Batman: Powrót Mrocznego Rycerza – Frank Miller

batman-powrot-mrocznego-rycerzaJest w filmie LEGO Przygoda taka wiele wyjaśniająca scena, w której klockowy Batman chwali się napisaną przez siebie dubstepową piosenką. Jej słowa doskonale oddają charakter i cechy bohatera, a brzmią mniej więcej tak: CIEMNOŚĆ. BRAK RODZICÓW. NADAL CIEMNOŚĆ. PRZECIWIEŃSTWO ŚWIATŁA. CZARNA DZIURA. OPUSZCZONE ZASŁONY. W PIWNICY. ŚRODEK NOCY. ZACIEMNIONE OKNA. INNE MIEJSCA GDZIE JEST CIEMNO. CZARNY KOSTIUM. CZARNA KAWA. CIEMNOŚĆ. BRAK RODZICÓW. SUPER BOGATY. Kapitalny kawałek, ale przyznaję, że ideę Batmana trudno się broni przed krytyką, bo nie ma żadnego usprawiedliwienia na to, by dorosły facet (milioner w dodatku) biegał po mieście przebrany za nietoperza i bił po twarzy złoczyńców. Nie oszukujmy się, to brzmi głupio, żenująco wręcz. Jednak geneza Mrocznego Rycerza sięga lat trzydziestych XX wieku i nie wypada podważać jego kultu oraz statusu popkulturowej ikony. Osobiście odczuwam do niego wielki sentyment, bo jak wiele innych komiksów, także te z Batmanem prowadziły mnie przez dzieciństwo. Ale rzewne wspomnienia na bok, bo dzieciństwo mam już raczej za sobą i pozostaje pytanie: czy Nietoperz ma coś do zaproponowania dorosłemu czytelnikowi, chcącemu uchodzić za poważnego? To pewnie zależy od tego, kto i jak będzie opowiadał, a autorów biorących się za bary z Batmanem mieliśmy już dziesiątki, jeśli nie setki. Efekty były różne, ale akurat Powrót Mrocznego Rycerza ubiega się o czołowe miejsca w ponadczasowych zestawieniach. A to już coś, bo jest tam niezwykle ciasno.

018Frankowi Millerowi zawdzięczamy przede wszystkim niepowtarzalny cykl Sin City, ale w omawianym przypadku podjął się on także próby zrewolucjonizowania wizerunku Batmana i to w dosyć drastyczny sposób, bo wysyłając go na zasłużoną emeryturę. Akcja Powrotu Mrocznego Rycerza ma miejsce w dziesięć lat po tym, gdy ostatni raz widziano Batmana, a obecnie jest on jedynie legendą oraz mitem, którym straszy się niegrzeczne dzieci, gdy nie chcą jeść kolacji, albo odrabiać lekcji. Tymczasem zbrodnia się szerzy na ulicach Gotham, Bruce Wayne się okrutnie nudzi bezczynnym starzeniem odkąd zawiesił maskę i swoje gadżety na kołku, a Jaskinia Batmana gości wyłącznie echo. I nie będzie wielką niespodzianką – bo zdradza to już tytuł komiksu – że Batman wróci. I początkowo ten powrót będzie imponował każdemu, włącznie z czytelnikiem, ale jak to mówią: „już nie te lata” i Nietoperzowi z każdym dniem będzie coraz trudniej dotrzymać kroku czarnym charakterom. Miller nie tylko Batmana wyrwał z letargu, bo na scenę Gotham wraca kanon postaci, bez których trudno sobie wyobrazić opowieść o Mrocznym Rycerzu: Joker jest bardziej ześwirowany psychicznie niż zwykle, Alfred musi mieć chyba ze sto lat, a Robin… Robina akurat mamy nowego, bo jego poprzednik jest wciąż jakby martwy (choć doczytałem, że tylko u Millera – w regularnie ukazujących się zeszytach Jason jeszcze żył). Jest niezdzieralny komisarz Gordon. Pojawi się również nasz stary znajomy w niebiesko-czerwonym trykocie i jeśli Batman jest obciachowy, to co należałoby powiedzieć o jego koledze po fachu? Swoją drogą, jego rola marionetki rządu jest co najmniej zastanawiająca. W tle pojawia się oczywiście zagrożenie wojną nuklearną. Z kim? Rzecz jasna z Rosją. Widocznie taka już przypadłość komiksów z lat 80-tych zeszłego wieku, że każdy musiał prorokować konflikt jądrowy.

