Sońka – Ignacy Karpowicz

Karpowicz_Sonka_mPowiedzmy, że z Ignacym Karpowiczem trochę się już znamy, ale gdyby nie wytłoczone na okładce książki nazwisko, to nie wiem, czy zdołałbym rozpoznać autora Sońki. Pewnie nie, bo żaden ze mnie wróżbita, a sam Karpowicz raczej kojarzy mi się z innym rodzajem literatury. Wystarczy wspomnieć nieco absurdalne Balladyny i romanse oraz podobne, ale mocniej wbite w rzeczywistość (niczym widły w gnój) Ości. To były powieści obszerne, z pewnością chwilowo w swoim wydźwięku gorzkie i dramatyczne, ale zalane rozrywkową polewą. Sońka jest inna, och, jak bardzo inna. Wystarczyło, że wziąłem w dłonie tę krótką (jak na zwyczaje Karpowicza) książkę o ślicznie stonowanej okładce, bym zdał sobie sprawę, że lektura będzie całkowicie różnym doznaniem od tego, do czego przyzwyczaił mnie autor. To zawsze budzi jednocześnie ekscytację i pewną obawę, bo niejeden już pragnął zbadać niezbadane, zakrzyknął „co? ja nie dam rady?” i poszedł na dno jak siekiera, a na powierzchni został jedynie dryfujący kaszkiecik. Zapomnij więc o Karpowiczu, jakiego znasz, a jeśli z jakiegoś powodu jeszcze go nie znasz, to… cóż, jesteś w uprzywilejowanej pozycji, bo nie musisz zapominać. Natomiast problem może się pojawić w momencie, gdy zechcesz z pamięci wyrzucić Sońkę, bo ta potrafi wejść klinem w myśli czytelnika, zazębić się, zakleszczyć i nie chcieć wyjść. Jak wspomniana siekiera w twardym kawałku drewna, ale to nie poradnik technik dla drwali, więc mimo wszystko wolałbym się już zająć książką. Mogę? Dziękuję.

W najlepszą sukienkę się wystroiła nasza Sonia, tę piękną w drobne niezapominajki i usiadła sobie przed chatą w rodzinnym Królowym Stojle, gdzieś na Podlasiu. Bo niedziela, bo można odpocząć. Wnet pojawiła się grupa zmotoryzowanych SS-manów, a pośród nich on – pachnący truskawkami ze śmietaną i cukrem Joachim Castorp – od tej chwili jedyny ukochany Sonii, mimo że Niemiec, mimo że zbrodniarz, mimo że bariera językowa nie pozwoliła się z nim porozumieć. Spotkanie krótkie, ale bez obaw – będą kolejne, tymczasem pod stopami Sonii (i pod jej opiekę) Joachim zostawił szczeniaka, Borbusa pierwszego. Taki to już wrażliwiec z tego naszego Niemca, który pochylił się nad losem biednego pieska i czym prędzej pojechał z towarzyszami dalej mordować Żydów oraz nie tylko. A ugodzona włócznią miłości Sonia natychmiast rozpoczęła żyć od spotkania, do spotkania – liczyły się jedynie te dni, w których mogła z Joachimem pójść za rękę przez most i w las, by tam kochać się z nim na polanie, na łożu z trawy, nie bacząc na stan najlepszej sukienki. On opowiadał jej o okrucieństwach wojny, o ludobójstwie, którego się dopuszczał, ona nie rozumiała go ni w ząb, ale naiwnie wyobrażała sobie, że Joachim snuje plany na ich wspólną przyszłość. Taka to była miłość.

