem Cię na niedokończonej książce. 1:0 dla mnie. Nie wiem, czy powinienem Cię namawiać do ponownej lektury, chyba nie czuję się kompetentny, więc po prostu sobie stąd idź i wróć do tematu jak (jeśli) przeczytasz ;)

  2. Valaya pisze:

    Świetna jest też „13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia” Moersa. Tam to dopiero można kn… kl… knolfnąć.

    1. Nie wiem, nie przymierzam się szczególnie do wracania do Moersa, bo został mi jeszcze jakiś milion innych autorów, których chciałbym przeczytać. Ale ten tytuł brzmi tak głupio, że jeżeli wpadnie mi przypadkiem w dłonie, to pewnie się podejmę.

      1. Valaya pisze:

        Wpadł mi w ręce Niebieski Miś jako pierwszy i zboczenie (zawodowe) nakazywało mi co chwilę piać z zachwytu nad tłumaczeniem, a i nie raz zdarzyło mi się ze śmiechu spaść ze sofy lub z zamkniętymi oczami i „pandą” na twarzy sięgać po chusteczki do otarcia łez (też ze śmiechu). „Miasto Śniących Książek” stoi na półce i czeka, aż wygrzebię się spod stosu cudzych książek. Ale już niedługo poczeka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s