Norwegian Wood – Haruki Murakami

norwegian woodMurakami mocno mi podpadł już przy lekturze pierwszego tomu 1Q84, kiedy to poczucie senności podczas czytania ustępowało jedynie irytacji w momencie, gdy trafiałem na kolejne zdanie o tym samym. Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby kontynuować tę nudną przygodę z kolejnymi tomami, ale obiecywałem sobie, że autorowi dam jeszcze szansę, bo jak Leonardo DiCaprio od lat czeka na swojego Oskara, tak Murakami rokrocznie jest w gronie faworytów do Nobla i wciąż nie może się go dochrapać. Trochę się nie dziwię, bo krąży opinia, że (w przeciwieństwie do Leosia i jego warsztatu aktorskiego) Japończyk wcale się nie rozwinął od początku swojej działalności literackiej. Że stale wałkuje to samo, w tej samej formie i z taką samą ślamazarnością. Że aby zrozumieć o czym pisze Murakami wystarczy umieć czytać, bo żaden z niego wirtuoz słowa. Pomyślałem sobie, że muszę zapomnieć o niefortunnym 1Q84 i poszerzyć swoją znajomość z autorem, po czym stanąłem przed dylematem: Kroniki ptaka nakręcacza czy Norwegian Wood? Ta druga powieść może się pochwalić wściekle różową okładką, która akurat pasowała do mojego t-shirta, więc wybór nie mógł być inny, choć mało męski. Pełny ostrożności, ale również nadziei podjąłem lekturę i minęło pierwsze kilkadziesiąt, może nawet sto stron, a ja czułem, że Murakami stąpa po cienkim lodzie. Zaczynało bowiem brakować mi już cierpliwości dla autorskiego niedowładu, a emocje, które Japończyk próbował mi przekazać w treści jakoś nie chciały do mnie docierać. Ewidentnie pchasz się w gips, Murakami – pomyślałem wtedy. No, ale już wypruty z nadziei czytałem nadal.

Co my tu mamy: Tokio, przełom lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Nastoletni Toru Watanabe idzie na studia, zamieszkuje w akademiku (z mającym fioła na punkcie porządku oraz porannej gimnastyki współlokatorem), a nieliczne wolne chwile poświęca pielęgnowaniu swojej miłości do Naoko. Mam na myśli dosyć niecodzienne spacery z nią po mieście i onanizowanie się przywołując w pamięci jej obraz (czyli klasyczna „pamięciówka”). Romantyzm pełną gębą. Problem w tym, że uczucie, którym Watanabe darzy Naoko jest naznaczone piętnem żalu oraz smutku po stracie ich wspólnego przyjaciela. Ona nie może się psychicznie podnieść po samobójstwie Kizukiego, z którym łączyło ją najwyraźniej coś więcej niż przyjaźń. On nie potrafi zrównoważyć jej tej straty, przez co Naoko pogrąża się w coraz głębszej depresji, a czujący wobec niej odpowiedzialność Watanabe jest bezsilny. Nawet mnie byłoby przykro, gdyby partnerka popłakała się po stosunku, bynajmniej nie ze szczęścia.

W tym momencie z pełnym impetem w życie Watanabe wkracza druga dziewczyna – Midori, która twierdzi, że nie ma na świecie nic smutniejszego, niż noszenie wilgotnego stanika. A nie jakieś tam samobójstwa. Nowa koleżanka wprowadza w codzienność bohatera energię swoją bezpośredniością, specyficznym poczuciem humoru i spostrzegawczością. W ramach psoty na randkę zakłada najkrótszą spódniczkę i z dziecięcym zainteresowaniem obserwuje reakcje innych mężczyzn, a potem wraz z Watanabe idą na maraton filmów porno. Ona śledzi każdy kadr z pełnym poświęceniem, żywo komentuje i chwali udźwiękowienie, pełne odgłosów siorbania oraz mlaskania, a na pożegnanie prosi Toru jak przyjaciela, by ten następnym razem gdy będzie się onanizował, pomyślał o niej. Nie sposób byłoby odmówić tak rozczulającemu apelowi. Świetna, pełna niepohamowanej wyobraźni, a przede wszystkim naturalna postać, rozjaśniająca swoim ciepłym blaskiem mrok ulatniający się z powieści.

