Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska

Betonowy_mWstęp bym może jakiś napisał. Wypadałoby, żeby nie tak od razu na głęboką wodę z wiadrem pełnym betonu zamiast butów. Wobec tego w akapicie pierwszym i zapoznawczym napiszę, że Betonowy pałac aspiruje do miana polskiego kryminału z najwyższego szczebla, a o wysokiej jakości powieści próbują przekonać nas cytaty z Magdaleny Cieleckiej, zamieszczone tu i tam na okładce. To taka aktorka o warsztacie wąskim jak sztacheta, choć Kasia Cichopek depcze jej już po piętach, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo na całym tym aktorstwie się w sumie nie znam. I wmawia się nam, czytelnikom, że niby Betonowy pałac to taka świetna lektura, męska, brutalna oraz wymarzony materiał na filmowy scenariusz. Prawda jest natomiast taka, że polska myśl reżyserska już nie takie rzeczy potrafiła koncertowo – przepraszam za wyrażenie – spierdolić, więc wypadałoby się z takimi odważnymi wnioskami pohamować i nie pchać od razu wszystkiego na ekran. Zresztą o ile sobie przypominam, to właśnie Magdalena Cielecka zagrała jedną z głównych ról w kamieniu milowym polskiej kinematografii, jakim z pewnością była ekranizacja S@motności w Sieci Janusza Leona Wiśniewskiego. Podejrzewam, że również była zachwycona potencjałem scenariusza, a film obecnie jest puszczany w zakładach penitencjarnych jako tortura i kołysanka zarazem. Czyli z aktorki żaden autorytet, bo gust ma najwyraźniej mocno wątpliwy, ale nie drżyjcie z obawy: szczęśliwie w sukurs przychodzę ja i zaraz ustalę czy Betonowy pałac jest warty uwagi, czy też od lektury książki można dostać literackiej biegunki i lepiej się nie zbliżać.

W akapicie drugim podejmę próbę nakreślenia zarysu fabularnego powieści. Przedstawię głównego bohatera, którym jest przekraczający trzydziestkę Łukasz – chłopak wychowany przez krakowskie Osiedle, z racji wyróżniającej go wśród rówieśników inteligencji nazywany Profesorem. Jak to mówią: wśród ślepców jednooki królem. Dwa lata wstecz w związku z pewnymi incydentami Profesor był zmuszony uciekać z kraju, ale teraz zalicza triumfalny, choć chwiejny powrót, bo ileż można się nudzić na słonecznych plażach Pacyfiku. Rzecz jasna natychmiast zostaje on wplątany w jakąś z daleka śmierdzącą kłopotami aferę, ale powiedzmy, że nie miał żadnego wyboru. W wielkim skrócie napiszę, że bohater ma za zadanie odnaleźć jedną kobietę, skrycie pragnie i miewa mokre sny o drugiej kobiecie, a tymczasem ze swoimi wdziękami upierdliwie narzuca mu się trzecia kobieta, choć takie określenie odnośnie trzynastolatki jest z mojej strony bardzo wspaniałomyślne. Są jeszcze inne kobiety, są też mężczyźni – galeria postaci jest nad wyraz bogata i choć niekiedy da się dostrzec drobne przerysowanie cech to najważniejsze, że nie jest nudno. A sam Profesor? Niby taki wykształcony, a ma wyraźny problem z panowaniem nad własnymi nerwami, lubi przemoc oraz obić od czasu do czasu komuś mordę, korzysta z usług prostytutek i rąk po sikaniu nie myje. Samiec pierwszego sortu.

Samochód zatrzymał się kilka metrów ode mnie. Czekałem, aż opadnie pył. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się. patrzyłem, jak wysiada. Bardzo elegancko, jak jakaś Lady Di czy inna wielka dama, którą uczono, w jaki sposób wysiadać z auta, aby nie pokazać przy tym majtek całemu światu. Zatrzasnęła za sobą drzwi i stanęła w tych ostatnich promieniach słońca niczym w blasku reflektorów. Miała na sobie ładne kilka tysięcy. Skrawek białego materiału udający sukienkę. Wysokie szpilki, chyba kremowe, ale chuj je tam wie. Pewnie źle nazwałem kolor i jest to beżowy, albo écru. W dłoni trzymała fioletową torebkę Chanel, przynajmniej tyle byłem w stanie rozpoznać. Obwieszona była też sporą ilością złota, które zdobiło, co tylko dało się ozdobić.*

