Pielgrzym – Terry Hayes

pielgrzymAch, jak się chce czasami coś męskiego zrobić! Poczuć się samcem z prawdziwego zdarzenia i umorusać się olejem silnikowym, porąbać drwa na opał, pooglądać za kobiecymi pośladkami, obejrzeć porno, uderzyć żonę, poczytać komiksy ze Sknerusem McKwaczem i jakiś kryminał noir, albo chociaż thriller sensacyjny. Koniecznie taki z silnym (psychicznie i fizycznie) bohaterem męskim, aby w trakcie lektury można było się z nim utożsamiać, kiwać głową w geście aprobującym jego czyny i przy każdej podejmowanej przez niego decyzji (takich na skraju życia lub śmierci) mówić sobie: niewątpliwie zrobiłbym tak samo. Rozbroiłbym tego bandziora i uwolnił zakładników, żaden problem. Wbiegłbym do płonącego budynku, by ratować te kocięta. Odebrałbym połączenie z zastrzeżonego numeru, choć prawie pewne, że natychmiast  pożałowałbym tej lekkomyślności. Bycie stanowczym i odważnym mężczyzną nie jest przecież aż tak trudne. A potem zostałbym bohaterem jakiejś powieści, w której ratuję świat od katastrofy i stanąłbym w jednym szeregu z takimi tuzami jak: James Bond, Jason Bourne, Sławomir Borewicz i kapitan Żbik. Byłbym właśnie kimś w stylu tytułowego Pielgrzyma od Terry’ego Hayesa – agentem tak bardzo supertajnym, że nawet gdy teraz o nim piszę, to niespokojnie oglądam się przez ramię, czy aby nikt mnie zaraz nie sprzątnie za odkrycie jego sekretu. Niby fikcja literacka, ale kto ich tam wie, tych niesamowitych szpiegów…

Pielgrzym, Scott Murdoch, Richard Gibson, Peter Campbell, Brodie Wilson, pan Jacobs, Jeździec Niebieskiej. To ostatnie wyjątkowo głupie, ale co tam. Chodzi oczywiście o głównego bohatera powieści, który nazwiska i pseudonimy zmienia częściej niż kobieta buty. Może sobie na to pozwolić, bo jest agentem śmiertelnie poważnej i MEGA tajnej organizacji zajmującej się usuwaniem po cichu zagrożeń dla interesów USA. Tak sekretnej, że nie ma nawet własnej nazwy. Pielgrzym oprócz szerokiej palety fikcyjnych tożsamości ma jeszcze do dyspozycji własną ponadprzeciętna inteligencję i intuicję, swobodny dostęp do wszelakich narzędzi mordu (i ludzi wyszkolonych w ich obsłudze), oraz pieniędzy a także paszportów, by móc bezstresowo się bujać po całym świecie. Korzysta z tych możliwości często i gęsto: zwiedza zabytki europejskich państw, przy okazji kogoś zastrzeli w ciemnym zaułku (najczęściej jakiegoś podwójnego, albo potrójnego rosyjskiego agenta), zgarnie niezbędne (i rzecz jasna tajne) dane, a za dwie godziny jest już w drodze powrotnej do domu. Rutyna, nuda. Nic więc dziwnego, że któregoś razu dopada go kaprys i postanawia odejść na emeryturę. Łatwo się domyślić, że z tym tak lekko już mu nie pójdzie, bo przecież zawsze jest jakiś nikczemnik i terrorysta do zabicia.

– Zostałem chwilę z prezydentem specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, co o tobie sądzi.
– Domyśliłem się.
– Był pod wrażeniem. Stwierdził, że w życiu nie spotkał tak zimnego skurwysyna. ¹

W tym miejscu na estradę zdarzeń wkracza pewien Saudyjczyk, który nie chcąc czuć się gorszym, również przybiera pseudonim sceniczny. Saracen, bo tak go zwą, jest terrorystą XXI wieku – nowoczesnym, wykształconym, metodycznym, śmiertelnie groźnym, bo nieuchwytnym. Nie ma on nic wspólnego z tymi oszołomami wysadzającymi się w imię pewnego Allaha. Saracen to cień, o którym nic nie wiadomo. Słowem: równy przeciwnik dla Pielgrzyma. Nie ma powodów, bym zagłębiał się w naturę ich rywalizacji bardziej, ale trzeba wiedzieć, że pośredni pojedynek „Pielgrzym kontra Saracen” jest solidnym jądrem powieści (narrację zgrabnie podzielono miedzy działania obu bohaterów) i choć po jego orbicie krążą też atomy innych wątków, to są one raczej tłem i dosyć koślawo próbują łączyć się raz z Saracenem, to znowuż z Pielgrzymem. Co więcej: początek powieści jest… cóż, w jakimś sensie rozczarowujący, choć jego odbiór zależy przede wszystkim od oczekiwań czytelnika. Tempo akcji przypomina wóz z węglem, dzieje się tak naprawdę niewiele, bo trwa żmudne wyjaśnianie i objaśnianie okoliczności w jakich rozgrywa się powieść, chronologia kluczy kulejąc, różni ludzie się spotykają, rozmawiają, a w czytającym rośnie głód akcji. I wtedy Pielgrzym rusza z misją do Turcji, by – jak głosi tamtejsze przysłowie – kopać studnię igłą. Bez obaw, to tylko taka metafora.

