World War Z – Max Brooks

World-War-ZBudzę się w środku nocy i słyszę gdzieś w drugim pokoju ciche, ale wyraźne szuranie po parkiecie. Szuuur, szuuur. Moja pierwsza myśl, jeszcze chyba nie do końca oderwana od abstrakcyjnej natury snów, to „w mieszkaniu są zombie!” (no co?). Po chwili w umyśle mi jaśnieje i przypominam sobie, że to będący w świątecznych odwiedzinach ojciec wybiera się na papierosa, a jego gościnne laczki, nie nadążając za kocimi ruchami właściciela, ciągną się z szelestem po podłodze. Kiedy po kilku minutach doszło do procedury zgniatania puszki po piwie, miałem już pewność, że to nie zombie. Przypominam sobie też, że chyba nawet poczułem gorycz rozczarowania. Skąd w mojej głowie pomysł, że źródłem tajemniczych, nocnych dźwięków są ulubieni bohaterowie horrorów klasy B, te gnijące ciała z apetytem na ciepłe mózgi? Przyczyna jest prozaiczna: to wynik chwilowego zauroczenia i ilości spędzonego z nimi ostatnio czasu – przede wszystkim z marką Walking Dead (pełny głupot, ale wciągający serial i uroczy komiks), ale też powieścią Maxa Brooksa oraz (niezłym) filmem pod tym samym tytułem, choć tak naprawdę poruszającym zgoła inne wątki. Takie natężenie zombie bombardujące moją codzienność musiało odcisnąć znaczące piętno nawet na tak silnej psychice, jak moja. I były efekty, ale obecnie jest już lepiej, dziękuję za troskę, więc bez obaw o nawrót lęków mogę podjąć temat.

Rola zombie nie jest specjalnie wymagająca i o ile sobie przypominam, jeszcze żaden aktor nie zgarnął Oskara za wcielenie się w chodzące zwłoki, nawet w kategorii postaci drugoplanowej. Tym bardziej, że epizod takiego aktora trwa zazwyczaj parę ujęć, po czym w widowiskowy sposób dostaje w twarz i pęka mu głowa. Max Brooks postanowił szerokim gestem ramienia odsunąć zombie z pierwszego, a także drugiego planu i sprowadzić ich do roli zaledwie scenografii. Podszedł do tematu śmiertelnie (nomen omen) poważnie, tworząc coś w rodzaju reportażu i relacji świadków, którym udało się przeżyć chaotyczne czasy zarazy i potop zmarłych powracających do życia.

W związku z tym, autor zabiera nas na istne tournée po świecie ledwie podnoszącym się z kolan po wojnie z zombie, ale nie jest to już świat, który znaliśmy do tej pory i w zasadzie przypomina wizję jakiejś alternatywnej rzeczywistości, gdzie wszystkie akcenty naszego współistnienia na Ziemi rozkładają się zupełnie inaczej. Gęstość zaludnienia, granice państw, największe metropolie, kraje pełniące rolę mocarstw, nieprzystępne i niezbadane do tej pory tereny – nie sposób rozpoznać w tym dawnej potęgi naszej planety, jak pokoju po gruntownym przemeblowaniu, wymianie podłogi i wytapetowaniu ścian. Świat założony na nowo. A tymczasem kolejni bohaterowie reportażu i jednocześnie naoczni świadkowie tamtych wydarzeń dzielą się z nami relacją. Jeśli myślisz, że będą to jedynie wątki opisujące różne sposoby na rozłupanie czaszki zombie, to pomyśl jeszcze raz. Brooks stara się przeanalizować każdy aspekt epidemii z należytą rzetelnością i zaciekawić nim czytelnika. Dowiemy się m. in. na jakie sposoby wirus się rozprzestrzeniał, a trzeba przyznać, że niektóre są tak samo zaskakujące, jak logiczne. Prześledzimy okres medialnej paniki, niedowierzania w zarazę i brawury ludzkości (no wiecie, chojrakowanie w stylu: nas to nie dotyczy), a nawet sposoby zarabiania fortuny, bazując na strachu i naiwności innych. Następnie wybuchnie Wielka Panika i się zacznie: organizowanie stref obronnych, przeróżne, zazwyczaj nieskuteczne sposoby walki, bezsilność nowoczesnej broni i technologii, borykanie się z licznymi problemami oraz słabościami natury ludzkiej, adaptowanie się do nowych, polowych warunków, improwizowanie, aż wreszcie przejście do kontrofensywy. Więc mimo wszystko roztrzaskiwania kilku czaszek nie unikniemy. To wszystko poznamy z licznych i urozmaiconych perspektyw, posiłkując się przy tym relacjami szczęśliwców, którzy przetrwali zagładę.

Brzmi wystarczająco poważnie? Nie wiem, czy trafnie udało mi się to oddać słowami, ale World War Z bliżej do czegoś w rodzaju kroniki z największej epidemii w dziejach ludzkości, niż krwawej sieczki z nieodłącznymi kliszami w stylu:
a) samotnego, chcącego się przytulić zombie, który traci głowę zanim zdąży powiedzieć „grrrkhr”;
b) auta, które nie chce zapalić, gdy zombie są już tuż-tuż (ale w końcu zapala);
c) potykania się na prostej drodze podczas ucieczki przed hordą zombie.
Tak, tego wszystkiego tutaj (prawie) nie ma.

To takie ujęcie globalne, w którego treść wchodzą krótkie i nie zawsze spójne wątki lokalne, a przez to powieści brakuje nieco ładunku emocjonalnego, gotowego wybuchnąć nam w twarz. Pewnie, ludzie tutaj giną i to często w dość paskudny sposób, ale dla czytelnika zazwyczaj są tylko anonimowymi ofiarami bezwzględnych okoliczności, a konsekwencje z ich zgonów nie wynikają żadne, bo za chwilę przenosimy się na druga półkulę planety i tamto przestaje mieć znaczenie. Nie wypada patrzeć na to jak na błąd autora, bo to po prostu taka wada stylistyki i potrzeby kompromisów. Niestety: albo opisujemy całość konfliktu, skazując się na znaczny fragmentaryzm, albo bierzemy wycinek większej całości i oddajemy się magii szczegółów. Brooks wybrał pierwszą możliwość i należałoby mieć to na uwadze przed lekturą.

Cóż, nie ma chyba co się dłużej masturbować nad tą książką, bo aspirująca do miana poważnej, czy nie – nadal pozostaje powieścią o zombie i nadal trzeba być fanem tych sympatycznych stworzeń, by po nią sięgnąć. W swoich kategoriach stanowi jakąś małą odmianę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s