Snuff – Chuck Palahniuk

Snuff_Chuck-PalahniukNaturalnie, że obejrzałem w życiu trochę filmów porno. Trochę więcej, niż trochę. Co ciekawe – chyba żadnego w całości, ale to pewnie nie tylko ja. Być może nie zabrzmi to najlepiej, ale przed erą powszechnego Internetu odbywały się organizowane wspólnie z kolegami seanse, kiedy to szturmowaliśmy wypożyczalnię kaset wideo i gremialnie wybieraliśmy z niepozornego, ukrytego w kącie segregatora najlepiej zapowiadający się według okładki film. Dyskusja była burzliwa: „o, są podwiązki, bierzemy ten”, „nie, włoski, musi być włoski, włoskie są najlepsze”, „w tym jest Sylvia Saint, ja bym go wziął”, „patrzcie na te pielęgniareczki” i takie tam. Wstydu nie mieliśmy, a pani zza lady tylko przewracała oczami. Potem zgrzewka piw, przewijanie od sceny do sceny (jeśli był pilot to luksus, jeśli nie, to najmłodszy za karę siedział przy odtwarzaczu, dusząc przyciski) i żywa wymiana opinii dotyczących gry aktorskiej, montażu, a także fabuły. Istny kącik krytyków filmowych i rozrywka prawdziwych mężczyzn, dla których był to jedyny kontakt z seksem na jaki mogli sobie pozwolić. Uprzedzam pytania: nie było porównywania długości członków i wspólnej masturbacji, nie byliśmy ze sobą aż tak blisko, choć każdy dyskretnie obserwował krocze kolegów, czy aby nie robi się za ciasne. Łezka się w oku kręci na wspomnienie. Ale wystarczy już mojego ekshibicjonizmu emocjonalnego, bo Palahniuk też obejrzał w życiu sporo filmów dla dorosłych, a dodatkowo mocno zainteresował się kulisami branży. Efekt? Powstała powieść poświęcona w całości filmom pornograficznym, ale czad. I jak to u Palahniuka – będzie zabawnie, będą przemycone w tekście branżowe niuansiki i ciekawostki, nie obędzie się bez ironicznej krytyki, będzie też nad wyraz brawurowo i obscenicznie.

Snuff – pojęcie odnoszące się przede wszystkim do filmów, które jakoby miały przedstawiać sceny faktycznego morderstwa, gwałtu czy też tortur. Czyli tak realistyczne, że aż prawdziwe, żadnego keczupu. Filmy, w których krytykowanie gry aktorskiej (szczególnie roli ofiary) jest mocno nie na miejscu. Niestety, tego rodzaju dzieł próżno szukać w ramach dodatku do Vivy, czy Twojego Stylu. Co więcej, istnienie filmów z gatunku snuff nie zostało oficjalnie potwierdzone i jest traktowane w kategoriach miejskich legend (nagranie przypadkowego zgonu na komórkę się nie liczy).

Chyba wszyscy sobie zdają sprawę, że zawód gwiazdy porno nie należy do łatwych. Wiadomo, że będąc gołowąsem i ślęcząc czasem nad zadaniem domowym z matematyki, którego nie sposób było z żadnej strony ugryźć, trzaskało się demonstracyjnie zeszytem, wrzucało go z rezygnacją do plecaka i tłumaczyło przed samym sobą słowami: trudno, znowu będzie pała, najwyżej zostanę striptizerem, albo gwiazdą porno. O naiwności! Późniejsze lata brutalnie zweryfikowały te plany, kiedy przy okazji seansów porno widziało się kolejnego monstrualnych rozmiarów penisa, przy którym nasz własny prezentował się jak ubogi, niedożywiony i zgarbiony krewny. Trudno było zatem mówić o jakiejś rywalizacji – nokaut, deklasacja i poniżenie. Gwiazdy porno urastały wtedy do rangi mitycznych herosów i superbohaterów, co to mają wystrzałowo klawe życie, a przecież ich też dopadają czysto ludzkie dramaty. Ciągła walka o erekcję (stąd zapotrzebowanie na zawód fluffera), obowiązki tam, gdzie inni odnajdują przyjemność, zamartwianie się licznymi niedoskonałościami własnego ciała (pionowe paski wyszczuplają, ale trudno cokolwiek ukryć na golasa), kwestia niechcianych, przypadkowo powołanych do życia dzieci oraz problem z rozmazanym makijażem – to wszystko oczywiście znajdzie odzwierciedlenie w powieści Palahniuka, bo ten raczej nie przebiera w słowach i nie pomija milczeniem niczego. Opary absurdu spowijające fabułę sprawiają, że treść, pomimo chwilami lekkiego niesmaku, nie mierzi a prędzej bawi. Bo co jak co, ale poczucia czarnego humoru Chuckowi odmówić nie mogę.