Zasadniczo dopiero w tym miejscu Pielgrzym nabiera żywszych barw jako thriller sensacyjny i oczekiwania czytelnika odnajdują satysfakcjonujące ujście. Intryga zaognia się coraz mocniej, czas zaczyna gonić, temperatura rośnie, a gadanie zostaje w dużej mierze zastąpione działaniem. Terry Hayes spłodził wcześniej kilka hollywoodzkich scenariuszy i nikogo nie powinno zdziwić, że Pielgrzym niewątpliwie powstawał z myślą o przyszłej ekranizacji. To widać szczególnie po paru typowo filmowych sekwencjach i patentach nastawionych przede wszystkim na widowiskowość i napięcie. Nie mam tego za złe autorowi, bo takich właśnie zagrywek chciałem. Spragnieni intensywnych wrażeń czytelnicy otrzymają więc swoistą mieszankę przygód MacGyvera i CSI: Kryminalnych Zagadek Bodrum (bo w tym mieście toczy się akcja) ze szczyptą zabiegów z rodzaju Zabili Go I Uciekł. Turecka przygoda Pielgrzyma może się pochwalić zadowalającą ilością atrakcji, większych i mniejszych, włącznie z lokalem o wdzięcznej nazwie „Czopek”, bo tak bardzo jest do dupy. Poznamy też Turka Pamuka, choć nie noblistę Orhana, lecz Ahmuta, który jest burakiem, gra na basie covery do kotleta i nalewa paliwo na tureckiej stacji BP. Nie sposób się nudzić i chwała za to autorowi.

– […] i dlatego podejrzewamy, że jest zamieszana w działalność terrorystyczną.
– A jest?
– Uważam, że nie, ale z wiadomości dowie się też, że wkrótce zostanie przerzucona do Bright Light.
[…]
– A co się dzieje w Bright Light?
– Tam się torturuje ludzi, Ben.
– Nasz kraj traktuje tak kobiety?
– Nasz kraj traktuje tak wszystkich. ²

Jak to się zapobiegawczo pisze na portalach randkowych: Pielgrzym zyskuje przy dłuższym poznaniu. Początkowa senność i gadające głowy po jakimś czasie ustępują miejsca żywszemu działaniu w polu, a teoria idzie w praktykę. Będą trupy, wybuchy, szantaże, włamy, detektywistyczne zagadki i zagrożenie na skalę światową. Wspomniany wóz z węglem nabiera takiego tempa, że pod koniec nie sposób już go zatrzymać i dobrze, bo nikt nie zamierza. Nie jestem w tej chwili pewien, ale zdaje mi się, że w treści było kilka typowych głupotek i niesamowite zbiegi okoliczności też się zdarzały, jednak takie prawa gatunku i łaskawie w ogniu walki przymknąłem na to oko. Książka Hayesa bez wątpliwości zasługuje na nieśmiałe polecenie – to przystępna powieść sensacyjna z wyraźnymi ciągotami i aspiracjami hollywoodzkimi. Autor być może nie nadaje się do prowadzenia dysput filozoficznych, ale akcję rozbujać potrafi. Finalnie jest dobrze, choć muszę zaznaczyć, że czytane przeze mnie jakiś czas temu Trzy sekundy były o klasę lepsze. Więc jeśli mogę coś zasugerować, to proponuję najpierw sięgnąć po niedocenione dzieło szwedzkiego duetu. Albo i nie. Odmowy nie potraktuję osobiście.

¹ Terry Hayes, Pielgrzym, tłum. Maciej Szymański, wyd. Rebis, Poznań 2014, str. 333
² Tamże, str. 632

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Pielgrzym – Terry Hayes

  1. Zakochałam w „Pielgrzymie” jako powieści szpiegowskiej :D Jaki tam był szał! Jaka gonitwa! Jaki pęd :D I ten finał, gdy wypowiada ledwo „I Am Pilgrim” w słuchawkę – normalnie aż oddech wstrzymałam – świetnie prowadzona fabuła i napięcie. Teraz wyczekuję ekranizacji, bo „Pielgrzym” aż się o nią prosi ;)

    1. Moment „I am Pilgrim” to ta chwila, gdy ze wzruszenia szklą się oczy widza oglądającego potencjalną ekranizację. Coś jak Bruce Willis wysadzający się wraz z kometą i ratujący tym samym ludzkość w wiadomym filmie. Albo jak Arnie spuszczający się na łańcuchu do kotła z ciekłym metalem. Albo coś jak umierający Mufasa! Albo nie… Mufasa był nieporównywalnie bardziej dramatyczny.

        1. Na Pielgrzyma? No nie, Arnie już na wstępie spalony, bo podejrzanie wygląda i przyciągałby wzrok. A szpieg musi być niepozorny, tymczasem Arnie ze swoją prezencją i akcentem może jedynie kosmitów i roboty z przyszłości zabijać. Bruce już bardziej, ale to musiałby być Bruce z czasów, gdy na bosaka biegał w przepoconym podkoszulku po wieżowcu Nakatomi. Czyli teraz już trochę za późno, bo obecnie zajęty jest skupywaniem wódkowych brandów.
          Tak w ogóle to sam jestem ciekawy, czy ewentualna ekranizacja jest w planach i czy wypali. Na imdb.com niby coś tam dyga w temacie, ale długa droga przed nimi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s