Po słowiczej podłodze – Lian Hearn

po slowiczej podlodzeI weź tu uwierz kobiecie. To miał być pierwszy tom trylogii nazywanej Opowieściami Rodu Otori, tak przynajmniej twierdziła autorka, która potem zmieniła zdanie i dopisała czwarty tom, bo kto jej zabroni. I teoria o trylogii poszła się kochać. Następnie, najwyraźniej zadowolona ze swojego niezdecydowania, zmieniła zdanie po raz kolejny i stworzyła tom piąty, zawierający tym razem wydarzenia poprzedzające te z wcześniejszych czterech. Jak to się mówi – prequel. I teraz nie wiem, bo póki miałem przekonanie, że całość liczy trzy książki, to byłem gotowy je przeczytać. Nagle okazuje się, że jest ich pięć i nikt nie da mi gwarancji, że zanim je przerobię, to nie powstanie szósta. Bo póki autorka żyje, kłamczucha jedna, to ja z pewnością jej nie uwierzę. W wyrazie protestu i zadzierania nosa postanowiłem, że drugiego tomu już nie przeczytam. Hearn z pewnością będzie srodze zawiedziona, ale nie dam się przebłagać. Decyzja była tym łatwiejsza, że Po słowiczej podłodze najzwyczajniej mnie rozczarowało jako powieść fantasy, bo za taką ponoć uchodzi, a im bardziej się zastanawiam, tym więcej wad dostrzegam. Bo choć dziele Hearn niewiele można zarzucić na gruncie stylu i kanwy, tak fabularnie kuleje wyraźnie, a oklepani jak pośladki prostytutki bohaterowie nie są w stanie wzbudzić większych emocji. Trochę szkoda, ale jednocześnie rozwiązuje to mój dylemat czy czytać dalej trylogię.

Hearn zachłannie zaczerpnęła z tradycji feudalnej Japonii, co z pewnością zaliczam jako zaletę, bo okres ten uwielbiam na poziomie porównywalnym z westernem. Powołano więc do życia fikcyjną krainę z równie fikcyjnymi bohaterami i wydarzeniami, ale trudno wyzbyć się wrażenia, że czytamy o Japonii. Tej do przesady honorowej i okrutnej Japonii, o tak samo silnych, co specyficznych tradycjach, które nie pozwalały na otwartą miłość, ale w zamian dawały prawo do zemsty. Tradycją było również, by często klęczeć z twarzą ku ziemi i wozić ze sobą w jukach głowy poległych oraz prezentować je szerszej publiczności. To po części wynikało z tradycji zemsty, a po części to pewnie niezły szpan, choć ja tego rodzaju bufonady do końca nie rozumiem.

Niemniej właśnie na skutek obawy przed zemstą narodziła się koncepcja słowiczej podłogi. W czym rzecz? Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż wszyscy najpotężniejsi możnowładcy tak bardzo lękali się sytuacji, w której ktoś w nocy przyjdzie i ukradnie im głowę, że zlecali budować wokół swojego legowiska podłogę skrzypiącą przy nawet najmniejszym nacisku. Zwolennicy romantyzmu powiedzieliby, że podłoga śpiewała jak słowik, ale umówmy się, ona jedynie ładnie skrzypiała. A nawet ja mam skrzypiący parkiet i dotychczas nie przyszło mi do głowy, by nazywać go słowiczą podłogą. Rzecz jasna to wszystko miało utrudniać skrytobójcom bezszelestne zakradnięcie się do ofiary, ale na co dzień musiało trochę irytować. Co w tym wszystkim najciekawsze, to fakt, że słowicze podłogi (uguisu-bari, gdyby ktoś pytał) istniały, a nawet istnieją nadal. I zapewne wciąż skrzypią, choć mnie wystarcza mój parkiet.

