Na południe od Brazos – Larry McMurtry

na poludnie od brazos1Ile mogłem mieć wtedy lat? Dziesięć, może dwanaście? I jak przystało na irytującego młodszego brata wykorzystującego nieobecność sióstr, dzielnie (a przecież z narażeniem życia) myszkowałem po ich szufladach oraz szafkach. Na jednych drzwiczkach znajdował się przyklejony od wewnętrznej strony i samodzielnie wykonany kalendarzyk, który prawdopodobnie miał siostrze ułatwić zrozumienie prawideł cyklu miesiączkowego. Uznałem, że to mało ciekawe, bo nie miałem pojęcia co to takiego (nadal jest ono bardzo mgliste). Niezrażony podjąłem poszukiwania i po chwili znalazłem TO. Strona wydarta prawdopodobnie z jakiegoś czasopisma dla dorosłych, a na niej scena od której niełatwo było oderwać wzrok. Podejrzewam, że wypaliła się ona na tylnych ściankach moich gałek ocznych. Przedstawiała opartego plecami o wielki głaz kowboja. Nie dało się nie zauważyć, że miał on spuszczone do kostek spodnie, tymczasem drugi kowboj w przycupnięciu i z atencją podziwiał imponującego penisa tego pierwszego. Po latach jestem przekonany, że obrazek wyraźnie sugerował seks oralny. Dumny jak paw ze swojego znaleziska, kilka dni później pokazałem scenę koledze i chichotaliśmy do rozpuku. Jak pomyślę o tym teraz, to wydaje mi się, że sytuacja mogła sprawiać wrażenie co najmniej dwuznacznej, bo – jakby na to nie spojrzeć – zaprosiłem kolegę do wspólnego podziwiania namiastki porno w wydaniu męsko-męskim i, sądząc po wypiekach na naszych twarzach, podobało nam się. Ach, te codziennie zaskakujące nas czymś nowym dzieciństwo. Co ciekawe, nie ze szczenięcych lat wywodzi się moja pewnego rodzaju fascynacja kowbojami oraz Dzikim Zachodem samym w sobie. W zasadzie trudno to nazwać fascynacją, ja po prostu lubię tę tematykę, tło i oprawę. Kwestią czasu oraz honoru rewolwerowca było więc, abym w końcu ustrzelił jedno z największych dokonań gatunku – Lonesome Dove, finezyjnie u nas przełożone na swojskie Na południe od Brazos. Moje słowa uznania, brawo. Klap. Klap. Klap.

Jeśli dobrze poszukać to na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku odnajdziemy małe, podłe miasteczko. Kilka chat na krzyż i obowiązkowy saloon-bar „Sucha Fasola”, w którym człowiek z melonikiem na głowie maltretuje pianino, podczas gdy szulerzy rżną w karty przy wspólnym stoliku. Obok jest nawet kościółek, który na niedzielne nabożeństwa pożycza z baru pianino. Ta pożałowania godna mieścina to właśnie Lonesome Dove, a podróżni zajeżdżają do niej jedynie z dwóch powodów. Pierwszym jest Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem znad Kapelusza (bo tak zwie się pobliski strumyk), gdzie można zaopatrzyć się w świeżego konia, kupić trochę bydła, słowem: ubić interes. Drugim, być może ważniejszym powodem dla którego warto zajrzeć do Lonesome Dove, jest urzędująca na piętrze „Suchej Fasoli” jedyna kurwa w mieście – Lorena. Jej sława i blask urody sięgają daleko poza horyzont, a kowboje przybywający zadrzeć jej spódnicę najczęściej się przy okazji w Lorenie zakochują. Ona sama podchodzi do sprawy pragmatycznie i na zimno, bo niespecjalnie jest w stanie z siebie wykrzesać choć odrobinę wiary w lojalność mężczyzn. Z czystym sumieniem można ją określić dzielną kurwą, bo niestraszny jej nawet największy oblech, póki płaci za szturchanie.

Przez kilka dni myślała, że może Tinkersley jednak ją kocha, lecz wkrótce on sam wyraźnie dał jej odczuć, jak ją ceni: mniej więcej tak jak dobre siodło. Chwilowo nie miała wyboru: musiała radzić sobie tyłkiem.*

na poludnie od brazos2Musimy jednak na krótko wrócić do Przedsiębiorstwa Handlu Bydłem znad Kapelusza, bo tutaj znajduje się środek ciężkości opowieści i kluczowi dla niej bohaterowie. Chyba nikogo nie obrażę, jeśli na pierwszym planie postawię dwóch zasłużonych weteranów wojen z Indianami – kapitanów Augustusa „Gusa” McCrae oraz Woodrow Calla. Dwaj panowie o zgoła różnym usposobieniu i nastawieniu do życia są właścicielami przedsiębiorstwa, a wokół nich mniej lub bardziej dynamicznie zmieniają się postaci poboczne. Nie widzę sensu tworzenia listy nazwisk, bo nie mam całego dnia. W ramach zarysu fabularnego wystarczy wiedzieć, że Call postanawia wraz z tysiącami sztuk bydła i tabunem koni opuścić przytulne Lonesome Dove oraz pognać na północ, by osiedlić się w Montanie. Augustus jest mocno sceptyczny, ale wsiada na własną chabetę i – jak przystało na przyjaciela – rusza bok w bok z Callem. Zapowiadają się więc tysiące mil w towarzystwie będącej na bakier z mydłem i wodą bandą trochę nieokrzesanych koniuchów; tysiące mil wypełnionych przygodą, kowbojskim rzemiosłem, porykiwaniem bydła, gderaniem Augustusa (wzorowo nakreślony bohater) oraz dwiema świniami, które mają ochotę być pionierkami i jako pierwsze o własnych racicach pokonać trasę z Teksasu do Montany.