— Słuchaj, Watanabe, wiesz, na co mam teraz ochotę?
— Hm… nie mam pojęcia.
— Przede wszystkim chciałabym się położyć w wielkim miękkim łóżku. Jestem bardzo przyjemnie wstawiona, wokół wcale nie ma oślego łajna. Obok leżysz ty. I powoli mnie rozbierasz. Strasznie delikatnie, jak matka rozbierająca małe dziecko.
— Aha.
— Ja do pewnego momentu jestem zadowolona i odurzona, lecz nagle przychodzę do siebie i krzyczę: „Przestań, Watanabe! Lubię cię, ale chodzę z kim innym i nie mogę robić takich rzeczy. Jestem w tych sprawach dość zasadnicza. Dlatego przestań. Proszę”. Lecz ty nie przestajesz.
— Przestałbym.
— Wiem. Ale to jest na niby, więc może tak być – powiedziała Midori. — I wtedy mi go pokazujesz. Stoi ci z podniecenia. Ja szybko odwracam wzrok, lecz i tak widzę kątem oka. I mówię: „Przestań, naprawdę przestań. Coś tak wielkiego i twardego za nic się nie zmieści”.
— Nie jest taki duży. Zwyczajny.
— Nie szkodzi. Przecież to wszystko jest na niby. I wtedy ty robisz strasznie smutną minę. A mnie jest ciebie żal i cię pocieszam. No, już dobrze, dobrze, biedaku.
— I na to masz teraz ochotę?
— Tak.
— O rany.*

Sam Watanabe wydaje się w takim otoczeniu trochę miałki, pozbawiony charakteru. Może i jest rozdarty uczuciowo między nieco niezrównoważoną Naoko i ekscentryczną Midori, ale to nie usprawiedliwia braku u niego jakiegokolwiek temperamentu. Zupełnie jakby był lekko upośledzony psychicznie, a fakt, że dziwnie wymawia słowa i żartuje zachowując przy tym poważną twarz wydaje się jedynie potwierdzać tezę. Coś nie teges z wyrażaniem emocji chyba, co ta miłość robi z ludźmi! No, ale pewnie sam Murakami nigdy nie uchodził za giganta w kreowaniu bohaterów, więc machnijmy dłonią.

Niemniej trójkąt miłosny jest niczego sobie i gdzieś w połowie książki nabiera odpowiednich rumieńców, choć raczej w sferze emocjonalnej, niż fizycznej. Murakami pisze prosto, gładko, czasem wręcz surowo i obok takich sensacyjnych wieści, że Watanabemu zużyły się stare buty, więc kupił nowe, zamszowe, pojawia się swobodnie i w dużych ilościach erotyka. Czuję się jednak zobligowany by poinformować, że nie powoduje ona wzwodu, bo w tej powieści nawet seks spowity jest aurą smutku, żalu i melancholii. Większość zbliżeń skupia się na wrażliwości, burzy myśli w głowach i poszukiwaniu mistycznej harmonii dusz. Po wszystkim Watanabe jednak kolejny raz rozbija nastrój romantycznym komplementem w rodzaju: „świetnie to robisz ustami”. To się ceni. W sensie, że komplement też.

Należy ostrzec: to nie jest powieść dla czytelników chwiejnych emocjonalnie, bo idzie wpaść w dół psychiczny. W treści, gdzieś w cieniu, ale stale obecna jest świadomość śmierci, przemijalności pięknych chwil i niekoniecznie ciepłych emocji. Emocje to jedyna siła Murakamiego, bo formą przekazu on nie błyszczy, bądźmy wobec siebie szczerzy. Przyznam więc, że w pewnym momencie dałem się pochłonąć. Dałem się trafić, zrobiło mi się smutno, wpadłem nawet w lekkie przygnębienie. To uratowało w moich oczach Norwegian Wood i samego Murakamiego, bo przez chwilę prawdopodobnie dostrzegłem to, za co jego twórczość kochają miliony czytelników. A kiedy coś potrafi w jakiś sposób zmienić nasz nastrój, sprawić, że zaczynamy czuć gorycz w ustach, to już nie może być takie beznadziejne. Co więcej: mija drugi tydzień od lektury, a ja do niej nadal wracam myślami. Chyba nieźle.

Kącik filmowy: ekranizacja nie dźwiga ciężaru powieściowego Norwegian Wood. O ile pierwsza godzina jest do przełknięcia, tak później coraz więcej wątków jest bezlitośnie skróconych a nawet całkowicie wykastrowanych. Midori jest jedynie cieniem swojego literackiego pierwowzoru, brakuje tych najbardziej udanych, psotnych dialogów z nią. Na domiar złego końcówka filmu jest tak przedramatyzowana, że aż zęby zgrzytają.

* Haruki Murakami, Norwegian Wood, tłum. Dorota Marczewska i Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2013, str. 27

Advertisements

6 uwag do wpisu “Norwegian Wood – Haruki Murakami

  1. Uśmiałam się setnie nad Twoją recenzją :) Tak bardzo lubię nieprzedramatyzowane recenzje pisane z dystansem do siebie, a szczególnie do wyniesionych na piedestały autorów. Dzięki :)

  2. Ja „Norwegian wood” wspominam średnio. Książka wydawała mi się nijaka i bardzo przeciętna. A ten cały Watanabe irytował i to bardzo. Drażniła mnie jego, tak jak napisałeś, miałkość i brak energii.

