Karzeł – Pär Lagerkvist

karzelNie jest do końca jasne, jak profesjonalnie nazywa się lęk przed karłami. A musi się jakoś nazywać, bo skoro nawet klauny zasłużyły na własną fobię, to i karły bezsprzecznie powinny mieć swoją. Kiedyś karłom nie było lekko, bo zajmowały one pozycję społeczną niewiele wyższą, niż ulubione psy gończe władców dworu. Wręcz w dobrym tonie było posiadać karła na własność, ot do zabawy, coś jak konto na Fejsie, a niejaka Katarzyna Medycejska (nie udało mi się znaleźć ani jednego teledysku tej piosenkarki) była nawet nazywana „karlą fetyszystką” (strony porno również milczą na jej temat). Ten kult praktycznie już wygasł, ale tu i tam nadal można spotkać się z zawodami w rzucaniu karłem. Co prawda nie jest to dyscyplina olimpijska, ale kto wie, co będzie za lat kilka. Przyznam, że mnie karły nieco przerażają i miewam poważne obawy, że któregoś dnia się skrzykną, wzniecą bunt i przejmą władzę nad światem. Nie wydaje mi się, by ludzkość była gotowa do obrony przed tego rodzaju zagrożeniem, muszę wiec w tym miejscu się zabezpieczyć i napisać, że prywatnie nic do nich nie mam. Nie znam osobiście żadnego karła, nad czym okrutnie ubolewam, bo mogłaby z tego wyniknąć prawdziwa przyjaźń, gdybym tylko zdołał opanować własny lęk. Tym samym jestem na Lagerkvista trochę zły, bo jego powieść raczej podsyca we mnie żar niepokoju, a tytułowy karzeł nie jest kimś, kto budzi zaufanie i raczej nie pozwoliłbym mu wymasować mi łydek, o wpuszczeniu do łóżka nawet nie wspominam.

My, karły, nie mamy ojczyzny ani ojca, ni matki, rodzą nas obcy, byle gdzie, karmi w tajemnicy najnędzniejsza biedota, po to, by rodzaj nasz nie wyginął. A gdy ci obcy rodzice odkryją, że spłodzili istotę z karlego plemienia, sprzedają nas potężnym książętom, abyśmy bawili ich swoją ułomnością i szpetotą i byli ich błaznami. Tak zostałem sprzedany i ja sam przez matkę (…). Dostała za mnie dwadzieścia skudów i kupiła sobie za to trzy łokcie sukna i psa owczarka dla swoich owiec.*

To ciekawe, jak wiele negatywnych cech charakteru dało się upchać w bohaterze o gabarytach stołka barowego. Karzeł (tak jestem zmuszony go nazywać, bo się nawet nie przedstawił, nieokrzesaniec jeden) to zatwardziały zgorzknialec i maruda, ale tego nieprzyjemnego rodzaju (jeśli nie znacie marudy przyjemnego rodzaju, to sugeruję wyobrazić sobie smerfa Marudę). Nic mu się nie podoba, wszystko drażni i współczesna młodzież z pewnością określiłaby go mianem hejtera. Nie potrafi się uśmiechnąć, bo i po co. To znający jedynie nienawiść i pogardę buc, mentalnie robaczywy zawistnik kipiący wstrętem do wszystkiego, co poza jego zasięgiem. Drepcze sobie po dworze włoskiego księcia, dolewa mu wina i knuje. Ma okazję uczestniczyć w licznych ucztach i orgiach seksualnych, ale niestety jedynie w roli mebla. Więc stoi w kącie i mamrocze pod nosem, jak wielkie obrzydzenie czuje na widok tych wszystkich bezeceństw, jak ogromny wstyd mu towarzyszy, gdy musi oglądać te wszystkie nagie oraz kształtne kobiety, których przy okazji nienawidzi, bo mizoginizm to tylko jedna z wielu jego zalet.

Gdzieś w cieniu Karła – tego największego bożyszcza estrady – snuje się fabuła powieści, która dotyka takich pojęć jak: wojna, okrucieństwo, rzeź, intryga, zdrada. Swoją obecność zaznaczy nawet imitacja Leonarda da Vinci oraz historia miłosna, której nie powstydziłby się sam Szekspir (choć przyznaję, że to akurat żadna gwarancja jakości). Ani przez moment nie poczułem się przekonany. Fabuła wydaje się śladowa i jej istnienie usprawiedliwione jedynie tym, aby Karzeł miał nowe powody do psioczenia, w końcu jest gwiazdą. Problem polega na tym, że gdzieś w połowie powieści zaczyna się on męcząco powtarzać, staje się przewidywalny w swojej nienawiści, a czytelnik dostrzega karłowatość jego charakteru oraz mentalności. I wtem robi się boleśnie nieinteresująco – przestają nas ciekawić spostrzeżenia Karła, przestają nas obchodzić jego losy, ziewamy. Tak jakby Lagerkvist zapędził się w kreowaniu negatywnego bohatera tak bardzo, że obdarł go nawet z osobowości arcyłotra. Sześćdziesiąt sześć centymetrów człapiącego, naprzykrzającego się zrzędy.

Miało być fascynujące studium zła i niegodziwości, a wyszły szybko popadające w monotonię gluty, które od pewnego momentu ciągną się niemiłosiernie i bez emocji (wykluczając pojedyncze momenty). Karzeł jest nikczemnikiem, ale koncentruje się przede wszystkim na obserwacji i złorzeczeniu, rzadko kiedy podejmując się działania. To wystawia na próbę cierpliwość czytelnika, który po jakimś czasie ma dosyć jego ciągłego stękania, powtarzających się narzekań, alergii na kobiety oraz ucztowanie. Od Lagerkvista, jako laureata nagrody Nobla, miałem prawo oczekiwać i oczekiwałem więcej.
Sam już nie wiem, co tak słabo.

* Par Lagerkvist, Karzeł, tłum. Zygmunt Łanowski, wyd. ITAKA, Poznań 1993, str. 10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s