W mocne zdziwienie i pewnego rodzaju konsternację wpędził mnie fakt, że Na południe od Brazos okazała się powieścią zabawną. No, tego się nie spodziewałem! Ale parokrotnie rechotałem cicho, czy to przy opisie melonika Buźki, czy też porównaniu jego dolnej wargi do klapy od juków. Albo to:

Miał wąsik niewiele grubszy niż sznurowadło, a jeździł na koniu niewiele grubszym niż ten wąsik.**

Albo to!:

Maude Rainey była gruba jak beczka. Piersi miała wielkie niczym kubły, a głos niezwykle donośny; zdaniem niektórych człowiek mógł nawet wyłysieć, znalazłszy się w jego zasięgu. W okolicach Lonesome Dove panowało przekonanie, że gdyby w młodości wyszła za Augustusa, całe ich potomstwo ogłuchłoby, słuchając takiego duetu. Przy stole mówiła tonem, jakiego często używają mężczyźni, powożąc zaprzęgiem mułów.***

Przecież to czysty majstersztyk i wirtuozeria słowa, mimo że fragmenty wyrwane z kontekstu nieco jednak flaczeją. Ale jest tego zdecydowanie więcej, bo w ekipie poganiaczy stale iskrzy na linii charakterów, więc z pewnością nudno nie będzie. Wzajemne złośliwości między kowbojami mają pazur, często śmieszą, a autor zaskakuje coraz trafniejszymi metaforami i niecodziennymi postaciami (przeurocza, trochę szalona i bosa Janey!).

W tym większe zdziwienie i głębszą konsternację wpadłem, gdy okazało się, że w połowie powieści przestaje być śmiesznie. Jak przystało na rasowy, szanujący się western, na scenę wkraczają liczne zagrożenia prerii: poczynając od ulewnych opadów (nie tylko deszczu), suszy, bandytów, morderczej fauny i przede wszystkim na czerwonoskórych miłośnikach skalpowania kończąc. Nagle okazuje się, że bohaterowie, którzy wcześniej dostarczyli nam tyle zabawnych chwil nie są nieśmiertelni, a niektórym zdarzają się rzeczy gorsze niż sama śmierć. I gwarantuję, że nie pozostawią one czytelnika obojętnym. Tak, humor w beztroskim wydaniu stopniowo zanika w trakcie lektury, a sporadyczne momenty dowcipnego rozluźnienia niosą ze sobą gorzki, metaliczny posmak stali i krwi. Ta przemiana jest w zasadzie niezauważalna i daleki jestem od poczytywanie tego za wadę, bo okoliczności i wydarzenia nie sprzyjają żartom, poza tym trzeba to napisać: Na południe od Brazos przez całą swoją długość jest powieścią wręcz doskonałą i lekturą obowiązkową dla gatunkowych fetyszystów.

— I tak jeździmy głównie po cudzych kościach. Pomyśl, ile bizonów zginęło na tej prerii. Bizonów i innych zwierzaków. No a Indianie: przecież oni zawsze tu byli. W ziemi jest mnóstwo ich kości. Podobno w starym kraju nie sposób wykopać dołu głębokiego na sześć stóp, żeby nie natrafić na czaszki, piszczele i różne inne gnaty. Ludzie żyli tam od początku świata, wiec w ziemi nazbierało się pełno kości. To ciekawe, jak człowiek sobie uzmysławia, ile jest w ziemi szkieletów. Ale wszystko to są szkielety naszych pobratymców, więc nie ma co się wzdrygać.****

To western totalny, kompletny w formie. Wybierz dowolny element, który powinien się znaleźć w powieści o Dzikim Zachodzie, a jestem przekonany, że prędzej czy później znajdziesz go pośród blisko tysiąca stron Na południe od Brazos. Pewnie, ekipa poganiaczy bydła ma wiele mil do pokonania i chwilami wydarzenia wyraźnie zwalniają, ale mogę zapewnić, że za jakiś czas ponownie uderzą niczym Indianin tomahawkiem, zaskakując przebiegiem i bezkompromisowością. To powieść nasiąknięta klimatem, pęczniejąca od motywów obowiązkowych dla gatunku. Z jednej strony ujęcie kompleksowe, z drugiej autor z należytą uwagą pochylił się nad detalami, pieczołowicie obrobił je we własnej wyobraźni i powierzył w spracowane ręce (albo tyłek – w przypadku Loreny) soczystych jak brzoskwinie bohaterów.

Zwolennicy tematu wiedzą, co powinni zrobić i już pewnie siedzą z kapeluszami na głowach, machając przy tym lassem, ale co z  pozostałymi czytelnikami? Cóż, w mojej opinii powinni również spróbować, bo humor zawarty w treści pomaga się rozpędzić i przebrnąć przez początek powieści, która później w zupełności wynagradza zaangażowanie. I absolutnie niczego jej nie brakuje. Jest wręcz wyborna.

* Larry McMurtry, „Na południe od Brazos”, tłum. Michał Kłobukowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991, Tom 1, str. 36
** Tamże, str. 174
*** Tamże, str. 177
**** Tamże, Tom 2, str. 156

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Na południe od Brazos – Larry McMurtry

    1. W tej chwili mam czas na większy komentarz, ale przecież nie będę komentował własnego wpisu. Spokojnych Bibliomiśku, na tyle spokojnych, byś miał czas.

  1. Pamiętam jak sam byłem zaskoczony „Na południe od Brazos”. Razem z „Witajcie w Ciężkich Czasach” pokazuje, że western może być nie tylko świetnie nakręconym filmem ale też świetnie napisaną powieścią.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s