Wyznaję – Jaume Cabré

wyznajeMam kilka słabości, do których ani mi się śni tu i teraz przyznawać. Jednak nawiązując do tytułu omawianej powieści mogę wyznać, że od niedawna do rzeczy działających zmiękczająco na moje kolana należy masło waniliowo-pistacjowe. Ponoć do ciała, co uważam za dziwne, bo kto to widział masło do ciała – ja masłem chleb smaruję, ale może jestem jakiś dziwny. Najwyraźniej trzeba zmienić przyzwyczajenia żywieniowe, toteż masło do ciała preferowałbym z konkretnym ciałem do kompletu, bo bez to sam mogę sobie kupić na promocji w Rossmanie i zajadać łyżeczką. Inną moją słabością są grube, masywne powieści, których zawsze obdarzam jakimś kredytem zaufania przed lekturą, tak jakbym wmawiał sobie, że skoro coś jest tak kolosalne, to nie może być jednocześnie słabe. Głupie i łatwowierne założenie, ale historia ludzkości już nie takich naiwniaków rozwalcowała na asfalcie rozczarowań, więc w razie czego będzie mi raźniej. Z tym, że jeszcze nie dzisiaj, bo po gorącym przyjęciu powieści Cabré wśród polskich czytelników, ja muszę się zsolidaryzować z rodakami i również napisać kilka ciepłych słów o Wyznaję: słońce, kaloryfer, termofor i od razu zrobiło się przytulniej. Moje dalsze wypociny będą utrzymane w podobnym tonie, bo choćbym nawet bardzo pragnął wykazać się wywrotowym gustem i odważnie skrytykować dzieło Cabré, to sam autor nie dał mi ku temu argumentów. Wychodzi więc na to, że literackie upodobania mam powszechne i mało oryginalne, ale przynajmniej jestem na topie trendów. Wyznaję mi się podobało i trudno, co zrobić. Zaznaczam, że doznań z lektury raczej nie można porównać z przyłożeniem twarzy do rozpędzonego śmigła, bo to nie ten rodzaj gwałtownych emocji. Wyznaję wsącza się w czytelniczy umysł powoli, acz niestrudzenie: przez dłuższą chwilę trzeba się z powieścią cierpliwie oswajać, zaznajamiać i niech mnie śmigło trafi, jeśli nie warto.

– Oni ciebie kochają.
– A twoi rodzice nie?
– Nie: podsumowują mnie. Mierzą mi iloraz inteligencji. Mają zamiar wysłać mnie do Szwajcarii, do takiej specjalnej szkoły, żebym zrobił trzy klasy w ciągu roku.
– Kurczę, ale fajnie! – Popatrzył na mnie kątem oka. – No nie?
– Nie. Dyskutują o mnie, ale miłości nie ma w tym wcale.
– E tam. Ja nie lubię całowania…*

No właśnie. Rodzice Adriana być może go kochają, ale nawet jeśli, to w zauważalnie specyficzny sposób Rodzice Adriana zapewne go kochają, ale okazują to w specyficzny sposób. Wystarczy powiedzieć, że gdyby jego ojcu ktoś zaproponował wymianę: kilka rękopisów w zamian za syna, to prawdopodobnie długo by się nie zastanawiał i już po chwili cieszyłby się z nowych okazów w swojej kolekcji antyków, którą darzy wręcz chorobliwą czułością. O matce nawet nie wspomnę, bo temperatura jej uczucia do syna zmusza czytelnika do zastanowienia się, czy aby na pewno zrodził się on z jej łona, czy może znalazła go w kapuście. Adrian dzieciństwa miał tyle, co kot napłakał, więc zrozumiałe jest, że wyrośnie z niego trochę oderwany od rzeczywistości młodzieniec: typ ą ę przez bibułkę, znający trzynaście języków (czyli tyle, w ilu ja milczę swobodnie), piłujący skrzypce, studiujący wszytko co popadnie mól książkowy, balansujący między szczerością a arogancją i chamstwem mądrala. Nie mamy jednak wyboru i to właśnie jego losy będziemy dzielnie śledzić: jego rozmowy z wyimaginowanymi zabawkowymi przyjaciółmi – szeryfem Carsonem i Indianinem Czarnym Orłem, którzy jednocześnie będą głosem Adrianowych wyrzutów sumienia; jego męską przyjaźń z Bernatem; jego liczne miłosne niepowodzenia z puszczalską Kornelią, wyedukowaną Laurą czy wreszcie uroczą artystką Sarą. Ale, ale. Koleje życia Adriana nie będą jedyną historią, którą uraczy nas Cabré. Drugim wątkiem, równie ważnym (a być może nawet ważniejszym) i nierozerwalnie splecionym z żywotem Adriana jest opowieść o skrzypcach. Tak, o takiej małej gitarce, za małej by grać na niej przy pomocy palców i potrzebny jest smyczek, no wiecie.

