Imię róży – Umberto Eco

imie rozySą książki, które srogo zawodzą czytelnika, bo nie dają mu tego, czego się spodziewał i na co liczył. Są też książki, które miło zaskakują, kiedy to bez większych nadziei, być może nawet z lekkim sceptycyzmem podchodzi się do lektury, a po wszystkim zostaje konkluzja, że było lepiej, niż się wcześniej zakładało. Wreszcie są też książki kropka w kropkę odpowiadające wyobrażeniom i dokładnie takie, jakich się spodziewano. Myślę sobie teraz, że taki uniwersalny (i nie oszukujmy się – mało odkrywczy) podział funkcjonuje w wielu dziedzinach, ale mnie akurat ładnie przypasował do książek, bo przecież o nich staram się pisać. I Imię róży mógłbym przyporządkować do tej trzeciej, najmniej spektakularnej oraz budzącej najmniej emocji grupy powieści, które sprostały oczekiwaniom, ale nic ponadto. Oczywiście chodzi o moje oczekiwania, ale nikogo nie obliguję, by miał takie same, bo ja w ogóle staram się być mało zobowiązujący, choć nie zawsze skutecznie. Bądźmy jednak ze sobą szczerzy: czego można wymagać od książki, w której główne role obsadza zgraja zakapturzonych mnichów? Sam fakt, że nie uśniemy z nudów uważam za sukces, no ale klasyka literatury niby, więc może jednak wydarzy się coś przynajmniej względnie ekscytującego? Byłoby miło ze strony autora. Taką postawę obrałem i choć podczas lektury zdarzały się momenty gorsze oraz lepsze, to zasadniczo nie mogę mieć do Eco żalu, bo nie rozczarował. Że również nie oczarował, to inna para kaloszy.

Nie muszę po raz kolejny utyskiwać, jak bardzo w literaturze nie lubię mnichów i za jak okropnych nudziarzy ich uważam? W Imieniu róży stężenie zakonników na metr kwadratowy osiąga pułap przeze mnie do tej pory niespotykany i nadal nie wiem, jak ja pozwoliłem się w ogóle namówić na lekturę. Nie będzie specjalnym zaskoczeniem, że i tym razem panowie w habitach mnie nie zawiedli, bo w zaskakiwaniu są raczej kiepscy – kilkanaście razy skutecznie mnie znużyli swoim pytlowaniem o teologii czy moralności, ale rozumiem, że taka ich rola. Potencjał rozrywkowy równy zeru. Tym łatwiej było mi pojąć, że ktoś postanowił ich zabijać, jednego po drugim. Mogłem nawet utożsamiać się z mordercą, który pewnie wyszedł ze słusznego założenia, że albo oni go zagęgają na śmierć, albo on ich uprzedzi i zastosuje skuteczniejsze narzędzia, by zakończyć żywot tych chodzących tabletek nasennych. Tak, wiem, że wątek kryminalny jest tylko jedną z kilku płaszczyzn, na których można odbierać tę powieść, ale cóż poradzę, że najciekawszym i wolałbym na nim się skupić.

Otóż do jednego z włoskich opactw przybywa mistrz Wilhelm ze swoim giermkiem uczniem, młodocianym nowicjuszem Adso. Ma się odbyć jakieś spotkanie i dyskusja na tematy wiary oraz religii, ale kogo by obchodziło o czym oni tam mają zamiar mendzić przy stole. Ważne, że przy okazji znajdujemy zwłoki jednego z mnichów, a ponieważ okoliczności jego śmierci nie są znane, mistrz Wilhelm podejmuje się ich wyjaśnienia. Warto zaznaczyć, że Wilhelm aspiruje do zakonnego odpowiednika Sherlocka Holmesa czy innego detektywa Monka, bo najwyraźniej znudziła mu się rola inkwizytora i palenie heretyków na stosach (akcja ma miejsce w średniowieczu, gdy było to modne, choć nie zakładano o tym blogów), więc zaczyna węszyć morderstwo. Jego pupilek Adso, niczym ślepy cielak, nie odstępuje swojego nauczyciela ani na krok i aby w jakiś sposób wytłumaczyć jego obecność, powierzono mu czasem kaganek (bo ciemnawo w tym klasztorze), ale przede wszystkim narrację powieści. Lojalnie więc uprzedzam, by przygotować się na trochę jego kłapania dziobem oraz patetycznych uniesień nad architekturą, obrazami, przenikliwością mistrza, a nawet – uwaga! – wdziękami kobiety. Jednej. I tylko przez chwilę. Ale dobre chociaż tyle, bo w tym opactwie trupy są milej widziane, niż kobiety (tfu!).