Drugiego kwietnia urodziło się dziecko, chłopiec. Łysy i brzydki. Do Joachima niepodobny, do mnie niepodobny, najbardziej przypominał ciasto drożdżowe.¹

Tymczasem Sońka jest już stara i opowiada swoją burzliwą historię Igorowi, teatralnemu reżyserowi w sandałkach z zamszu, który natychmiast przetwarza ją w głowie na potrzeby spektaklu. A czytelnik powinien zacząć się zastanawiać: ile z tego co czyta jest relacją z pierwszej ręki Sonii, a ile wątków, wydarzeń i scenografii zostało przemontowanych przez kabotyńskiego Igora. Czy mamy do czynienia z surową opowieścią Sońki, czy Igorowym wyobrażeniem historii, którą usłyszał od Sonii? Nic nie jest tutaj jednoznaczne, okoliczności i dekoracje się mieszają: raz jesteśmy w Królowym Stojle w czasie II Wojny Światowej, to znów na deskach teatru, pośród aktorów odgrywających role Sonii, Joachima i pozostałych. Borbus pierwszy występuje naprzemiennie z Borbus dwunastą (bo suka) i ostatnią zarazem, a po piecu leniwie przechadza się Jozik – najbrzydszy kot w Europie, z grzbietem wygiętym „w łuk kaleki, jak przełamana podkowa”². Nieco nieuchwytnie, ale fascynująco.

Sońka jest jak na Karpowicza powieścią krótką, ale o zupełnie innym poziomie intensywności, o odmiennym nastroju niż dotychczas. Jest poważniej, choć oczywiście łatwo z treści wyłowić (wędką spostrzegawczości) te poprowadzone wprawną ręką momenty, gdy mamy do czynienia z muśnięciem humoru wygładzającym ostre krawędzie. Ale to dodatek, margines, bo cała historia jest lirycznie i w jakimś artystycznym sensie okrutna oraz dosadna. Sama Sonia jest przejmująco samotna, bo z braćmi nic ją nie łączy, a z ojcem… cóż, wystarczy napisać, że Sońka po śmierci ojca płakała, ale ze szczęścia. Nawet gwałt, bo rzecz jasna musi dojść do jakiegoś gwałtu, jest jakiś niecywilizowany, zwierzęcy, wypruty z pożądania, tak jakby dokonany jedynie w celu pohańbienia. Wszystko to z łatwością poruszy czytelnikiem, chwyci swoją beznadziejnością przeznaczenia, oczaruje poetyką metafor, zaintryguje niejednoznacznością kompozycji i jej symboliką. No i ten białoruski język, szczekający oraz śpiewny zarazem, również ma swój sowity wkład w budowanie nastroju powieści.

Karpowicz na wstępie dedykuje książę dobrym ludziom. Po prostu. I człowiek mimo woli się zastanawia, czy może tę dedykację odebrać osobiście. Ale zastanawia się tylko przez chwilę, bo co sobie będzie odmawiał dobroci. Sońkę określiłbym powieścią z literacką duszą, powieścią z idealnie wyważonymi proporcjami między realizmem i baśniowością, przeszłością i współczesnością, dosłownością i symbolizmem, miłością i gwałtem. Powieścią oddychającą oraz przy okazji naznaczoną wieloma pustymi i białymi przestrzeniami między kartkami, które budzą w czytelniku sprzeciw, bo chciałoby się do Karpowicza krzyczeć „nie zostawiaj miejsca, pisz jeszcze, nie przestawaj, nie kończ!”. A ten niewzruszony i tak skończył, no co za burak. Ale jednocześnie udowodnił, że potrafi literacko miło zaskoczyć.

Bardzo ładnie. Brawo.

¹ Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str 116.
² Tamże, str. 42

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Sońka – Ignacy Karpowicz

  1. A widzisz – marudziłeś, że Ci podkradam kolejne książki do czytania, a Ty mi teraz „Sońkę” podkradłeś :D Czeka na mnie… Już wkrótce :)

    1. Taka już moja dola, że prawdopodobnie nigdy nie będę TYM PIERWSZYM, który przeczytał jakąś książkę i zawsze ktoś mnie wyprzedzi. Na szczęście książki to nie mydło – się nie wymydlą wraz z kolejnymi lekturami. Ani też żadna promocja w Tesco, gdzie tylko ci pierwsi się obłowią, a reszta zastanie jedynie podarte opakowania i stratowane, nieprzytomne ciała pod półkami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s