Jestem kilkanaście dni po lekturze i stale nie mogę pozbyć się wrażenia, że Betonowy pałac jest powieścią nawet nie tyle kontrastów, co dwóch odmiennych natur. I temu rozdarciu poświęcę też trzeci akapit. Bo może niepotrzebnie i bez żadnych podstaw, ale spodziewałem się kryminału od początku do końca poważnego, mrocznego, być może nawet przygnębiającego swoim mało optymistycznym rozwojem fabuły. Nie wiem skąd u mnie takie oczekiwania, ale to chyba kwestia licznych sugestii, z którymi spotykałem się jeszcze przed lekturą. Bo Betonowy pałac ma solidny rdzeń, by taką ponurą historią zostać, jednak na drodze temu stanęła autorka i jej niepohamowana chęć, by udekorować całość komediowymi wstawkami. Tutaj następuje rozdźwięk, który konfunduje czytelnika, bo z jednej strony mamy poważną intrygę, kolejne trupy i zaszczutego głównego bohatera, by z drugiej strony napotkać na lekkomyślnie rozbijające wszystko luz, ironię, humor, przaśność. Nieprzewidywalni i budzący respekt gangsterzy są otoczeni stereotypowymi karkami, głupawymi mięśniakami z siłki (napawające trwogą ksywy w rodzaju Kalafiora) oraz ziomalami siorbiącymi browara na ławeczce. Dalej jest podrzynanie gardeł kontra przesłuchiwany kucharz komicznie godojący po ślunsku. Okaleczanie i ćwiartowanie ciał kontra pyskata, zuchwała trzynastolatka prostytuująca się w krzakach. Osiedle będące zbiorowiskiem homofobów i psychopatów kontra chatka-kopulatka oraz dramatyczne walenie konia w lesie. Misternie budowana powaga rozbijana komicznymi scenkami kontra krwawe momenty pozbawione wyrazu i nie pasujące do ironicznych dialogów oraz ogólnego wydźwięku treści. Wreszcie Nick Cave i piękne „O Children” (dreszcze) kontra FIRMA i „Króla Kraka Gród” (uszy krwawią i wymiotują). Boję się, że gdyby ktoś postanowił rzeczywiście zekranizować Betonowy pałac, to mogłaby z tego wyjść co najwyżej jakaś gangsterska komedia, być może nawet niezła, ale pozbawiona spójnej tożsamości.

Najprawdopodobniej autorka nie miała ambicji, by uderzać w do końca ponurą nutę, nie wiem, pewnie Betonowy pałac jest właśnie taki, jakiego chciała, a ja się tutaj niepotrzebnie czepiam. Zdaję sobie sprawę, że będę w tym momencie niekonsekwentny, ale najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że choć powieść minęła się z moimi oczekiwaniami, to nie potrafię nazwać jej słabą. Sam tego do końca nie rozumiem. Co więcej, kiedy już w pewnym momencie pogodziłem się z taką, a nie inną konwencją i wyrzuciłem z głowy uprzedzenia to okazało się, że dzieło Grzegorzewskiej jest tym, czym miało być: kryminalnym thrillerem do końca trzymającym odpowiednie tempo, zasadniczo ani przez chwilę nie męczącym oczu. I nieistotne, że pewnie nie wejdzie do kanonu polskiej literatury, a także nieważne, że da się Betonowemu pałacowi wytknąć parę wad, których natura zależy już od indywidualnych preferencji czytelnika, bo nie ma wątpliwości, że powieść płynie żywo przez kartki i tak samo się ją czyta. Jest niezła intryga, są barwni bohaterowie (czasem aż komiksowi), jest poczucie humoru i naturalność dialogów, są atrakcyjne kobiety oraz charyzmatyczni mężczyźni, jest krew, alkohol, morderstwa, seks, czego chcieć więcej? To był już czwarty i zarazem ostatni akapit, więc tym optymistycznym akcentem zakończę, bo jeszcze moment, a całkowicie pogubię się w zeznaniach.

* Gaja Grzegorzewska, Betonowy pałac, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 44

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska

  1. Anonim pisze:

    Takie nagromadzenie kobiet może budzić grozę…No i te ksywki gangsterów jak z sali sądowej- Cielęcina= Cielecki[ nie Cielecka].
    Trochą szkoda, że nie ma piątego akapitu:)

    1. Kiedyś oglądałem jeden z tych para-dokumentów w TV, gdzie akcja miała miejsce na sali sądowej, Anna Maria Wesołowska, czy coś. I było dwóch oskarżonych, którzy mieli ksywy odpowiednio GUMA i SZMATA. Brzmiało to…. no cóż… nie brzmiało w ogóle.
      Gdybym wiedział, że pragniesz piąty akapit, to być może bym go napisał!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s