Śluby zakonne trzymają nas z dala od tego gniazda zła, jakim jest ciało kobiety.*

Zuchy!

Ile by nie drwić, to trzeba oddać autorowi pokłon, bo miejsce akcji mu się udało. Oddzielone od reszty świata opactwo jest wystarczające mroczne i tajemnicze, by czytelnik z łatwością poddał się atmosferze powieści. Mnóstwo tu niepokojących zakątków, w których chyba nikt by nie chciał się obudzić po pijackiej nocy. Poznamy kilka złowieszczych postaci – jak to często bywa w takich przypadkach – mówiących zagadkami i skrywających osobiste sekrety. Nie zabraknie również tajemnych przejść oraz równie tajemnych mechanizmów te przejścia odsłaniających, ale przede wszystkim na pierwszym planie błyszczy biblioteka. Kiedy byłem w podstawówce to szkolna biblioteka mnie przerażała, bo rezydowała tam pani, która ciągała niegrzecznych chłopców nie tradycyjnie za uszy, ale za pejsy. Bolało prawdopodobnie bardziej, niż za ucho. Powieściowa biblioteka jest mimo wszystko bardziej przerażająca (ale niewiele) i nocne błąkanie się po jej licznych pomieszczeniach to bodaj najmocniej trzymające w napięciu fragmenty.

Umberto Eco się wybronił z pozornie beznadziejnej sytuacji, w którą sam się wpędził, gdy za głównych i jedynych bohaterów powieści wybrał mnichów. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli napiszę, że na jednym zgonie zakonnika się nie kończy. Paradoksalnie to właśnie kolejne morderstwa tchnęły trochę życia w powieść – tak to zazwyczaj bywa w kryminałach. I choć Imię róży postrzega się jako powieść wielowątkową i okraszoną wieloma znaczeniami, to najchętniej sklasyfikowałbym ją jako kryminał właśnie. Sądzę, że nie wyrządziłbym jej tym zawężeniem żadnej krzywdy. Bo pomimo faktu, że fabuła nie należy do specjalnie widowiskowych, to jest solidna, nastrojowo spójna oraz odpowiednio przytłaczająca zgrozą i ponurą aurą późnej jesieni gdzieś u podnóży gór.

* Umberto Eco, Imię róży, tłum. Adam Szymanowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993, str. 159

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Imię róży – Umberto Eco

  1. Ach, jak ja uwielbiam „Imię Róży”! I powieść, i film :) Szkoda, że takie masz obłe wrażenia z lektury, ale sama nie wiem, bo może gdybym przeczytała teraz, to też bym tak miała? Hm.

  2. Może to nie wynika jasno z tekstu, ale uważam „Imię róży” za książkę dobrą z bardzo dobrymi fragmentami. A już w kategorii powieści z mnichami w głównych rolach to zdecydowanie jest najlepsza. Po prostu lubię się znęcać nad zakonnikami i poniosła mnie sadystyczna natura, ale poza krótkimi momentami znudzenia nie mam „Imieniu róży” nic do zarzucenia. Spodziewałem się solidnej oraz wciągającej nastrojem historii i ją dostałem. Nie jest dla mnie dziwnym, że można ją uwielbiać.

  3. Anonim pisze:

    Dla pustelnika transakcja ta bylaby jak klebisty oblok przykrywajacy na moment palace slonce, dla trawy jak burzowa chmura lejaca deszczem bez opamietania, dla mnie jest bezchmurnym niebem pozbawionym niespodzianek, pieknym, uspokajajacym blekitem – taki oto komentarz znalazłam na allegro:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s