Lód – Jacek Dukaj

lodSzok i niedowierzanie, bo oto po raz pierwszy w dziejach ludzkości jedna powieść doczekała się dwóch wpisów na tym zaszczytnym blogasku. Wydarzenie jak nic kwalifikujące się na główną stronę Onetu, coś czuję, że będzie skandal. Sęk w tym, że Lód zasługuje ma drugi wpis; zasługuje także na trzeci i szósty wpis; zasługuje na każde słowo, które jest napisane na jego temat. Po czterech latach z czułością zdjąłem swój przykurzony egzemplarz z półki i o mało przy tym nie zwichnąłem sobie nadgarstka. A potem zległem na posłaniu, zacząłem czytać ponownie i moja miłość do tej powieści została rozniecona na nowo, już od pierwszych stron wybuchając jasnym, strzelistym płomieniem, który przypalił mi brwi i rzęsy. Nie szkodzi, bo ten przyjemny żar pożądania – połączony z powolnym rozsmarowywaniem językiem kolejnych słów na podniebieniu, smakowaniem ich – ten żar niesie ukojenie, niesie satysfakcję, doszczętnie spala sceptycyzm, robi przemeblowanie w umyśle i każe mi mruczeć do siebie stale „jejku, jakie to fajne!”. Pomyślałem więc, że pozachwycam się tą fajnością tutaj i prawie że dokonując samogwałtu nad wspomnieniami z lektury, oddam jej tym samym swoisty hołd. Bo ja chyba Lodem najzwyczajniej w świecie zaślepiony jestem i nie tyle nie dostrzegam jego wad (choć rzeczywiście nie dostrzegam), co nie obchodzą mnie one, nawet jeśli istnieją. Ludzie zwykle nie sięgają bez wahania po liczącą ponad tysiąc stron książkę, by przeczytać ją po raz kolejny, jeśli wcześniej nie pojawi się tęsknota za tym pięknem, ekscytacją oraz czystą przyjemnością, która udzieliła im się przy poprzednim kontakcie. To podstawowa potrzeba zaspokojenia tęsknoty motywuje nas do własnowolnych powrotów, więc otulmy twarz szalikiem, a następnie powędrujmy w objęcia Zimy, ponownie.

W 1908 roku, w środkowej Syberii coś błysnęło, coś huknęło i powaliło przy tym drzewa w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. To właśnie moment tajemniczej katastrofy tunguskiej Dukaj obrał za punkt wyjścia, w którym rozdwoi Historię. I to z jakim rozmachem! Aż chwilami żal, że nie żyjemy w tej drugiej odnodze, w której meteoryt tunguski wybudza (niczym jakiegoś potwora z głębin Ziemi), a może przynosi wraz z sobą Mróz. I nie mam tutaj na myśli mrozu, podczas którego diesel sąsiada spod czternastki nie chce zapalić, a uszczelki drzwi przymarzły do karoserii, że klamkę urwiesz. Mam na myśli zimno, które w swoim otoczeniu nie pozwala człowiekowi oddychać, bo powietrze zamraża narządy wewnętrzne oraz płyny ustrojowe; zimno niemierzalne tradycyjnymi termometrami, bo zamarza rtęć; zimno skuwające lodem jezioro Bajkał aż po samo dno. A „ucieleśnieniem” tego wszystkiego są Lute – mobilne ogniska Mrozu, swoiste Anioły Lodu – wymrażające się z gleby i z wolna przemrażające się po powierzchni, paraliżujące wszystko w pobliżu, gdzie żadna ściana nie jest przeszkodą, natomiast kontakt fizyczny z nimi to wyrok śmierci.

