Niewidzialna korona – Elżbieta Cherezińska

Niewidzialna_korona_500Na wstępie «muszę się do czegoś przyznać. Otóż zapomniałem o tym cyklu Cherezińskiej i w żadnym stopniu nie tłumaczy mnie to, że do tej pory w jego skład wchodził raptem jeden tom: miętolona przeze mnie dwa lata temu Korona śniegu i krwi. A przecież podobała mi się ona – musiała podobać, skoro nadal stoi u mnie na półce i do tej pory nie pozbyłem się swojego egzemplarza. Teraz Cherezińska znienacka wraca z nową koroną, tym razem niewidzialną (to by wyjaśniało, dlaczego wcześniej jej nie zauważyłem), a ja bez zastanowienia wracam w objęcia cyklu. Robię to co prawda bez wahania, ale z pewnymi problemami pod patronatem Alzheimera, bo dla odświeżenia pamięci byłem zmuszony ponownie sięgnąć po tom pierwszy, przekartkować go i przeczytać kilkanaście ostatnich stron (będących swoistym pomostem fabularnym), a nawet przejrzeć swoje notatki z tamtej lektury oraz odnaleźć wpis z wrażeniami na tym blogasku. Wróciła większość wspomnień, zrozumiałem też dlaczego nie czekałem na kontynuację z wypiekami na twarzy (bowiem Korona śniegu i krwi równie dobrze może stanowić zamkniętą całość, wcale nie domagając się rozwinięcia) i dopiero wtedy poczułem się mentalnie przygotowany do przygody z drugim tomem. Prędko, dajcie mi go, zanim znowu zapomnę!

– To mój drugi syn, Wojciech. Młody, ale bitny. Jego marzeniem jest, by zamiast imieniem świętego męczennika wołano go nie Wojciech, a Woj. Jeśli pod twoją ręką, książę, nabierze cech rycerskich, to przysięgam przed wszystkimi, co tu stoją, że będzie Wojem z Pakości. A jeśli się nie spisze, będziemy mówić na niego „Ciepły Wojtuś” do końca jego dni. [1]

Wyrozumiale założę, że nie każdy miał okazję czytać tom pierwszy, niektórzy być może dopiero zamierzają, bo wcześniej o nim nie słyszeli, więc daruję sobie zdradzanie szczegółów fabularnych. Robię to bez żalu, bo i tak nie przepadam za tym obowiązkiem – zazwyczaj lepiej robią to notki na ostatnich stronach książek (poza tymi z wydawnictwa Albatros, które czasem z rozpędu potrafią zdradzić nawet zakończenie powieści). Dla porządku napiszę jedynie, że nowy władca posiedział na tronie wyjątkowo krótko, a zjednoczone po setkach lat rozbicia Królestwo Polskie rozeszło się w szwach zanim ktokolwiek zdążył wymówić „ciasto z rabarbarem”. Polska znów staje się poligonem wojennym, a bezkrólewie i samowola powodują, że każdy książę rzuca się na ziemie, które według niego (i najczęściej tylko według niego) prawnie mu się należą. Niektórym warchołom to jednak za mało i bezczelnie zaczynają wspinać się w kierunku opuszczonego koryta tronu. Czyli nic nowego, nawet w obecnych czasach z łatwością da się odnaleźć pewne analogie, najwyraźniej pęd do władzy nigdy nie wychodzi z mody.

– Po trzecie, jest prostsze rozwiązanie, Muskato – przerwał mu Václav – bo nudzi mnie ta wyliczanka, kto z kim przeciw komu i do czyjego łóżka. Ja nie lubię ludziom zaglądać do łóżek, zwłaszcza gdy spółkują. Widziałem to parę razy i wiesz, te wyziewy, które się przy tym ulatniają, trochę mnie brzydzą. [2]