– Nie widzi pani, że już nigdzie nie ma miejsca? – Adrian negocjował błagalnym tonem.
– A przecież mieszkanie do małych nie należy. Po co panu tyle książek?
– Żeby je zjeść.
– Szkoda, takie ładne mieszkanie, a ścian nie widać.**

Skrzypce Adriana są nawiedzone przez starożytnego demona i przy każdej pełni księżyca wyrastają z nich małe drewniane nóżki oraz rączki, które chwytają najbliższe narzędzie zbrodni, na przykład nóż do sera, albo pogrzebacz i uderzają na miasto mordować niewinnych ludzi. Nie, to głupie, wymyśliłem to. Tak naprawdę skrzypce Adriana są bezcennym okazem w kolekcji jego ojca i niejednej sytuacji w swoim długim istnieniu były świadkiem. Cabré z uwagą pochyla się nad ich historią, śmiało cofa się wstecz (tak, wiem, że nie da się cofnąć do przodu), a my wraz z nim lądujemy momentami aż w XIV wieku, kiedy to odnajdujemy nasionko, z którego: a) wyrośnie wiekowe drzewo, ścięte któregoś roku i b) z którego drewna powstaną wspomniane skrzypce oraz c) które nim trafią w dłonie Adriana przejdą przez wiele rąk, często zakrwawionych. Bo za bezcennym instrumentem niczym ogon komety podąża ciąg licznych zbrodni, czasem popełnionych w afekcie a czasem z zimną krwią, poczynając od inkwizycji, na nazizmie kończąc. W efekcie całkiem sporo w powieści zakonników i równie dużo nazistów, a w dalszej części nazistów, którzy zostają zakonnikami, by się ukryć przed odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne. I nawet mnie – uczulonego na obie tematyki – te wątki nie raziły, więc nie napiszę, że przymknę oko, bo nie ma takiej potrzeby. Skrzypce i ich burzliwe losy to coś więcej niż symbol, bo są one obok Adriana głównymi bohaterkami powieści. Są na tyle wspaniałe, że ojciec bohatera oddałby za nie życie i gdyby tylko wiedział jak, miałby z nimi dzieci, ale że nie wie, toteż musiał zadowolić się żoną. Symbolicznych przedmiotów w Wyznaję jest zresztą więcej i mogą one zainteresować czytelnika równie ciekawymi historiami, że wspomnę jedynie o pewnym wisiorku, obrazie Urgella oraz rozczulającej opowieści o serwetce w biało-niebieską kratę. No i muzyka, ona też ma nieliche znaczenie. A nad wszystkim, niczym upiorny demon unosi się natura Zła, przez wielkie Zet. Uf.

Santa Maria De Gerri autorstwa Modesta Urgella. Obraz wiszący w jadalni Adriana.
Santa Maria De Gerri autorstwa Modesta Urgella. Maziadło wiszące w jadalni Adriana.