Miejsce impaktu nadal jest niedostępne dla ludzkości, a sam Mróz rozprzestrzenia się niczym szron na szybie, zamrażając przy tym Historię oraz nowe idee. Skutek z grubsza jest taki, że znana nam skądinąd I Wojna Światowa nie wybuchła (w zamian trwa konflikt Rosji z Japonią), Polski jak nie było, tak nie ma, mamy czternasty dzień lipca 1924 roku, a Benedykt Gierosławski to niepoprawny hazardzista, wiecznie zadłużony u żydowskich lichwiarzy karciarz, trochę pijak, trochę bumelant i kombinator, trochę matematyk nerwowo obgryzający paznokcie. Tego ranka akurat dogorywa on pod stęchłymi kocami, lecząc kaca w wynajmowanym warszawskim mieszkanku, kiedy przybywają po niego czynownicy Ministerium Zimy i kulturalnie eskortują przed oblicze Władzy Imperium Rosyjskiego. A tam zostaje mu wręczony bilet pierwszej klasy Kolei Transsyberyjskiej, tysiąc rubli i polecenie, by jechał na Syberię odwiedzić ojca. Gierosławski senior to skazany za udział w buncie zbrojnym eks-katorżnik, o którym krążą legendy, że wszedł w jakieś porozumienie z Mrozem oraz ma wpływ na Lute, a taki negocjator to nie w kij dmuchał. Benedykt ma oczywiście wątpliwości, ale już zdążył roztrwonić nieco rubelków, więc wsiada do pociągu i udaje się na spotkanie z ojcem, by go przekonać do… no właśnie – do czego? Rozmrożenia Europy? Niekoniecznie, ale to już rozległy wątek polityczny i ideowy, którego nie będę tutaj bardziej rozwijał.

Uf, muszę przyznać: trudno oddać choćby zrąb fabuły Lodu w kilku zdaniach i widzę, że tym razem również mi się nie udało. Niemniej to jedynie zmrożona kropla z tego, co Dukaj ma do zaproponowania, bo poruszyłem tutaj wyłącznie treść pierwszego, wprowadzającego rozdziału warszawskiego. I mnie osobiście już od początkowych stron powieść zafascynowała swoimi założeniami, przecudowną, choć niełatwą stylistyką i atmosferą oczyszczającego mrozu za oknem nagrzanych węglem, warszawskich kamienic. A przecież Lód to cały fantastyczny świat złożony od nowa przez autora, świat z własnymi prawami, odrębnymi ideami, wyznaniami, a nawet eksperymentalną farmaceutyką. Przykłady można mnożyć długo: w efekcie ekstremalnie ujemnych temperatur zaistniało zapotrzebowanie na nowe surowce, a złoża tungetytu (mającego źródło w miejscu katastrofy meteorytu) pozwoliły na wprowadzenie w życie nowych projektów – m.in. stworzenie odpornego na Mróz żelaza (tęczowe zimnazo), natomiast spalający się w świeczce (ćmieczce) tungetyt pozwala uzyskać negatyw światła i cienia (ćmiatło i świecień). Zdaję sobie sprawę, jak chaotycznie może to brzmieć, dlatego się pohamuję w tym miejscu. Jednakże to wszystko wspaniale trzęsie zasadami fizyki i rozkosznie gilgocze wyobraźnie czytelnika, maksymalnie podkręcając niesamowitą atmosferę.

Nie potrafię zliczyć, ile razy przy lekturze Lodu poczułem się wspaniale, ale z pewnością było tego więcej, niż szare oczy Christiana pojawiały się w trylogii Pięćdziesięciu twarzy Greya – a sami wiecie, że było tego wiele. Dukaj po mistrzowsku potrafi zbudować nastrój wokół nawet najkrótszego epizodu – wątku nie do końca istotnego, ale poszerzającego w jakimś stopniu wiedzę na temat otaczającego nas świata Mrozu. Pomnicie moje słowa, gdy przeczytacie niby błahą historię palca Tadeusza Korzyńskiego; kiedy udacie się po wróżbę do zatopionej w ćmietle wdowy Welc; kiedy weźmiecie udział w pościgu za człowiekiem w żółtym płaszczu i oddacie przy tym swój pierwszy strzał z Arcymistrza, uzyskując imponujące efekty; kiedy trafiając między zwolenników Lodu i śmiertelnie wrogich im wyznawców Odwilży poznacie Piełkę; kiedy docierając do olśniewającego Irkucka opatulicie szczelniej twarz i włożycie okulary marostiełkowe, by zapobiec ślepocie; kiedy poczytacie o Balonowym Niemocie; kiedy z wystawnych dans-komnat udacie się do najlepszego burdelu w okręgu irkuckim; kiedy na dworcu Starej Zimy będziecie świadkami kulminacyjnych chwil jakże niepowtarzalnej podróży Transsibem; kiedy, kiedy, kiedy…