Czyli co? Najwyraźniej mamy do czynienia z takim poprawnym standardem, który zawsze objawia się, gdy w powieści dochodzi do walki o tron i wpływy. Intrygi, szpiedzy, skrytobójcy, układy-układziki, małżeństwa z przymusu – wszyscy to doskonale znamy, przerabialiśmy zagadnienia wielokrotnie, choć akurat u Cherezińskiej niezaprzeczalnym atutem jest fakt, że rzecz dotyczy naszej, polskiej historii. A tej autorka stara się trzymać mocno i wiernie, przynajmniej tak wnioskuję z innych opinii i posłowia samej Cherezińskiej, bo osobiście jestem zbytnim lamerem w temacie, by cokolwiek podważać. Wyliczmy zatem. Dziesiątki bohaterów – kilku wyraźnie wiodących. Mnogość rodów – tych wpływowych i tych mniej – ale przede wszystkim Zarembowie, których liczebność powoduje, że sami ze sobą mogliby toczyć wojnę. Czający się gdzieś na północy Zakon Najświętszej Marii Panny, bliżej nam znany pod pseudonimem artystycznym „Krzyżacy”. Nierządnice z „Zielonych Grot”, które jednocześnie świetnie się spisują w roli wywiadowczyń. Będzie też smok… no, prawie i tylko w pewnym sensie, ale jednak. A na deser ożywające legendy, ożywające herbowe bestie, ożywające tatuaże, w ogóle wszystko tutaj zdaje się ożywać. Zgłupieć idzie.

– Powiedział: „Dwóch synów to za mało, by ustrzec księstwo. Elżbieto, daj mi jeszcze jednego”.
– Jakby to była jadłodajnia, słowo daję! – poprawiła welon Pierwsza. – I co? Rzucił cię na łoże i zniewolił?
– Nie, Jadwigo, są znacznie gorsze rzeczy dla mężatki niż „rzucić i zniewolić” – westchnęła Elżbieta.
– Jakie? – pisnęły jednocześnie Ofka i opatka.
– Kazać współuczestniczyć, drogie siostry. Mężczyźni, gdy wypiją za dużo wina, mają chuć wielką, a możliwości małe. Dosłownie małe.
– Nie rozumiem – rozłożyła ręce opatka.
– Ja też – przyznała się Ofka.
– Ja się domyślam – powiedziała Pierwsza – ale ty mów, dziecko, mów, bo mi nie wypada.
– A mi wypada? – zdenerwowała się Elżbieta.
– Tobie tak – orzekły wszystkie trzy jednocześnie. – No mów, bo zaraz nieszpory!
– Należy mężowskie przyrodzenie ująć w dłoń i poprowadzić do właściwego miejsca.
– Fu! Paskudztwo! Pomódlmy się, dziękując rodzicom, że nas od tego wybawili! – jęknęła Jadwiga Pierwsza i runęła na kolana. – Biorąc sobie Oblubieńca szlachetniejszego rodu, Pana Jezusa Chrystusa, który nasze dziewictwo zachowa zawsze nieskalane i nienaruszone…
– To nie modlitwa, Jadwigo, to fragment listu świętej Klary do świętej Agnieszki – zaprotestowała opatka.
– No i co – wzruszyła ramionami najstarsza, podnosząc się z klęczek – ale pasuje jak ulał. Nie bądź taką formalistką, moja droga następczyni, bo psałterzem całego życia nie opędzisz. [3]

Jest w powieści kilka postaci wyrazistych, świetnie wykreowanych, ale dominuje uczucie, że wypadają one nieznacznie słabiej, niż te z pierwszego tomu. W tamtym przypadku charaktery były naprawdę mocne, ale minęło kilka lat i tamci bohaterowie albo już nie żyją, albo zostali zepchnięci na drugi plan. Trudno, co zrobić, trzeba rzeźbić w tym, co nam dano. Mały Książę Władysław pozornie przoduje w historii i wiele wątków obraca się właśnie wokół niego, ale on sam nie jest tak jednoznacznie określony i charyzmatyczny, jak wcześniej Przemysł II. Władzio bywa dziecinny, zaskakująco naiwny, czasami wręcz głupawy i dziwi, że baronowie wyznaczyli go jako następcę tronu (może dlatego, że będzie łatwy do manipulowania?). Tymczasem cały show i sympatię czytelnika kradną mu władca Czech Václav II i jego synalek Václav III. Ten pierwszy uroczo chimeryczny i panicznie obawiający się kotów, ten drugi to taki pulchny Wacuś z klasy, który nie lubi rządzić o pustym żołądku, za to lubi małe, grube dziewczynki, bo przypominają mu kluseczki. A wśród żeńskiej obsady? Zdegradowana do roli tła Mechtylda (to ta o zapędach dominy) oddaje pierwszeństwo i główną scenę z pozoru delikatnej córce Przemysła II – Rikissie. Nastolatka budzi w czytelniku jakąś naturalną sympatię – jej dzielność, urok osobisty i spora odwaga z pogańską brutalnością podbiją serce każdego.

