Tylko seks – Zygmunt Gołąb

Tylko-seksI nikt mi nie powie, że tytuł nie jest ważny. Dziwnym zbiegiem okoliczności nagle się okazuje, że wszyscy chcieliby ode mnie pożyczyć tę książkę i ją przeczytać. Stają przed moimi regałami, krytycznym okiem przyglądają się licznym powieściowym grzbietom, a ja siedzę i milcząco przyglądam się im przyglądającym się. Myślę sobie: jest tam tyle wartościowych książek, klasyków literatury, zabawnych powieści, polecanych przeze mnie, ogólnie cenionych, ale i tak założę się sam ze sobą, że wybiorą Tylko seks (ewentualnie Terapię narodu za pomocą seksu grupowego, ale to może znaczyć, że są zainteresowani seksem grupowym, a do tego nie każdy jest gotowy się przyznać). Mówią głośno do mnie: o, to mnie interesuje! i ich palec wskazujący jak rakieta startuje przed siebie po czym spoczywa na szczycie grzbietu książki i przechyla ją, a pozostałe palce wyrywają tom z uporządkowanego szeregu. Ja nie muszę patrzeć, bo już wiem, że oni z zaciekawieniem oglądają Tylko seks z każdej strony, czytają notkę wydawnictwa, kartkują strony. Czasem pytają mnie: fajne to?, na co ja robię skwaszoną minę i im odpowiadam, że słabe, że ramota, że daj spokój, ale ja się nie znam, więc pewnie ci się spodoba. Zachęceni moją rekomendacją machają mi okładką książki i mówią: to ja sobie pożyczę, na co ja im odpowiadam: okej, ale za dwa miesiące, bo jest już kolejka.

Marek ma 26 lat i jest typowym dwudziestosześcioletnim Markiem zamieszkałym we Wrocławiu. Ma kochającą dziewczynę i kiepską pracę, którą w końcu rzuca (pracę, nie dziewczynę) gdy na horyzoncie pojawia się lepsza alternatywa. Chichot losu sprawia, że alternatywa pozostaje tylko alternatywą, po czym umiera w fazie planów, a Marek w poszukiwaniu zatrudnienia zmuszony jest wyjechać do Warszawy. Kocha się więc po raz ostatni z dziewczyną, która nazajutrz pakuje mu słoiki z jedzeniem i z łzami w oczach wypycha w świat, machając na pożegnanie białą chustką. Bohater przybywa do stolicy i rozpoczyna jej podbój od odwiedzenia wydawnictwa porno mając nadzieję, że kupią oni kilka z jego zboczonych opowiastek, które potajemnie pisał, gdy się nudził. Nieoczekiwanie dla niego zostaje mu zaproponowana praca marzeń i na następny dzień nasz Marek jest już producentem filmów i sesji porno. Takie to proste w Warszawie.

Atrakcyjną ofertę posady podniecony Marek zawdzięcza faktowi, że jego poprzedniczka miała wypadek samochodowy. Przynajmniej tak brzmi wersja oficjalna i autorska, choć ja jestem bliższy teorii, że ona z własnej woli rzuciła się pod autobus i ubolewam, że Zygmunt Gołąb nie poszedł z wątkiem w tę stronę. Powody, które mogłyby stać za tego rodzaju decyzją poprzedniczki Marek poznaje już w pierwszym dniu jego pracy, bo produkcja atrakcji porno okazuje się jednym wielkim burdelem i aż dziwne, że nasz bohater sam nie zaczął się rozglądać za odpowiednim autobusem, pod który mógłby się położyć. Nie. Marek ambitnie i upokarzająco dla samego siebie ciągnie ten projekt, co za zboczek.

Bucowatość mężczyzn, ich sztywniactwo, pozerstwo i kompletna amatorszczyzna kobiet o zaniedbanych ciałach – tak wyglądało polskie porno.*