Czymże byłyby te wszystkie pomysły, gdyby nie miały solidnego fundamentu w postaci literackich i stylistycznych umiejętności autora. Cabré jest Katalończykiem i w takim też języku spłodził Wyznaję. A ja głupi myślałem, że w Katalonii to po hiszpańsku. Mniejsza z tym. Mało wprawiony czytelnik może mieć drobne trudności z opanowaniem historii opowiadanej przez autora. Od samego początku niezbędne jest zachowanie wyostrzonej czujności, bo Cabré należy do tych pisarzy, dla których czas i miejsce akcji są jedynie niewiele znaczącymi ograniczeniami. Niczym dziecko w artystycznym amoku maziania farbami po kartce, autor miesza pozornie nie pasujące do siebie części składowe powieści. Wyznaję jest mocno niestabilna narracyjnie, bo w treści wybełtane ze sobą są czasy oraz epoki, zdarzają się przebłyski z przeszłości, dialogi niespodziewanie wplecione są w fragmenty opisowe, raz Adrian mówi o sobie w pierwszej osobie, by za chwilę przejść w narrację trzecioosobową i tak naprawdę do końca nie wiadomo, kto opowiada historię (co ostatecznie okazuje się mieć niebagatelne znaczenie dla fabuły). To zaskakujące i fascynujące zarazem uczucie, gdy będąc w toku lektury nagle okazuje się, że już czytasz inny wątek, choć nic na to nie wskazywało. Mnóstwo tutaj takich niespodziewanych przejść między wydarzeniami, które dzielą setki lat. Mnogo od urwanych nagle zdań, do których Cabré wraca po jakimś czasie i ukazuje ich prawdziwy kontekst. Zdarzają się nawet splątane niczym warkocz dialogi, kiedy równolegle, na przemian prowadzone są dwie sceny i rozmowy – jednoczesna kłótnia kochanków w XX wieku oraz mające miejsce w XVIII wieku targi o cenę skrzypiec. Tego i innego rodzajów zabiegów stylistycznych jest w Wyznaję całe bogactwo, a powieść stale czymś czytelnika zaskakuje. Nie jest łatwo, ale szalenie niebanalnie.

Bernat oparł się o biurko, zakrył twarz dłońmi i zaczął płakać, szlochał całym ciałem. Trwało to dość długo, a ja nie wiedziałem, jak zareagować – podejść, objąć go, poklepać po ramieniu czy opowiedzieć mu dowcip. Nie zrobiłem nic. A raczej tak. Odsunąłem książkę C. S. Lewisa, żeby mi jej nie poplamił. Czasami sam siebie nienawidzę.***

Wyznaję to powieściowy majstersztyk, literackie dzieło w pełni zasługujące na to miano. Książka stosunkowo świeża (2011 rok), ale już pachnie klasyką, która z łatwością oprze się próbom czasu. Opowieść orbitująca w górnych rejestrach fascynacji, jeden wielki i pełny emocji list miłosny Adriana do Sary, których wątek uczuciowy Cabré poprowadził z takim umiarem, że jest aż ładny (wątek, nie Cabré) i do końca poruszający. To istna studnia pomysłów, którymi Katalończyk stale zadziwia czytelnika od początku do końca, pełna stylistycznych eksperymentów opowieść mogąca być nawet jakiegoś rodzaju inspiracją, a już z pewnością niesie ona czystą rozkosz z samego tylko rytuału czytania. Cabré spisał się na medal i powszechne wyrazy zachwytu są w pełni uzasadnione, a ja się pod nimi podpiszę bez wahania. Masłem waniliowo-pistacjowym najlepiej.

* Jaume Cabré, Wyznaję, tłum. Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013, str. 112
** Tamże, str. 379
*** Tamże, str. 538

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Wyznaję – Jaume Cabré

  1. Głodna jestem niemiłosiernie, pewnie dlatego przemawiają do mnie głównie te fragmenty o maśle. A że dzisiejszego wieczora pozbyłam się też dzieci (nie na wieki, bez obaw), te o kapuście również (może być z masłem, nie takie rzeczy już jadłam).
    A poza tym mnie ostatnio grube książki ze studnią pomysłów wyłącznie przerażają. Toteż teraz już tylko pomilczę z nabożnym szacunkiem.

  2. Masło waniliowo-pistacjowe posiadam i smaruję się nim pasjami. Uwielbiam jego zapach. Co do „Wyznaję” i wszelakich opasłych tomów to jestem ich wielką wyznawczynią i miłośniczką. Książka mnie zachwyciła i uwiodła. Choć nie powiem, początkowo miałam problemy z umiejscowieniem akcji. Jednak z każdą kolejną stroną wciągała mnie w swoje sidła. Przekazałam książkę mężowi, siostrze i kolejnym znajomym, których znałam i wiedziałam, że warto im tę książkę polecić. Teraz zabieram się za kolejną książkę Cabre. Mąż już czytał i jest zachwycony. Pozdrawiam.

  3. Anonim pisze:

    „Rodzice Adriana być może go kochają, ale nawet jeśli, to w zauważalnie specyficzny sposób.:- To właśnie zdanie…tak dla mnie trochę…takie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s