Relacjom między bohaterami trudno cokolwiek zarzucić, bo w tej dziedzinie Cherezińska spisuje się na medal, co najmniej brązowy. W charakterze łączników między postaciami pojawiają się liczne dżentelmeńskie umowy, zdrady, intrygi, niesnaski, konwenanse, kurtuazja, ale autorka nie boi się sięgać po bardziej dosadne sposoby, by rozruszać naturę swoich podopiecznych. I może to kogoś zdziwi, a może nie, ale sporo tutaj seksu, chyba nawet więcej, niż poprzednio. W Niewidzialnej koronie bzykają się nawet stuletni starcy (potencjał erotyczny tej sceny jest co najmniej dyskusyjny), a także konie. Urozmaicenie godne kolejnego medalu, tym bardziej, że urokom cielesności nie potrafił oprzeć się nawet biskup Muskata, ale nie on pierwszy i nie ostatni, więc trudno go winić.

– Jak sobie życzysz, ojcze – powiedziały i równo schyliły się po leżące na podłodze suknie. Muskata złapał się za serce, bo Alna i Málna pokazały mu całą okrągłość swych pośladków. Jedyne, czego sobie życzył, to wziąć te dwie owocowe panny natychmiast, tu, na miejscu. W wyobraźni zrzucał ubranie i pląsał z nimi wystrojony w kwietny wianek na głowie. Kładł się na mokrej podłodze i pozwalał, by one biły go po nagim ciele brzozowymi i wierzbowymi witkami, oj, oj!… Pożerał malinowe sutki Málny i ssał okrągłe piersi Alny. Rozgniatał ich usta swoimi i… [4]

Wady? Znalazłoby się kilka. Przede wszystkim rzuca się w oczy spora epizodyczność opowieści. Niewidzialna korona obejmuje na swoich stronach dziesięć burzliwych lat z historii uśpionego królestwa (1296-1306), ale nieregularny upływ czasu jest trudny do uchwycenia oraz wyczucia w treści. Autorka bowiem  skupia się jedynie na kluczowych fragmentach fabuły i chwilami wydaje się, że kolejne wątki mają miejsce na przestrzeni dni, a tymczasem okazuje się, iż minęły już miesiące. W związku z tym akcja fragmentami sprawia wrażenie gnającej na łeb, na szyję – aż zbyt szybko i przez to zarówno chaotycznej, jak i zbytnio skróconej, niczym z jakiegoś kalendarium. Pośrednim skutkiem takiej formy jest problem z dramaturgią powieści. O śmierci danego bohatera dowiadujemy się najczęściej kilka miesięcy po fakcie, w trakcie prowadzonej gdzieś mimochodem rozmowy czy zwykłego plotkowania. I natychmiast przechodzimy z tym do porządku dziennego, godzimy się bezrefleksyjnie, a trochę szkoda, bo nic nie odświeża powieści w ten sposób, co spektakularna oraz nagła śmierć istotnej postaci. Rotacja bohaterów jest, ale nie przemawia do mnie sposób, w jaki Cherezińska ją uskutecznia. Ma on swój urok i potencjał, tylko akurat nie w przypadku tego cyklu. Nieznacznie może również dokuczać czytelnikowi przeszarżowanie z ilością bohaterów – jest ich zbyt wielu, co najmniej kilkoro nie zasługuje na osobne rozdziały, a mimo to je otrzymuje. Co ciekawe, jedną z ofiar tego przesytu jest sama autorka, która pod koniec powieści, najwyraźniej już zmęczona zaczyna mylić imiona i nazwiska własnych postaci.

Nie zmienia to faktu, że Niewidzialna korona jest dobrą powieścią, a dla fanów gatunku fantastyczno-historycznego to pozycja w dużej mierze obowiązkowa. Cherezińska co prawda nie podniosła drugim tomem prestiżu cyklu, ale też go nie obniżyła, co jak dla mnie jest wystarczającą rekomendacją i o trzecim tomie postaram się już nie zapomnieć.

PS. A tutaj skrót do paru słów o pierwszym tomie.

[1] Elżbieta Cherezińska, Niewidzialna korona, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2014, str. 346
[2] Tamże, str. 454
[3] Tamże, str. 110
[4] Tamże, str. 516

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s