Wysokiej klasie fragmentów dorównują kreacje postaci – zarówno tych fikcyjnych, jak i rzeczywistych, bo obstawiam, że nazwiska w rodzaju Piłsudski, Rasputin, czy Tesla mówią coś każdemu. Ten ostatni pełni wręcz jedną z wiodących ról i bardzo słusznie, bo Nikola Tesla był jednym z najbardziej fascynujących postaci nauki, a do nowo wykreowanej rzeczywistości Dukaj dopasował go idealnie. Zarówno główni, jak i poboczni bohaterowie są doskonale pełnokrwiści, z zachowaniem proporcji, rzecz jasna. Benedyktowi trudno cokolwiek zarzucić i wstrzymam się tutaj z przytaczaniem jego zachowań, ale zaznaczę, że daleko mu do pięknego oraz gładkiego dżentelmena, choć lubi eksperymentować z zarostem i owłosieniem głowy. Nie wybaczę sobie, jeśli nie wspomnę o kwadratowym, grubo ciosanym ochroniarzu Gierosławskiego – Czingisie Szczekielnikowie. Podejrzliwy, markotny, nie przebierający w słowach i czynach zabijaka, któremu urokiem dorównują jedynie internetowe zdjęcia słodkich kociaków. Pan Szczekielnikow to w dodatku studnia trafnych rymowanek, mądrości życiowych i rozbudowanych obelg. O kultowym jak dla mnie „ładnie to się tak przypierdalać do człowieka kulturalnie pijącego?” już nie wspomnę. Przepyszne.

— Ciocia pana teraz przypilnuje, ja też muszę się wyspać, będę wyglądała jak upiór. Wieczorem mają urządzić tańce. Jak książę zapyta, niech pan powie, że się nie znamy, że spotkaliśmy się w podróży.
— Przecież —
Przesunęła dłoń na usta, tłumiąc słowa. Dotknęło się końcem języka opuszka jej palca.
Pochyliła się nad posłaniem.
— Jak panu nie wstyd, panie Gierosławski! – szepnęła.¹

Wisienką na torcie wspaniałości jest panna Jelena Muklanowicz. Mam wrażenie, że to właśnie za nią przez te lata najbardziej tęskniłem i uświadomiłem sobie to natychmiast po tym, gdy pojawiła się w treści. Początkowo emanująca czymś w rodzaju dziecięcej naiwności, skłonna do figli, z czasem zaczyna intrygująco pogrywać Benedyktem, objawiając swoją szelmowską naturę. Każdy, dosłownie każdy fragment, w którym Gierosławski zostaje z Muklanowiczówną sam na sam, niesie jakiś ładunek wzajemnych uczuć i nieokreślonego erotyzmu. Chochlik w oczach, chochlik w kąciku ust. Noc spędzona w zaciemnionym przedziale, urozmaicona kolejnymi opowiadaniami z przeszłości mówi wiele, ale paradoksalnie nie mówi nic, bo nie sposób określić, co jest prawdą, a co fałszem. Taka wyzywająca gra. Relacja między Benedyktem i Jeleną rozwija się nad wyraz spokojnie, choć stale ciąży na niej jakieś iście burzowe napięcie, świadomość czegoś niedokonanego i obietnica. Panna w międzyczasie ukazuje nam wiele swoich oblicz i tylko od nas zależy, które z nich uznamy za prawdziwe. Może wszystkie? Może żadne? Raz filuternie przygryza własny palec, pozwalając Gierosławskiemu zlizać z niego kroplę krwi, innym razem reaguje błyskawicznie i trzeźwo na widok trupa, choć pozory podpowiadają, że powinna zacząć w panice piszczeć. Ukoronowaniem całości niech będzie ostatnia noc w podróży koleją, gdzie to co niedokonane jest prawdziwsze od dokonanego. Aż się chyba wtedy trochę spociłem i rozciągnąłem kołnierzyk w koszulce. Dalsze losy znajomości są skromniejsze, ale mają swoje momenty. Żal jedynie, że w Irkucku panny Muklanowiczównej tak mało, więc na pocieszenie ujmujący fragment:

Przyskoczyło się do panny tracącej równowagę. Ale miast zdać się na ramię pomocne, wywinęła się i uciekła pod okno, czepiając się ciężkiego materjału zasłon.
— Zimny drań! — zawołała i cisnęła capniętym z etażerki bibelotem.
Się uchyliło się. Porcelana eksplodowała na ścianie.
Wyszczerzyło się zęby i jęło się skradać za panną na ugiętych nogach, wyginając ręce w łokciach w karykaturalnej pantomimie.
Rzuciła kolejnym przedmiotem. Nie trafiła. Zachichotała.
Podskoczyło się na lewej stopie, podskoczyło się na prawej stopie i wtem dało się susa za panną Jeleną.
Pisnęła i skryła się za biurkiem.
— Dzieci, dzieci! — wołał Nikola Tesla, machając długiemi ramionami nad walizą niedomkniętą. — Co wy robicie!
— Jak złapię, to pożrrrę!
— Złapie i pożre! – Załamała rączki.
— Jak złapię, cnotę porrrachuję!
— Cnotę porachuje! — Zmarszczyła brwi. — Co takiego?²

Nie wiem, na ile to wszystko co powyżej napisałem jest zrozumiałe i czytelne dla kogoś, kto z Lodem styczności nie miał, ale czuję, że trochę mi ulżyło. Przynajmniej mam świadomość, że próbowałem pewne odczucia ująć w słowa, nawet jeśli nie do końca się udało. Co mnie pozytywnie zaskoczyło przy drugiej lekturze, to ciągłe trafianie na fragmenty, których nie pamiętałem. Przy takiej objętości książki i czasie, który minął, to chyba normalne, niemniej miłym uczuciem jest przez krótką chwilę poczuć się, jakby to był pierwszy raz. Dukaj ze swoją monumentalną powieścią jedynie umocnił się na moim prywatnym podium i stwierdzam, że Lód przez lata nic nie stracił, a wręcz zyskał. Każdemu życzę takich czytelniczych rozkoszy. Delicje.

¹ Jacek Dukaj, „Lód”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, str. 317
² Tamże, str. 495

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Lód – Jacek Dukaj

  1. Ta książka godna jest setek wpisów :) Może i sam kiedyś, po powtórnej lekturze, zdecyduję się ponownie o niej napisać. Mało w życiu przeczytałem, guzik się znam, ale dla mnie to najważniejsza powieść ostatnich lat.

  2. Gall Anonim pisze:

    Tylko ochy i ahy, jaka to wyjątkowa książka, każdy kto ją czytał powtarzał: KONIECZNIE, MUSISZ JĄ PRZECZYTAĆ; z każdym poleceniem tej lektury moje zniechęcenie rosło, że skoro „muszę”, to właśnie po nią nie sięgnę. Latka przeleciały, trafiło się niestety dłuższe L4 i teraz się biorę za wszystko co mam po ręką, a czego nie mam, kupuję na allegro. Chyba przyszła właściwa pora, aby sięgnąć też po Lód. O owczy pęd się nie posądzę, bo nikt ze znajomych aktualnie się nad nią nie zachwyca. Zobaczmy co tam siedzi ::))

    1. Daj spokój, wszyscy wiemy, że to nie kwestia owczego pędu, tylko ta książka po prostu jest TAK DOBRA, że każdy ją poleca. Nie wstyd Ci się przyznawać, że potrzeba L4 byś wreszcie przeczytała? Nie wracaj, póki nie skończysz ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s