036Bo to nie jest tak, że powracający Mściciel walczy wyłącznie ze złymi i niegodziwymi czarnymi charakterami. Joker, czy Two Face są w tym przypadku jedynie miłymi punktami wsparcia, dobrą tradycją i punktem odniesienia. Oni bez Batmana nie istnieją, a Batman bez nich jest zwykłym przebierańcem. Wzajemnie się potrzebują. Ying i Yang. Symbioza. Istotniejszą walkę Mroczny Rycerz toczy na innych gruntach. Przede wszystkim szarpie się z własną fizycznością, starością i rozgoryczeniem. Początkowo rześki (jak na emeryta) z czasem blednie w oczach, robi się bardziej „kanciasty”, zgarbiony, pomarszczony oraz obolały, a ilustracje Millera kapitalnie to odzwierciedlają. Pozostałe fronty wojenne to policja Gotham, dla której Batman w mocy prawa jest niewiele więcej, jak złoczyńcą oraz opinia publiczna, gdzie stale toczy się dyskusja o moralności postępowania bohatera. Że niby czasem niezgodnie z kodeksem złamie rękę jakiemuś łotrowi, wielkie mi halo.

Sposób narracji i warstwa artystyczna w momencie premiery albumu na świecie to były dwa iście nowatorskie elementy (rok 1986). Nie wiem, nie było mnie tam, ale powtarzam za świadkami. Obecnie całość nie wywołuje już takiego efektu WOW!, ale nadal ma swój niezaprzeczalnie oryginalny urok. Przede wszystkim rzuca się w oczy gęstość komunikatów telewizyjnych, które pełnią tutaj rolę narratora opowieści. Dominują małe, ciasne kadry, regularne jak ekran TV, ale w kulminacyjnych momentach opowieści Miller nie boi się rozplanować jednej ilustracji na całą stronę i robi to świetnie. Jego rysunki są najczęściej kanciaste i dosyć poszarpane, ale charakteryzują się przy tym sporą szczegółowością, a przy tym ich brutalny oraz nieociosany styl doskonale koresponduje z ponurą historią i jej atmosferą. To zupełnie inne doznanie, niż oprawa graficzna Sin City. Inne, nie znaczy gorsze. Z kolei za kolory odpowiada Lynn Varley, prywatnie żona Millera i zdecydowanie dominuje u niej ręcznie nakładana szara barwa, a cała warstwa przypomina malunki wykonane farbkami wodnymi. Powierzchnie pokolorowane są subtelnie, czasem blado, z rozmyślnie pozostawionymi białymi plamami. Jedynie miejscami wzrok przyciągają żywsze kolory żółci, błękitu, zieleni czy czerwieni – przede wszystkim przy okazji pojawienia się Robina.

065Alan Moore kiedyś powiedział, że nie znosi współczesnych superbohaterów, bo historie o nich coraz rzadziej podążają wraz z czytelnikami w dojrzałość. Dodał, iż nie jest tajemnicą, że początkowo komiksy o herosach miały przede wszystkim stymulować wyobraźnię kilku- i kilkunastolatków i robiły to świetnie. Obecni nastolatkowie (już nie wspominając o kilkulatkach) coraz rzadziej interesują się takimi reliktami przeszłości i przestarzałymi bohaterami w kolorowych wdziankach. Nie napędzają ich wspomnienia, ani sentymenty, mają znacznie więcej możliwości i lepszy dostęp do kultury ogólnie pojętej. To pośród 30-, 40-, nawet 50-letnich czytelników Batman, Superman czy Spider-Man mają w tej chwili najwięcej fanów i to oni prawdopodobnie ukuli termin „powieści graficznej”, by w jakiś sposób usprawiedliwić swoją fascynację z dzieciństwa i przenieść ją na grunt dorosłości, unikając przy tym osądzania o niedojrzałość emocjonalną. Coś w tym rzeczywiście jest, jednak jestem przekonany, że Powrót Mrocznego Rycerza z łatwością wymyka się wszelkim zarzutom (przede wszystkim tym o niedojrzałość) i o ile w połowie lat 80-tych wyprzedał swoje czasy i inspirował późniejszych autorów (filmowa trylogia Nolana), tak dzisiaj nadal pozostaje prześwietnym komiksem.

W ramach bonusu wspomniana we wstępie nuta prosto od LEGO Batmana: klik. Koniecznie słuchać GŁOŚNO.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Batman: Powrót Mrocznego Rycerza – Frank Miller

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s