Kroniki Amberu – Roger Zelazny

amber tom1Dla porządku wyjaśnię, jak wygląda sytuacja. W cały cykl Kronik Amberu wchodzi dziesięć krótkich tomów, a tutaj mamy pięć pierwszych zawartych w pierwszym z dwóch tomów zbiorczych (wyd. Zysk i S-ka, 2010). Możesz wrócić wielokrotnie do poprzedniego zdania i nic dziwnego, bo sam bym go nie zrozumiał za pierwszym razem, ale równie dobrze możesz sobie odpuścić, bo nie ma tam nic istotnego. Warto natomiast wiedzieć, że tom ten jest faworytem w walce o najbardziej kiczowatą okładkę roku i rywale już z rezygnacją spuszczają głowę. Czcionka, kolorystyka, czerwony ni-to-pałac, ni-to-budyniowe-gluty na tle ośnieżonego, górskiego szczytu. No i jednorożec, jak z marzeń ośmiolatki. Wiem, że okładka jest akurat najmniej ważnym elementem i nie wpływa na wartość literacką, ale ustalmy coś: jakieś wyczucie i kryteria trzeba mieć, bo może dojść do sytuacji, że potencjalny czytelnik będzie się wstydził zdjąć książkę z półki w księgarni. Sam musiałem w drodze do kasy dla niepoznaki przykryć ją czasopismem. Takie kombinacje… lepiej, żeby było warto – myślałem wtedy. Ale dosyć tych uwag i pastwienia się. Przejdźmy do tego, co tworzą rozmyślnie poustawiane obok siebie literki, czyli treści.

Dziewięciu książąt Amberu
Początek może i nie jest zbyt odkrywczy i oryginalny, bo bohater z towarzyszącą mu amnezją budzi się w szpitalu, ale taki zabieg autora sprzyja temu, byśmy wraz z Panem Zapominalskim stopniowo byli wdrażani w historię i specyfikę dotychczasowych wydarzeń. Dowiadujemy się m.in. czym jest tytułowy Amber (królestwo i centrum wszechrzeczy, wszystko inne to zaledwie odbicie) i w ogóle krok po kroku poznajemy zasady rządzące tym uniwersum. Kiedy Zelazny uznaje już, że wystarczająco się natłumaczył, przywraca w cudowny sposób bohaterowi pamięć i narracja leci tradycyjnym torem. A tej nie oceniam wysoko. Na prosty język przymknę oko, bo nie zawsze jest wadą, ale nie przemawia do mnie ogólna forma opowieści. Teledyskowa, skrótowa i poszarpana jak kobieca bielizna po upojnej nocy. Miałem wrażenie, że czytam jakieś powierzchowne streszczenie wydarzeń, bo niby dzieje się sporo, ale wszystko otrzymuje jakoś nieadekwatnie mało miejsca w treści. Wściekły galop przez kolejne kartki, sprawozdawcza forma i przez to szczątkowa fabuła (jest jakaś, ale szkoda gadać) zniechęcają, a książę Corwin (główny bohater) wygrażający bronią przeciwnikowi i krzyczący przy tym „zamknij buzię!” nie wypada wiarygodnie. Kiepsko, ale niezrażony zatapiam chciwy wzrok w tomie drugim.

Karabiny Avalonu
Zmiana tłumacza (znany, ceniony Piotr W. Cholewa) i… jakby lepiej. Treść nabiera odpowiedniej konsystencji, robi się spójnie, nieśpiesznie nawet. Nadarza się okazja bliżej poznać przynajmniej niektórych z książąt Amberu – rodzeństwa, które rywalizuje o nagle opuszczony przez ojca tron. Przede wszystkim jednak jest wreszcie czas na bliższe poznanie Corwina – jego ponadprzeciętnej siły, niezwykłej mocy regeneracji po odniesionych ranach (taki trochę Wolverine z X-Menów, tylko nieco bardziej ułożony), długowieczności i umiejętności podróżowania po alternatywnych światach. Normalnie wymarzony partner, nawet Christian Grey nie ma startu. Ale Corwin ma tron do zdobycia i nie dupy mu w głowie. W kontaktach z kobietami jest oschły i beznamiętny, a jeśli jakiejś uda się w nim pobudzić emocje, to jest to zazwyczaj gwałtowność. Nasz książę wtedy czule bije wybrankę serca i nazywa głupią. Taki z niego Don Juan. Generalnie drugi tom wypada znacznie lepiej i choć nadal jest trzy kroki za oczekiwaniami, to jednak pozwala zachować nadzieję.

