Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt

Plon-wiedzmo-plonNo dobrze. Powiedzmy, że ogarnięty nadmiarem dobrej woli, która chyba niedługo mnie rozsadzi, jestem zmuszony odkorkować wentyl bezpieczeństwa i upuścić nieco ciśnienia. A piszę o tym, ponieważ Płoń wiedźmo, płoń! jest na tyle krótkim i zwięzłym dziełkiem, że sam nie wiem, czy przysługuje mu osobna opinia, szumnie czasem określana recenzją. Nawet wydanie, które mam, w niewielkim stopniu przypomina książkę, raczej coś w rodzaju małoformatowego czasopisma z klejonym grzbietem. Mimo to, ponieważ dawno nie gościliśmy tutaj powieści grozy, toteż zrobię wyjątek i przy okazji rozgłoszę trochę nazwisko Abrahama Merritta, za co on z pewnością będzie mi wdzięczny. Istnieje też ewentualność, iż będzie mu to kompletnie obojętne, z racji tego, że jest już od dawna wystarczająco martwy, a nie wiem czy był człowiekiem skorym do okazywania uczuć. W czasach kiedy był mniej martwy, zajmował się on pisaniem opowiadań z gatunku weird fiction, gdzie groza ciasno przeplatała się z fantastyką, okultyzmem i w ogóle śledzie z dżemem. Bo na przykład w streszczeniu innego dzieła Merritta – The Face in the Abyss – czytamy, że „łowca skarbów odnajduje w Andach ostatnią przedstawicielkę superinteligentnych ludzi-węży, którzy zmagają się z prastarą rasą, mających obsesję na punkcie seksu mutantów, polujących na nich przy pomocy dinozaurów i dziwacznych maszyn.”* Wystrzałowe! W związku z tym trochę żal, że Płoń wiedźmo, płoń! uderza w bardziej klasyczne klimaty powieści grozy, bez szczególnych udziwnień i tym samym nie może się pochwalić takim odbierającym czytelnikowi dech miksem pomysłów. Coś za długi ten wstęp, idziemy dalej.

Wiemy już, że nie ma tutaj ludzi-węży, dziwnych maszyn, dinozaurów i – co najbardziej dla mnie bolesne – mających obsesję na punkcie seksu mutantów. Więc co mamy w zamian? No, jest główny bohater – doktor Lowell i paru drugoplanowych pionków. Poza tym ktoś umiera z dziwnym grymasem na twarzy i są mordercze laleczki szatana , no wiecie – takie prototypy rudowłosej laleczki Chucky, które lubują się w bieganiu z ostrymi narzędziami i wbijaniu ich gdzie popadnie, najlepiej czyjeś gardło (i one rzeczywiście potrafią zawładnąć wyobraźnią czytelnika). Jest też wreszcie, bo jakże miałoby jej nie być, wiedźma, choć bez chatki na kurzej łapce. Nie zanotowano jednak obecności Jasia i Małgosi.

argosy19321022Na podstawie powyższych informacji łatwo ułożyć przebieg wydarzeń, więc nie będę obrażał niczyjej domyślności i daruję sobie skrót fabularny. Brak skomplikowanej intrygi wiąże się również z całkowitą przewidywalnością i rozwój akcji nikogo nie powinien zaskoczyć. W tego rodzaju historiach najistotniejszym wyzwaniem dla autora jest sprawienie, by czytelnik poczuł się zagrożony. By zrobiło mu się nieswojo. By przez chwilę cieszył się, że nie mieszka w tamtych czasach i tamtym miejscu; że nie jest doktorem Lowellem; że nie jest jedną z potencjalnych ofiar; że wyrósł już z zabawy lalkami; że posiada nożyczki z zaokrąglonymi końcówkami. Słowem: najważniejsza jest atmosfera grozy. A z tą niestety bywa różnie, najczęściej słabo jak z czytelnictwem w kraju (no dobra, może nie AŻ tak słabo). Kiedy przypomniałem sobie fragmenty opowiadań Lovecrafta i to, jakie potrafiły wywrzeć na mnie wrażenie, dotarło do mnie, że Merritt w sumie nie straszy, nawet nie niepokoi. Prawie, prawie, ale jednak nie. W dodatku sam doktor Lowell, który nieustannie próbuje wszystko wyjaśnić racjonalnie i w oparciu o logikę, potrafi najzwyczajniej zirytować swoim uporem, spowolnić śledztwo i – największy grzech – rozbić budowany przez kilka stron nastrój grozy. No, co za BUC i oporniak nie nadążający za konwencją!

Lektura Merritta sprawiła, że wzrósł mój podziw dla wspomnianego Lovecrafta i jego twórczości. Rzecz jasna fani gatunku powinni spalić Wiedźmę osobiście i nie sugerować się zbytnio opinią laika w temacie grozy, którym z pewnością jestem. I wybaczcie, że trochę depczę po klasyce, niemniej całość czytało mi się lekko, aż za lekko, patrząc przez pryzmat emocji, które nowelka powinna wywołać. Może gdyby pojawiły się tam wspomniane mutanty z manią seksualną? Albo chociaż ludzie-węże…

* Abraham Merritt, Płoń wiedźmo, płoń!, tłum. Radosław Pisula, wyd. Dobre Historie, Wrocław 2013, str. 126

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt

  1. Anonim pisze:

    W ogóle maniactwo sexualne to dobry temat przewodni urlopu. Nie kosztuje wiele…no nie, czasem kosztuje. Bo to można w najlepszym razie z liścia dostać. Nie…w najlepszym można uśpić ofiarę …albo…yyy nie mogłabym pisać powieści! Zastanawiam się jak by tu móc się ciekawie w tym wykazać i nic. Jesteś maniakiem na urlopie, i co? Atakujesz w nocy? No, ale przecież zimno i spać się chce? Atakujesz tylko rude? Skąd wziąć rude na maniakalną skalę? Dolać do ujęcia wody jodyny? Tyle rudych nie dasz rady…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s