Król w Żółci – Robert W. Chambers

krol w zolciZ horrorami mi nie po drodze. Filmów z tego gatunku nie lubię, bo albo zapominam się bać, albo stale czekam na moment, w którym powinienem zacząć się bać, a dla mnie to żaden relaks. Z książkami jest trochę inaczej, ale mając kilkanaście lat przeczytałem jakiś podrzędny horror Mastertona (Zaklęci) i jedyny fragment jaki z niego pamiętam, to scena seksu w domu pełnym strachów oraz uwięzionych w ścianach złoczyńców. Czego jednak oczekiwać od nastolatka, który seks znał wyłącznie z niezbyt dokładnie poukrywanych przez rodziców kaset z niemieckim porno? Czyli wychodzi na to, że próby wywołania we mnie poczucia grozy są skazane na niepowodzenie tak samo dotkliwe, jak próby chowania przede mną kaset VHS z fikołkami. Nawet samemu wielkiemu Lovecraftowi z trudem wychodziło niepokojenie mnie, ale koniec końców – chwilami jednak wychodziło i to trzeba mu oddać. Pomyślałem więc, że tym razem zrobię to jak należy i opowiadania Chambersa czytałem jedynie późnymi wieczorami, tuż przed snem, z wiatrakiem skierowanym na nagie plecy, by dreszcze były podręcznikowe. Efekt? Każdorazowo zasypiałem jak dziecko, spałem twardo (z przerwą na siku) i bez koszmarów, by obudzić się rano z bolącymi plecami. Tyle w kwestii grozy. Mam uczucie, że stale robię coś nie tak, ale nie mam pojęcia co takiego. Czekam więc na rady ekspertów w dziedzinie straszenia, a tymczasem przejdźmy do twórczości Chambersa, bo robię się głodny.

Nie będę bardzo oryginalny, jeśli wspomnę, że moje zainteresowanie Królem w Żółci ma źródło w świetnym serialu Detektyw? Świetny, to dobre słowo, bo wiele tam świetności. Świetne są role McConaugheya i Harrelsona, świetny jest wciśnięty w te dziesięć odcinków nastrój Luizjany połowy lat 90-tych i główny wątek rytualnych morderstw, wreszcie świetne są krągłości (wszystkie!) jednej z drugoplanowych aktorek, które przez dłuuugą scenę możemy podziwiać w pełnej krasie (i równocześnie zazdrościć obrzydliwego szczęścia Harrelsonowi). Jej oczy też są świetne, żeby nie było, że nie zauważyłem, bo zauważyłem. To właśnie opowiadania Chambersa były inspiracją dla twórców serialu, a czujni wydawcy nie pozwolili nam długo czekać na możliwość samodzielnego zapoznania się z tą „klasyką grozy”. I cudzysłowu użyłem nieprzypadkowo, bo rozsądny czytelnik bierze poprawkę na tego rodzaju slogany, szczególnie doprawione rozpoznawalnymi nazwiskami. No wiecie, że niby Lovecraft podczas czytania Chambersa ze strachu przykrywał się kołdrą na głowę, a Stephen King do dzisiaj nie może przestać drżeć, gdy słyszy o Królu w Żółci. Tak, na pewno, mhm.

W skład zbioru wchodzi siedem opowiadań różnej długości i – rzecz jasna – jakości. Cztery z nich stanowią tzw. cykl Króla w Żółci i łączy je element tajemnej księgi oraz równie tajemniczego bełkotu o królach (obowiązkowo w żółci, czy też  żółtych; Azjaci?), Carcosie (legendarne, przeklęte miasto o nieznanym położeniu), Widmie Prawdy, Bladej Masce i innych szyfrach, które mają budować napięcie oraz mistyczną otoczkę, ale idzie im nieco koślawo. Te cztery opowiadania nie zrobiły na mojej stalowej psychice żadnego wrażenia, jednak kilka udanych elementów mógłbym docenić. W zasadzie najlepiej w tym gronie wypada Naprawiacz reputacji ze swoimi Komorami Śmierci i drapanym przez kocicę (taki fetysz) panem Wilde. Jego kreacja jest nieco przerysowana, no ale. Opowiadania Maska oraz Żółty Znak są poprawne i nic więcej. Mógłbym się pożalić, że są zbyt krótkie, ale wtedy co miałbym napisać o W Smoczym Dworze, który liczy całe dziesięć stron? Że czytałem dłuższe paragony z zakupów?