Fluffer – osoba na planie filmowym odpowiedzialna za erekcję aktorów. Fluffer ma za zadanie utrzymywać w gotowości wzwody męskiej części obsady aktorskiej znajdującej się aktualnie poza kadrem, by szpady zawsze były odpowiednio naostrzone w momencie, gdy trzeba będzie zrobić z nich użytek. Wysokiej klasy fluffer z pewnością ma swoje tajemne techniki zapewniające mu sukces w branży i nie cofa się przed niczym. Zaleca się, by był znawcą w dziedzinach psychologii, farmaceutyki, masażu a także seksu oralnego.

A! Że o fabule nie wspomniałem? Otóż podstarzała gwiazda porno Cassie Wright, przed rychłym przejściem na emeryturę postanawia dokonać jeszcze jednego, ostatniego skoku życia. Stworzyć swoje opus magnum. Zatrząść branżą i odejść z hukiem. Zdobyć szczyt, a raczej 600 kolejnych męskich szczytów. Bowiem Cassie Wright decyduje się pobić rekord świata i przed kamerami zadowolić sześciuset mężczyzn, jednego za drugim, drugiego za trzecim, po kolei, bez przerwy. Chętnych do zapisania się w historii kina porno nie brakuje – na nagranie przybywa pełna obsada sześciu setek mężczyzn. Różne rasy, członkowie wyniszczających się wzajemnie gangów, różne idee, różne metryki, jeden wspólny i precyzyjny cel – krocze Cassie Wright. Panowie cierpliwie czekają na swoją kolej, zajadają czipsami i dzielą między sobą anegdotkami. Nie wszyscy są zawodowcami i choć nie mogło pośród nich zabraknąć „najbardziej imponującego dłuta w branży” (równie podstarzałego co pani Wright), to poznamy też wypalonego gwiazdora telewizji (o trudnej do pozazdroszczenia przeszłości seksualnej), a także domniemanego syna Cassie (najwyraźniej mogącego się pochwalić kompleksem Edypa i licznymi stosunkami z dmuchaną lalką). W początkowo beztroską atmosferę z czasem zaczyna wkradać się zniecierpliwienie mężczyzn i łatwy do odnotowania niepokój. Panowie uświadamiają sobie, że być może nie chodzi jedynie o rekord i są tutaj po to, by przed kamerami widowiskowo zerżnąć Cassie Wright na śmierć.

Jeśli koniecznie chcecie wiedzieć, to zanim zarejestrowałem jej debiut filmowy, doprawiłem jej dietetyczną colę beta-ketaminą i demerolem. Ustawiłem kamerę na trójnogu tuż przy materacu, a potem rżnąłem Cassie w każdy otwór, wszędzie, gdzie się dało.
Ponieważ tak mocno ją kochałem*.

Wybaczcie moje nieokrzesanie i ordynarność, ale taki właśnie jest Snuff i dobrze mieć tego świadomość. Palahniuk nigdy nie przejmował się poprawnością czy taktownością, bezlitośnie punktując stereotypy, filozofie i pokazując, że stale nie brakuje mu bystrości w obserwowaniu brudów naszej codzienności. Temat mógłby się wydawać tyleż samo chwytliwy, co kontrowersyjny, ale przecież porno od dawna nie jest już przedmiotem tabu, a przynajmniej nie powinno. Bo to bywa fascynujące, gdy trafiasz na porno-adaptację Scooby-Doo z misternie przygotowaną scenografią, kostiumami i trafnie dobraną obsadą. Myślisz sobie wtedy ile to musiało wymagać pracy, zaangażowania i dystansu do samego siebie, na który stać tylko największych, hollywoodzkich aktorów! No dobra, przesadziłem, ale z pewnością to zabawne.