Trochę zwlekam z zarysem fabuły, bo tak naprawdę nie ma specjalnie o czym pisać. Głównym bohaterem jest nastoletni wieśniak Takeo, któremu przytrafiają mu się różne mniej lub bardziej interesujące rzeczy, aż w końcu trafia on na dwór i pod opiekę jednego z potężnych rodów. Chłopak zaczyna dojrzewać, ale zamiast poczciwej mutacji trapi go syndrom wyczulonego słuchu – słyszy każdy szept, krok i szelest. Należałoby współczuć jego rodzicom chcącym się pokochać, gdy Takeo śpi w pokoju obok. Ale on rodziców już nie ma, więc w całości poświęca się nauce oraz szkoleniu swoich niespotykanych zdolności, chcąc najwyraźniej zostać nindżą (jak ja mu zazdroszczę). Równolegle możemy śledzić losy Kaede – piętnastoletniej ślicznotki, która ma niewiele do gadania i bez sprzeciwu musi zostać żoną dwukrotnie starszego od niej mężczyzny (jak ja mu zazdroszczę!). Jednak zanim to nastąpi, dochodzi do jej przypadkowego spotkania z Takeo. W efekcie pochodnia uczuć między nimi rozpala się już od temperatury pierwszego wejrzenia, ale dalszy przebieg tej miłości jest, delikatnie mówiąc, mętny i sztampowy.

Ogólnie rozwój fabuły nie robi większego wrażenia. Podczas lektury nieszczególnie ten fakt jeszcze przeszkadza, ale kiedy przeanalizować całość po kilku dniach, to coraz trudniej zachować dobre wspomnienia. Poszczególne wątki niczym nie zaskakują, a jeśli autorka postanawia już złamać przewidywalność następujących po sobie wydarzeń, robi to kosztem realizmu i spójności. Koronnym przykładem są tutaj kulminacyjne momenty w pałacu, gdzie wkrada się narracyjny chaos, nierealność i brak logiki w zachowaniu bohaterów. Seks w samym ogniu bitwy? Poważnie? Najwyraźniej sama autorka niespecjalnie to sobie wyobrażała, bo odwróciła wzrok w najciekawszym momencie i zafundowała czytelnikowi klasyczne zaciemnienie sceny. Od czasu do czasu Hearn próbuje potrząsnąć czytelnikiem, ale nawet jeśli którejś postaci zdarza się śmierć, to jest ona tyleż samo poruszająca, co spodziewana.

O samych bohaterach niewiele dobrego można napisać, bo ci nawet nie próbują wychodzić poza pewne ramy zachowań. Takeo i Kaede nudzą tak bardzo, jak tylko nudzić mogą pozbawione humoru perypetie miłosne nastolatków. Pan Otori to człowiek o złotym sercu i serdecznym uśmiechu w każdej sytuacji. Kenji to nauczyciel i jak na wymagającego mistrza przystało, jest dla Takeo surowy. Główny szwarccharakter jest okrutny, lubieżny, bezwzględny i Hearn włożyła masę wysiłku, by czytelnik go przypadkiem nie polubił (to byłoby takie niepożądane!). Shizuka jest… no dobra, Shizuka jest fajna i nie razi. Ale jak to mówią: wśród ślepców jednooki królem, a raz w roku to i dupa błyśnie.

Po słowiczej podłodze nie wytrzymuje krytycznego spojrzenia z perspektywy czasu. Powieść założenia ma świetne, całkowicie w moim guście, elementy fantasy są subtelne i do przełknięcia nawet dla zwolenników realizmu, styl również nie przyprawia o zgrzytanie zębów, więc aż trochę żal, że cała reszta jest pozbawiona ikry, a na bohaterów zabrakło pomysłu. Dochodzę do wniosku, że Hearn może napisać jeszcze osiem kolejnych tomów, bo mnie to już nie interesuje.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Po słowiczej podłodze – Lian Hearn

  1. Fgh pisze:

    Dość dawno temu czytałem, ale pamiętam, że oryginalną trylogię wciągnąłem jednym tchem :) Nastawienie do czytanej książki chyba wyszło w recenzji :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s