Kubuś Fatalista i jego pan – Denis Diderot

KubusFatalistaWow. Chyba po raz pierwszy wkraczam w literaturę osiemnastego wieku. Trochę niepewnie i z obawami, bo nigdy nie wiadomo gdzie leży moja granica przyswajalności, po przekroczeniu której przestarzałość dzieła spowoduje u mnie czytelniczą niestrawność. Bo przecież żaden ze mnie koneser literacki, żaden znawca i żaden twórca trendów – mnie się zazwyczaj podobają dzieła bliższe współczesności, nie czuję specjalnych ciągot do badania korzeni literackich sięgających aż tak daleko wstecz i dalej niż dziewiętnasty wiek się raczej nie zapuszczam. Z każdą dekadą w przeszłość rośnie ryzyko, że trafię na jakieś nieczytelne, manieryczne dzieło, z którego lektury nie będę potrafił czerpać przyjemności. Nie jestem wcale lepszy od współczesnych uczniów gimnazjum, dla których już powieść z okresu międzywojennego jest niezrozumiałą katorgą, wykopaliskiem dla archeologów literackich, a przedstawione tam dramaty w żaden sposób nie korespondują z problemami dzisiejszej młodzieży, ich mentalnością i umysłami. Powieściowe rupiecie po prostu wydają się nieciekawe, napisane nieprzystępnym językiem i trzeba odkryć w sobie nutkę pasji, by odpowiednio do nich podejść. Trochę rzecz i nieszczęsne położenie uczniów rozumiem, bo mam to samo, może tylko moje widełki tolerancji są nieco szersze, co nie znaczy, że przyjmą wszystko. No, ale przede wszystkim mnie nikt nie zmusza do czytania odgórnie narzuconych lektur, bo będzie pała i kiblowanie następny rok. W sumie w tym względzie to fajnie być mną.

Kubuś: (…) Nigdy nie robi się tyle dzieci co w czasach nędzy.
Pan: Nic się tak nie mnoży jak biedacy.
Kubuś: Jedno dziecko więcej to nic dla takich ludzi; miłosierdzie boskie je wyżywi. A potem to jedyna przyjemność, która nic nie kosztuje, człowiek pociesza się tanim kosztem w nocy po utrapieniach dnia… [1]

Jeśli spodziewaliście się gdzieś w okolicy skrótu fabularnego Kubusia Fatalisty i jego pana, to muszę zaznaczyć, że go nie będzie. Ani tu, ani niżej. Nie dlatego, że mam taki kaprys, albo mi się nie chce. Po prostu fabuły w dziele Diderota w zasadzie nie ma. Są jakieś szczątki, jakiś nieznaczny zarys i cel, ale nie nazywałbym tego od razu fabułą. Jest za to pan, jest jego sługa Kubuś i obaj jadą na koniach. Gdzie, tego do końca nie wiedzą, a sam autor również nie ułatwia sprawy i nie kwapi się do udzielania informacji. Niby zajmuje pozycję wszystkowiedzącego narratora, ale z tej wiedzy nie korzysta. Za to chełpi się swoją władzą nad bohaterami, popisuje własnymi możliwościami w roli kreatora, puszy, że gdyby tylko zechciał, to wpakowałby ich w poważne kłopoty. Mąci czytelnikowi w głowie, kluczy, swobodnie odbiega od wątków, porzuca je gdy tylko najdzie go kaprys. Zwracając się bezpośrednio do czytelnika niby pozuje na skromnego i usłużnego, ale rzeczywiście to – jak to się mówi – ostro wozi się po dzielni. Bo to jego dzielnia.

Kubuś: Nie, panie, nie: mam serce, ale chowam je na lepszą okazję. Kto zbyt hojnie szafuje tym bogactwem, tyle go roztrwoni wówczas, gdy trzeba było oszczędzać, że mu go zabraknie w porze, gdy trzeba być rozrzutnym… [2]

Rzecz w tym, że cel drogi bohaterów jest nieistotny, bo oni ruszyli w nią tylko dlatego, by móc po trasie sobie pofilozofować. Pan ze swoją tabakierą i nieodłącznym zegarkiem, na który stale zerka. Kubuś uzbrojony w wierny bukłaczek pełny trunku, rozpustny łobuz, który uparcie twierdzi, że wszystko co nam się zdarza, jest zapisane w górze, na Wielkiej Wstędze Przeznaczenia. Dzieje jego podbojów miłosnych potrafią rozbawić czytelnika, choć nie jest to rodzaj humoru, przy którym wybuchamy śmiechem. Jest przeważnie „dżentelmeńsko”, jednak rozpasanie i chuć również zaznaczą swoją obecność (na tyle, ile przystoi osiemnastowiecznej powiastce filozoficznej). Panowie dyskutują żywo, nierzadko dowcipnie, czasem w szerszym gronie i towarzystwie postaci drugiego planu, kłócą się, zwierzają z amorów, nocują w gospodach, upijają, rozrabiają, uciekają przed zbójami, dają się okradać, a różnica klasowa między nimi chwilami całkowicie się zaciera. Odjazdowe z nich chłopaki i niezła, dająca się lubić drużyna.