Nie będzie więc zbędnej pruderii, a branża porno zostanie potraktowana przez Palahniuka tak jak każdy inny produkt dla mas – precyzyjnie, z werwą, ale też dystansem i zaciętą drwiną. To na swój sposób zabawnie uderzające, gdy ekranowa para namiętnych kochanków po zakończeniu ujęcia przybija sobie piątkę gratulując udanej sceny, po czym się ubierają, by bez żalu pognać do własnych domów. I Snuff pośród tego seksualnego rozpasania i rozluźnienia jest zabawną, ironiczną powieścią (choć w mojej opinii zwieńczoną co najmniej głupim finałem). Już same z  finezją wymyślone tytuły fikcyjnych filmów porno pozwalają z większą przychylnością spojrzeć na temat. Śliskie stukania trzeciego stopnia? Listonosz zawsze puka dwa razy? Penis Rozrabiaka? Walibaba i czterdziestu rozchujników? Jeśli to nie przekona pasjonatów literatury, to z pewnością zrobią to Jądra w ciemności.

Aż się przypomina kultowa scena z Clerks. I wiem, że bawi tylko prymitywów o niewyszukanym poczuciu humoru, ale twórczego kunsztu słowa w niej nie brakuje.

* Chuck Palahniuk, „Snuff”, tłum. Elżbieta Gałązka-Salamon, wyd. Niebieska Studnia, 2013, str. 205

Reklamy

6 uwag do wpisu “Snuff – Chuck Palahniuk

  1. Haha! Prześwietny tekst! „Snuff” czeka sobie spokojnie na czytniku i właśnie przed chwilą (nie ukrywając, „Jądra w ciemności” tylko podbiły stawkę) podskoczyła kilka oczek w górę na nieskończonej liście „do przeczytania zaraz, za chwilę” :) Przedoskonałe.
    A propos snuff, to akurat wczoraj wieczorem miałam seans z filmem „8mm”, więc bardzo tematycznie wyszło :)

  2. Tak, „Jądra w ciemności” zachęcają (jakkolwiek źle to nie zabrzmi w mojej klawiaturze). Dostrzegłem również „Zajeździć drozda”, ale nie czytałem jeszcze powieści Harper Lee, więc nie wiem jak się odnieść. A moja lista „do przeczytania” również żyje własnym życiem, stale rozszerzana, modyfikowana i poddawana kompromisom, więc wiem, że to zajęcie na całą dobę.
    Swoją drogą papierowy egzemplarz „Snuff” cierpi na pewną ułomność, gdyż… brakuje w nim kilku stron. Feler popełniony przez wydawnictwo już przy okazji przygotowań do druku. W kolejnych wydaniach zostanie to zapewne poprawione, ale kiedy i czy w ogóle doczekamy się drugiego wydania? Wszędzie nadal dostępne jest pierwsze (a już przecież ponad rok po premierze) i nie spodziewam się, że któregoś dnia zapotrzebowanie na „Snuff” było na tyle duże, by opłacało się uruchamiać drukarnię. Tymczasem brakujące strony dostępne są w formie .pdf na fejsbukowej stronie wydawnictwa, wraz z solennymi przeprosinami od osoby odpowiedzialnej.
    Ale okładka (jak zwykle w przypadku powieści Palahniuka od Niebieskiej Studni) wynagradza wszystko.

    1. O! To jakaś masakra – w sumie to od razu powinien być dodruk i podmiana :/ Mam w wydaniu ebookowym na szczęście i w oryginale, więc takiej jazdy nie będzie.
      „Zajeździć drozda” – hahaha! Już mogę Ci napisać, że nie da się odnieść ;)

  3. koval pisze:

    „Walibaba i czterdziestu rozchujników” ahahah dzięki za przypomnienie :D Tak przy okazji wiadomo co z tą Niebieską Studnią? Po wpadce z brakującymi stronami w Snuff jakoś cicho się u nich zrobiło. ;/

  4. Nie wiem, Palahniuki im się skończyły, więc wydawnictwo pewnie przestało istnieć.
    Ale gdybym był prorokiem, to obstawiałbym, że po cichu dłubią przy tłumaczeniu kontynuacji „Potępionych” (wydana w 2013 roku w USA „Doomed”), bo to obecnie jedyna opcja po wyczerpaniu zaległości. Później przyjdzie pora na zapowiedziane przez autora na ten rok co najmniej intrygujące „Beautiful You”.
    Niebieska Studnia po prostu wypstrykała się z możliwości i musi czekać. Przynajmniej będziemy na bieżąco.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s