Znak Jednorożca
Swoją obecność próbują zaznaczyć kobiety. Bo przecież książęta rywalizujący o tron (Amberyci) mają jeszcze siostry. Cztery dokładnie, ale odznaka z ziemniaka dla tego czytelnika, który na początku trzeciego tomu wskaże jakieś znaczące różnice między Florą, Fioną, Deirdre i Llewellą. Ich istnienie i znaczenie było dotychczas przez Zelaznego spychane na margines, ale chyba w porę uświadomił sobie swój błąd, bo przecież kobiety od zawsze były lepszymi intrygantkami i w walce o władzę bywają bezcennym sojusznikiem. Trzeci tom opiera się więc na spiskach wewnątrz pałacu i jest poprzetykany kiczowatymi elementami w rodzaju pojawiającego się gdzieś tam jednorożca, czy też klejnotu o wielkich mocach magicznych. Spójność zachowana, ale tendencja spadkowa.

Ręka Oberona
Dzieje się wszystko i wszędzie. Amberyci okazują się kłamliwymi szujami spiskującymi nawet przez sen. W myśl zasady „to nie tak jak myślisz, kotku” nie wszystko jest tym, na co pierwotnie wyglądało, a Zelazny wije się jak wąż, żeby wszystko spiąć w sensowną całość. Nie udaje mu się. Tom czwarty ma kilka fabularnych dziur, w tym jedną tak wielką, że czytelnik zaczyna wątpić w spryt i inteligencję Amberytów. Całość nieznacznie ratuje zakończenie, które choć przewidywalne (w związku z wspomnianą dziurą), to jednak w pewnym stopniu zachęca do sięgnięcia po tom piąty.

Dworce Chaosu
Jeśli tom pierwszy był teledyskiem, tak tom piąty jest jakimś snem schizofrenika. Zestaw majaków i zwidów, szybko następujących po sobie migawek podczas Piekielnych Rajdów (wykańczająca podróż przez alternatywne światy), a czytelnik pada równie zmęczony, co koń bohatera. Dorzućmy do tego karłów, gadające ptaki i drzewa oraz fakt, że sam bohater podczas tych wypraw gubi gdzieś własne jaja. Nie wiem gdzie w międzyczasie podział się ten charyzmatyczny, chwilami niemoralny, spółkujący z szesnastolatkami i tłukący kobiety po głowie Corwin, ale na pewno nie ma go w piątym tomie. W zamian otrzymujemy jakąś miękką kluchę do znudzenia galopującą na koniu, by uratować królestwo. Szczęśliwie, że można już z czystym sumieniem zakończyć lekturę, bo tomy 1-5 stanowią zamkniętą całość (tomy 6-10 to dzieje innego bohatera, blisko powiązanego z Corwinem).

Dziwne połączenia w tych Kronikach Amberu. Z jednej strony najbardziej oklepane i wręcz kiczowate zagrywki w dziejach fantastyki (obowiązkowy Jednorożec i Klejnot O Wszechpotężnej Mocy Magicznej), z drugiej natomiast próba tonowania ich przez bohatera pijącego whisky i palącego papierosy, dalekiego mentalnością od rycerza o złotym sercu. Nad wszystkim unosi się duch jarmarcznej fantastyki i rewii jaskrawych kolorów (naprawdę dużo tutaj barw, w tym aspekcie okładka akurat wiele sugeruje). Niestety, brak mi sentymentów i nie prezentuje się to dobrze. Choć kilka elementów jest udanych, to nie są one w stanie wciągnąć całości na wzniesienie większe, niż te zwane przeciętnością. Niby klasyka wymieniana jednym tchem z Tolkienem (no i z Le Guin, ale ją jeszcze muszę obmacać, by wyrobić sobie zdanie), a takie rozczarowanie. Wstyd, Rodżer, wstyd.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Kroniki Amberu – Roger Zelazny

    1. Żadna ze mnie wyrocznia i daleki jestem od narzucania komuś swojego gustu, ale zgadza się – niekoniecznie trzeba się zapoznawać z Kronikami Amberu. A jednak to napisałem, jestem okropny.

  1. Czytałem tylko dwa pierwsze tomy. Było to tak dawno temu, ze najstarsi górale nie pamiętają. Wtedy podobały mi się, nawet bardzo. Jeśli się weszło w ten może i kiczowaty trochę świat, przymknęło oczy na to i owo. Inna jednak była sytuacja na rynku wydawniczym, inne czasy, powstało dużo świetnych książek.. Teraz mogło by być różnie. Prawdą jest jednak, że znawcy fantastyki wymieniają ten cykl jednym tchem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s