    1. W zupełności mnie to nie dziwi i rozumiem, bo z Watanabe maślak jakich mało i sądzę, że to wielka niesprawiedliwość, żeby mimo to uganiały się za nim dwie gorące, azjatyckie nastolatki (i nie tylko nastolatki). No, ale wielu śmiałków już próbowało zrozumieć kobiety.
      Nie dziwi mnie też, że uznajesz „Norwegian Wood” za powieść przeciętną i nijaką, bo obiektywnie patrząc przez większość czasu właśnie taka jest. Mój problem polega na tym, że akurat odnalazła i trafiła w wąską lukę w mojej podniesionej gardzie. Jeden, dwa celne ciosy wystarczyły, bym spojrzał na powieść nieco przychylniejszym okiem. Trochę się tego wstydzę, ale cóż…

  3. szafarz pisze:

    Hmm.. Czytałem NW jakieś pół roku temu i pamiętam ogólny zarys powieści (nie było tego dużo ;), ale doskonale pamiętam moje całkowite rozczarowanie zaraz po konsumpcji. Być może ja zaniżam walory tych wypocin, bo podchodziłem do NW z bagażem „świetnej lektury, objawienia na miarę Marqueza” co niestety jeszcze bardziej pogrążyło w moich oczach Murakamiego. Ale z drugiej strony, być może Ty dodajesz odrobinę plusów z powodu kiepskiej ekranizacji, co moim zdaniem zawsze wywołuje u czytelnika odruch obronny słowa pisanego. Tak, czy siak, ja raczej nie jestem aż tak odważny, żeby Murakamiego jeszcze kiedyś przeczytać. Chyba, że napisze encyklopedię. Może być nawet tematyczna, niekoniecznie zaraz ogólna.

    P.S. W zakamarkach pamięci świta mi, że śledzę ten blog od około półtora roku. Dodam, że jest on moją stałą pozycją i nie ma innej strony, którą bym tak długo śledził. Rewelacja. A nawiązując do tematu, sama lektura tego blogu dostarcza nieporównywalnie więcej emocji, niż NW…

    1. Ja tylko się zastanawiam, jak „Norwegian Wood” zniesie próbę czasu i czy za miesiąc, dwa, nie będę równie sceptyczny. Całkiem możliwe. Porównywanie Murakamiego do Marqueza jest powszechne, ale chyba tylko ze względu na wspólne zamiłowanie obu autorów do realizmu magicznego. „Norwegian Wood” jest akurat tych elementów pozbawiony, więc w w tym przypadku zestawianie Japończyka z Kolumbijczykiem to czysta abstrakcja. Milczeniem pominę różnicę w warsztacie literackim, bo Murakami mógłby od Marqueza wiele się nauczyć i przynosić mu laczki. Osobiście mam zamiar jeszcze w przyszłości sięgnąć po „Kroniki ptaka nakręcacza”, a później dać już sobie z Japończykiem spokój, bo choć jestem człowiekiem cierpliwym, to chyba nie aż tak.
      I to nie tak, że dodaję plusy „Norwegian Wood” pod wpływem nieudanej ekranizacji, bo film obejrzałem z ciekawości już PO napisaniu opinii, ale jeszcze przed jej opublikowaniem, więc nie miała ona wpływu na wrażenia z lektury. Natomiast istnieje taka ewentualność, że dodaję plusy pod wpływem nieudanego pierwszego spotkania z Murakamim i w związku z tym zaniżenia wymagań. No wiesz, coś w rodzaju cichej modlitwy „proszę, żeby „Norwegian Wood” nie był tak nudny i rozwleczony jak „1Q84″, proszę, proszę, proszę”. I chyba rzeczywiście nie jest, choć zdaję sobie sprawę, że nadal daleko mu do miana Wielkiej Literatury, a przy mniej sprzyjających okolicznościach zmieszałbym go z błotem, przydeptał i poturlał w przepaść.

  4. To ze sie do ksiazki wraca myslami, niekoniecznie znaczy ze byla dobra :) Czytalam tylko jedna jego ksiazke (nie liczac tej o bieganiu maratonów) tytulu nie pamietam – ale pamietam to, ze co pare stron mialam ochote kopnac glównego bohatera w zadek, zeby w koncu sie ruszyl i zrobil / pomyslal cos konkretnego, bo byl wlasnie jakby taki, jak piszesz, lekko uposledzony psychicznie i ogólnie niekumaty strasznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s