Nie w swoim stylu rozpisałem się o fabule powieści, ale wiedzcie, że to zaledwie wstęp do właściwej historii i bezlitosnego obnażania polskiej branży porno. Autor ponoć miał jakieś doświadczenia w temacie, a zdobyta wiedza pozwoliła mu w dość wiarygodny sposób przełożyć to na język powieści. Nie będzie zaskoczeniem, że po drugiej stronie obiektywu „różowy biznes” nie prezentuje się już tak atrakcyjnie, co więcej – może nawet budzić obrzydzenie. Sposób w jaki Gołąb opisuje kręcenie filmów porno – te napięcie, nieprzewidziane problemy, wielka odpowiedzialność spoczywająca na bohaterach – może przywoływać skojarzenia z czymś na poziomie misji NASA. Tak jakby zależały od tego losy ludzkości, tylko brakuje widowiskowych wybuchów i Brusa Łilisa w obsadzie. Jest za to dzielny Marek, który biega jak oparzony próbując wykonywać obowiązki przekraczające ludzkie możliwości, kiedy reszta redakcji zbija bąki. Daje on sobą pomiatać, poziom godności, do którego pozwoli się sprowadzić jest coraz niższy, ale zawziętości nie można mu odmówić. A może chodzi po prostu o to, że posada daje mu okazję popatrzeć na „gołe dupy”? Tak, to z pewnością o to chodzi.

Za największą i niestety (według mnie) jedyną zaletę powieści uznaję siłę uświadamiającą o kulisach biznesu porno. Nie jest to co prawda grom z jasnego nieba, bo każdy kto ma trochę wyobraźni pewnie większości faktów domyśla się sam, ale kilka poruszonych zagadnień daje do myślenia. Bo zaplecze sesji porno nie jest atrakcyjne. Snują się po nim ludzkie wraki, które podpisują upokarzające kontrakty i sprzedają swoją intymność za grosze, wszak dług u Providenta trzeba czymś spłacić. Z rozkładówek pisemek erotycznych patrzą na nas atrakcyjne dziewczyny, którym w skutek złych decyzji w życiu bardzo nie wyszło, a także między innymi przaśna (określenie, którego nadużywa autor) pani Mirosława ze śpiochami w oczach i w krzykliwym makijażu, niczym w barwach wojennych. Poza obiektywem ktoś robi sobie szybko lewatywę przed analem, ktoś jednorazówką goli klatkę piersiową, a ktoś mosznę. Ktoś płacze, ktoś desperacko walczy o erekcję. Parafrazując motto ze wstępu powieści mógłbym napisać, że nie ma mniej podniecającej powieści, niż Tylko seks, ale takie były jej założenia.

Przy okazji wyszło na jaw, że Lejdi, przyszła polska supergwiazda porno, jest nieco opóźniona w rozwoju intelektualnym. Skończyła szkołę specjalną, a to, co wszyscy brali za rozmarzone spojrzenie, było po prostu efektem lekkiego upośledzenia umysłowego.**

Znajomość poruszanej tematyki to jedno, ale snuć zajmującej opowieści to Zygmunt Gołąb raczej nie potrafi. Może się mylę, ale mam przeczucie, że autor niepotrzebnie podjął próbę fabularyzowania swoich doświadczeń i łączenia ich w jedną historię. Zastanawiam się, czy nie wyszłoby lepiej oraz naturalniej, gdyby Tylko seks zawierał zbiór luźnych wątków, anegdot i dramatów. Czytając książkę od początku do końca miałem wrażenie, że to wszystko jest mierne, bezwartościowe literacko i artystycznie, dodatkowo okraszone niepotrzebnymi wtrętami w nawiasach – niby dowcipnym i ironicznym strumieniem świadomości, ale nie wyszło i element ten jedynie drażni. Niektóre wątki się urywają i nie doczekują kontynuacji, jakby bohaterowie cierpieli na wygodną dla autora amnezję (poza tym Marek traci głowę po trzech piwach i robi takie głupstwa, że nawet trudno go żałować), inne z kolei są tak przewidywalne w swoim rozwoju, że fabularnie można powieść porównać do „Trudnych spraw” i „Ukrytej prawdy”. Gorzki finał jedynie w niewielkim stopniu poprawia sytuację, a przynajmniej próbuje.

Miało być buńczucznie i demaskatorsko i w jakimś stopniu jest, ale zalety zostały przez autora na siłę rozwodnione w miałkich fabularnych perypetiach bohatera. Gdyby Zygmunt Gołąb oszczędził czytelnikowi przeżywana dramatów Marka i skondensował najciekawsze fragmenty, całość wypadałaby w swoim gatunku znacznie lepiej i być może wymknęłaby się z kategorii czytadeł. A tak fani amatorskich filmów przyrodniczych mogą się zapoznać, ale miłośnicy literackich uniesień niech nawet nie kładą palca na szczycie grzbietu książki.

* Zygmunt Gołąb, Tylko seks, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, str. 409
** Tamże, str. 253

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tylko seks – Zygmunt Gołąb

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s