Pan: Ty się modlisz?
Kubuś: Czasami.
Pan: I cóż mówisz?
Kubuś: Ty, któryś uczynił wielką wstęgę i którego palec nakreślił całe pismo wypisane w górze, wiedziałeś od wieków, czego mi trzeba; niech się wola twoja spełni. Amen.
Pan: Czy nie równie skutecznie byłoby siedzieć cicho?
Kubuś: Może tak, a może nie. Modlę się na wszelki wypadek. [3]

Nie będzie dla nikogo specjalnym zaskoczeniem, że wiele trafnych spostrzeżeń i zabawnych mądrości życiowych z dzieła Diderota nie straciło nic na aktualności i z powodzeniem można się do nich odnieść nawet dzisiaj. Pewna ponadczasowość i uniwersalność Kubusia Fatalisty i jego pana powoduje, że wciąż ukazują się kolejne wznowienia powiastki i nikt raczej nie zgrzyta zębami podczas lektury złorzecząc na jej przestarzałość. Co prawda, narrator nie zawsze popisuje się dobrym wyczuciem i parokrotnie z gracją nosorożca na parkiecie pcha się na afisz, przy okazji swoimi dygresjami rozbijając intrygująco zapowiadający się wątek, ale trudno – z tym da się żyć. Zresztą to jego cyrk. A ja z premedytacją przeplatam akapity cytatami, bo te najtrafniej obrazują styl i charakter Kubusia Fatalisty i jego pana, zastępując jednocześnie tysiąc moich słów. Osobiście jestem umiarkowanie oczarowany całością, bo to nie do końca mój gatunek, ale przyznaję, że kilka refleksyjnych pereł przed mój ryj wieprza rzucono. Przecież nie pogardzę.

Kubuś: Pan ma szalone zamiłowanie do opowieści!
Pan: To prawda; uczą mnie i bawią. Człowiek z darem opowiadania to rzadki człowiek.
Kubuś: Dlatego też ja nie lubię opowiadań, chyba własne.
Pan: Wolisz licho mówić niż milczeć.
Kubuś: Przyznaję.
Pan: A ja wolę raczej słuchać lichego mówienia niż żadnego.
Kubuś: Bardzo szczęśliwie dla nas obu. [4]

[1] Denis Diderot, Kubuś Fatalista i jego pan, tłum. Tadeusz Żeleński (Boy), Wydawnictwo MG, 2014, str. 23
[2] Tamże, str. 190
[3] Tamże, str. 153
[4] Tamże, str. 148

Reklamy

5 uwag do wpisu “Kubuś Fatalista i jego pan – Denis Diderot

  1. W przypadku „Kubusia … ” nie ma mowy o granicy przyswajalności, to opowiastka prosta jak kopanie kartofli i pewnie dlatego do dzisiaj daje się ją spokojnie czytać :-) a że nie ma tam wielkich dramatów miłosnych ani scen mrożących krew w żyłach to jest bez szans by znaleźć się na listach bestsellerów :-)

    1. No pewnie, trudno się pogubić i zagmatwać w gąszczu fabularnym, którego nie ma, a i styl, i język – nie oszukujmy się – nie stanowi wyzwania. Niemniej bywa całkiem zabawnie, kilka mniejszych dramatów miłosnych się znajdzie, a harce Kubusia z Justysią na stryszku u młodego Byka to nawet potrafią zmrozić krew w żyłach!
      Ale masz rację, to za mało na bestseller ;)

  2. koval pisze:

    Oj zapomniałem o tej książce, leży od dawna na półce. ;c Z takich ‚staroci’ zabrałem się kiedyś za Eugenię Grandet Balzaca i powiem że też nie ma się co spodziewać nie wiadomo jakich fajerwerków niemniej dobrze oddaje ducha epoki, chyba. ;;p

    1. To niech leży, bo przecież teraz to już bez znaczenia – czym jest dodatkowy rok, czy dwa leżenia na półce dla książki mającej ponad dwieście lat? Z Balzaka czytałem „Ojca Goriot”, ale wtedy byłem zagrożony z polskiego, więc się nie liczy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s