Pozostałe trzy opowiadania są samodzielnymi i odrębnymi tworami, a także, szczerze mówiąc, są zwyczajnie lepsze. Nie obyło się bez kilku bzdurek, ale w tym momencie poprzeczka oczekiwań czytelnika jest już na tak niskim poziomie, że triumfalnie przeskoczyłby ją nawet pośledni literat, nawet Paulo Coelho. Zastanawiam się jedynie, dlaczego w co drugim opowiadaniu musi pojawić się tajemnicza kobieta, która rozmawiając z bohaterem znika nagle, gdy ten odwróci od niej wzrok. A ten głupek się dziwi: gdzie też ona się podziała, czy ja zwariowałem i mam omamy? Takie nagłe znikanie jest niegrzeczne i byłem pewien, że potrafi to tylko Batman podczas rozmowy z komisarzem Gordonem.

Wygląda na to, że twórczość Chambersa z trudem znosi próbę czasu. Psioczyłem nieco na Lovecrafta, ale teraz widzę, że stoi on co najmniej klasę wyżej w swojej dziedzinie i coraz bardziej doceniam jego kunszt. W porównaniu z nim Chambers wydaje się zbyt pobieżny, niecierpliwy w budowaniu atmosfery i mniej umiejętny w doborze elementów grozy. W moim odczuciu oczywiście, ale zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej się na horrorach nie znam. Nie przyspieszyła bicia mojego serca sekta Kuen-Yuin, a ich guru Yue-Lao nasuwał mi skojarzenia z jakimś ukrytym wojownikiem z Mortal Kombat. Nie budzi we mnie trwogi myśl o Żółtym Królu, bo ten jest tak tajemniczy, że aż zbyt tajemniczy, przez to niestraszny. Wreszcie nie poraziły mnie swoją groteską sztuczne, woskowe uszy starca bez palców. Zamiast tego zacząłem zastanawiać się nad praktycznością takich uszu i techniką ich zamocowania. Czy ze mną jest coś nie tak?

Jestem już dużym chłopcem i wcale się nie bałem, proszę Pana.

Advertisements

5 uwag do wpisu “Król w Żółci – Robert W. Chambers

  1. Mieliśmy z Kotem brzydkie podejrzenia, że tak to właśnie wygląda… Detektywowi trzeba przyznać, że narobił smaka na Carcossę doskonałym klimatem, ale chyba sobie odpuszczę tę książkę, tym bardziej, że jeśli chodzi o Lovecrafta i jego sfery, to rozbija się o mnie jak morze o betonowy falochron.

  2. No co Ty piszesz! Ja pokochałam Chambersa, tak jak kocham Lovecrafta, Poe, Blackwooda i Kinga <3 To może być tak, że horror, a w tym wypadku weird fiction wcale nie są dla Ciebie :) Groza nie wynika wcale z sytuacji, ale z kosmicznej pustki, która wcale nie jest pustką, a która ogarnia bohaterów, doprowadzając do szaleństwa. Bo Król Żółci jest właśnie synonimem obłędu (nie jest postacią, chyba, że zajrzysz do kanonu Lovecrafta – tam spokrewniony jest z samym Cthulhu)) i dlatego jest tak straszny, bo odbiera istotę człowieczeństwa. To symbol jedynie.
    No ale tak jak napisałam – nie dla wszystkich :)

    1. Ja zdaję sobie sprawę, że nie jest postacią ten cały Król w Żółci, ale Cthulhu też nie jest w ścisłym sensie, a w jakiś dziwny sposób na mnie zadziałał. Niby kosmiczny byt, niby praistota, ale był choćby w minimalnym stopniu „namacalny” i w związku z tym lepiej działał na wyobraźnię, łatwiej napełniał grozą. Król w Żółci jest jedynie symbolem, a symbole mnie nie przerażają. Być może Król w Żółci wpędza w obłęd bohaterów, ale te ładunki elektryczne nie przeskakują na mnie. Jako ciekawostkę dodam, że wspomniany Król i każde wspomnienie o nim w serialu Detektyw potrafiło wzbudzić we mnie niepokój. Ten sam Król w prozie Chambersa już nie. Może ja jestem upośledzony i niezdolny do poddania się grozie, a może to literackie zagrywki Chambersa są lipne. A może weird fiction jest dla mnie zbyt weird, bo fikcję akurat toleruję.
      Tak czy inaczej, musimy z tym żyć :)

      1. Musimy ;) „True Detective” genialnie obudował Króla w Żółci, dodał perfekcyjne tło (Luizjana ma w sobie te obłędne fluidy) i faktycznie zadziałało to doskonale na wyobraźnię – tu zgadzam się całkowicie. W ogóle tak dochodzę do wniosku, że pomysł Chambersa lepiej wykorzystali inni niż on sam, ale jednak koncept był jego i tu warto docenić :D

  3. Owszem, jeśli założymy, że „Detektywa” otrzymaliśmy dzięki Chambersowi, to z pewnością warto jego koncept docenić. W ten sposób można nawet być mu wdzięcznym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s